Bramkarz hokejowy – zderzenie rzeczywistości z fantastyką, nadczłowiek. Kask, parkany, łapaczka, odbijaczka… jak to wszystko wygląda. Wow! Coś niezwykłego! Jak bohater z opowieści Marvela. Krążek, który chce rozerwać gościa na pół, gdyby tylko nie był odpowiednio zabezpieczony sprzętem. Wielcy faceci wpadający rozpędzeni i mający tylko jeden cel – pokonać go. Pełna fantastyka w rzeczywistej oprawie.

O niebezpieczeństwie pracy bramkarza wystarczy powiedzieć tylko tyle: krążki pędzące nierzadko z prędkością 160 kilometrów na godzinę i szarżujący napastnicy ważący po sto kilogramów. To robi wrażenie.

Zdaniem 52-letniego Kaya Whitmore’a obecny czas jest prawdopodobnie najtrudniejszym w dziejach ligi NHL dla golkiperów z uwagi na połączenie szybkości gry, talentu zawodników i poziomu ich umiejętności. Nigdy te trzy aspekty nie stały na tak wysokim levelu, jak to jest obecnie. Whitmore przez dziewięć sezonów grał w NHL, choć daleko mu do bycia wybitnym. Tylko w czterech kampaniach nie dzielił występów w najlepszej lidze świata z grą w AHL. Dziś jednak pełni chyba najbardziej odpowiedzialną funkcję w całym swoim hokejowym życiu. Kanadyjczyk jest osobą odpowiedzialną za bramkarzy NHL.

To z jego inicjatywy wprowadzono szereg zmian w „umundurowaniu” golkiperów. Dzięki niemu pozbyto się klap, pasów, ochraniaczy na ramiona i potężnych parkanów, które ograniczały mobilność. Jego zadaniem jest dbać o to, aby ludzie grający na najbardziej niebezpiecznej pozycji byli jak najbezpieczniejsi.

Whitmore balansuje na granicy. Z jednej strony chce zrzucać z bramkarzy jak najwięcej ciężkiego sprzętu, którego noszenie nie należy do przyjemnych rzeczy, a z drugiej musi zadbać o ich ochronę, gdy gra staje się coraz szybsza, a liczba golkiperów powalonych przez szalejące krążki wciąż rośnie, tak jak i ilość kontuzji wynikających ze zderzeń z rywalami. Prawdziwą zmorą są kontuzje głowy powodujące wstrząsy, czyli jeden z naczelnych tematów, z którymi walczy NHL.

W poprzednim sezonie doszło do piętnastu wstrząśnień mózgów golkiperów, a dwie kampanie wstecz ta liczba wynosiła dziewiętnaście przypadków. Sytuacja nie ulega polepszeniu. W bieżącej edycji do połowy marca zanotowano już dziesięć takich kontuzji.

W tym sezonie o skali niebezpieczeństwa przekonali się tacy specjaliści jak Garret Sparks, Matt Murray, Tuukka Rask, czy Corey Crawford, który stracił z powodu kontuzji również połowę poprzednich rozgrywek. Choć ogólna liczba wstrząśnień nie osiągnęła w momencie badania wyniku zanotowanego na koniec poprzedniego sezonu, to eksperