20 lat, żadnego prawdziwego urlopu na horyzoncie, a Macklin Celebrini zdążył już zebrać tyle blachy, że mógłby otworzyć własne muzeum, bilety wstępu płatne. Sezon się skończył, więc teoretycznie facet powinien odpoczywać, moczyć nogi gdzieś nad wodą i nie myśleć o hokeju przez dwa miesiące. Tymczasem on zbiera nagrody szybciej niż PKP zbiera opóźnienia, czyli w tempie, które w naszych realiach uchodziłoby raczej za zjawisko nadprzyrodzone niż sportowe. I szczerze mówiąc, im dłużej się w to wczytuję, tym mniej rozumiem, kiedy on w ogóle śpi.

Zacznijmy od tego, co najświeższe. Zawodnik Roku według IIHF za sezon 2025/2026, i to nie z przypadkową przewagą. 40,8 procent głosów, podczas gdy drugi w zestawieniu Connor Hellebuyck musiał zadowolić się 20,4 procentami. Facet w lutym wywalczył ze Stanami Zjednoczonymi złoto olimpijskie, co normalnie starczyłoby na tytuł do końca dekady, a tego lata i tak został grzecznie odstawiony na drugie miejsce. To nie był wyścig, to była egzekucja. Kapituła brała pod uwagę umiejętności, determinację, sukcesy drużynowe i postawę sportową zarówno na lodzie, jak i poza nim, a kandydat musiał zaliczyć przynajmniej jeden turniej IIHF oraz grać w najwyższej klasie rozgrywek krajowych. Trofeum na stałe stoi w Galerii Sławy Hokeja w Toronto, a zwycięzca dostaje do domu pomniejszoną kopię, żeby mieć czym pochwalić się sąsiadom.

Z tą nagrodą IIHF jest w ogóle dość komiczna sprawa. Jeśli spojrzysz na listę poprzednich laureatów, masz prawo poczuć się zdezorientowany. Szwajcar Sven Andrighetto? Czech Roman Cervenka? Fajni zawodnicy na europejskie tafle, ale bez przesady – nikt w Ameryce nie wiesza sobie ich plakatów nad łóżkiem. Przez chwilę ten plebiscyt wyglądał jak nagroda pocieszenia dla hokejowych weteranów. Dopiero przy Connorze Bedardzie w sezonie 2022/2023 nastąpił błąd w Matrixie (swoją drogą to chłopak, który wciąż czeka, aż Chicago zbuduje wokół niego zespół zdolny wygrywać, a nie tylko kibicować jego statystykom). Celebrini po prostu podkręcił ten trend. Mając 20 lat, wszedł do tego europejskiego kółka różańcowego, ziewnął i zgasił światło.

Warto przy okazji przypomnieć, że to zawodnik wybrany z pierwszym numerem draftu dopiero w 2024 roku. Dwa lata w lidze, a już taki dorobek, że starsi koledzy powinni się zacząć wstydzić.

Skąd w ogóle te 40,8 procent głosów? Ano stąd, że w minionym sezonie zasadniczej fazy rozgrywek Celebrini zanotował 115 punktów, co dało mu czwarte miejsce w klasyfikacji całej ligi i pobiło rekord Sharks należący wcześniej do Joe Thorntona. Sam, w pojedynkę, przekroczył w tej drużynie granicę 60 punktów, 40 asyst i 30 bramek. Nikt inny w San Jose nawet się do tego nie zbliżył. W głosowaniu do nagrody dla najbardziej wartościowego zawodnika ligi uplasował się na czwartym miejscu, a w głosowaniu do nagrody typowanej przez samych zawodników był drugi. Dla drużyny, która wciąż liże rany po latach przebudowy, to i tak wynik z innej bajki.

Ale to i tak dopiero rozgrzewka, bo prawdziwy popis Celebrini dał na arenie międzynarodowej. W lutym, mając 19 lat, został najmłodszym Kanadyjczykiem w historii, który z udziałem zawodników NHL zagrał na igrzyskach olimpijskich. W sześciu meczach zdobył 10 punktów, w tym najwięcej goli ze wszystkich uczestników turnieju, pięć sztuk, co uczyniło go najskuteczniejszym nastolatkiem w historii olimpijskiego hokeja mężczyzn. Do tego miejsce w drużynie gwiazd turnieju i srebrny medal. Kiedy kontuzji nabawił się Sidney Crosby, to właśnie Celebrini musiał przejąć jego rolę w przewadze liczebnej, zadanie, które spokojnie mogłoby przerosnąć zawodnika dwa razy starszego. Zapytany później o najlepsze wspomnienie z igrzysk, nie wskazał zresztą własnego gola, tylko wspólne wyjście całej drużyny na łyżwiarstwo szybkie, żeby dopingować innych kanadyjskich sportowców. Niewielu nastolatków w ogóle pamiętałoby, że poza hokejem toczyły się tam jeszcze inne zawody.

W maju poszedł jeszcze o krok dalej. Reprezentację Kanady na mistrzostwach świata poprowadził jako kapitan. Co ciekawe, Crosby sam pojawił się na tym turnieju, a mimo to zdecydowano, że kapitanem zostaje Celebrini, i decydowała o tym cała drużyna, Crosby włącznie. To mówi więcej o zaufaniu w tamtej szatni niż jakikolwiek komunikat prasowy. Celebrini odpowiedział 14 punktami w 10 meczach, sześcioma golami i ośmioma asystami, i został uznany najlepszym napastnikiem turnieju. Kanada skończyła na czwartym miejscu, co samo w sobie trudno nazwać sukcesem.

To, co w tym wszystkim najbardziej mnie zastanawia, to spokój, z jakim ten dzieciak nosi cały ten ciężar. Sam mówi, że rodzice od małego wpajali mu, żeby najpierw być dobrym człowiekiem, a dopiero potem gwiazdą sportu, i że pokora wcale nie musi wykluczać pewności siebie. Jako wzorce wymienia Crosby’ego, Ryana O’Reilly’ego, Johna Tavares’a i Jonathana Toewsa, czyli ludzi, którzy w szatni spędzili więcej lat niż Celebrini ma w ogóle za sobą urodzin. Chłopak dowód osobisty wyrobił sobie chwilę przed tym, jak zaczął uczyć weteranów, jak się wygrywa.

A skoro już przy korzeniach jesteśmy, warto przypomnieć, że zanim Celebrini w ogóle pomyślał o łyżwach, w jego domu królowała piłka nożna. Rodzice poznali się grając w piłkę na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej. Ojciec, Rick, był zawodowym piłkarzem, głównie w Vancouver, i miał na koncie występy w reprezentacji Kanady, a mama, Robyn, grała na poziomie uniwersyteckim. Do tego troje rodzeństwa, Aiden, RJ i Charlie, też wychowane bardziej na boisku niż na lodowisku. Sam Celebrini przyznaje, że to piłka dała mu wyczucie gry, bo w futbolu trzeba myśleć kilka ruchów do przodu, trochę jak w szachach, i że to przełożyło się później na czytanie gry na tafli.

Latem, kiedy w Vancouver i Toronto trwał piłkarski karnawał przy okazji Mistrzostw Świata, Celebrini nie usiedział w domu. 2 lipca zorganizował, wspólnie z Airbnb, obóz piłkarski dla 40 gości, z prawdziwym trenerem akademii Juventusu, Vincem Petrasso, prowadzącym ćwiczenia. Grał w piłkarzyki z uczestnikami, testował własne umiejętności z dzieciństwa, i wyglądało to trochę jak wypasiona wersja osiedlowego Orlika, tylko że zamiast sąsiada z bloku zajęcia prowadził gwiazdor NHL.

Przy okazji zdążył też nasiąknąć atmosferą samego turnieju. Był na meczu Nowej Zelandii z Egiptem na BC Place, widział z bliska szaleństwo, jakie na BMO Field wywołało starcie Cristiano Ronaldo z Luką Modriciem, i szczerze przyznaje, że chciałby, żeby coś z tej energii przeniosło się do hokeja. Zgadzam się z nim całym sercem. Bo o ile europejscy kibice piłkarscy potrafią śpiewać przez 90 minut bez przerwy na oddech, o tyle na wielu halach NHL bywa ciszej niż w czytelni.

Zresztą nie tylko Celebrini rośnie w oczach. Sharks kupili od Google cały biurowiec naprzeciwko swojej hali, żeby urządzić tam nową siedzibę. Wspominam to tylko po to, żeby pokazać, że wokół tego chłopaka buduje się już nie tylko legenda, ale i cała infrastruktura, dosłownie.

A na deser zostawiłem sobie najsoczystszą plotkę tego lata. Wszystko wskazuje na to, że Celebrini zostanie twarzą okładki NHL 27. Linki do przedsprzedaży podobno już powstały, a elementy kampanii promocyjnej prowadzą wprost do niego. Jeśli to się potwierdzi, będzie pierwszym zawodnikiem Sharks na okładce od czasów Owena Nolana w edycji NHL 2001, czyli ćwierć wieku temu. Ćwierć wieku, dla przypomnienia, to w polskich realiach tyle, ile potrafi trwać remont jednego odcinka drogi krajowej.

Sezon na dobre jeszcze się nie zaczął, a kalendarz pokazuje środek lata. Celebrini zdążył już zdominować urlop. Zastanawiam się tylko, co zostawi sobie na październik.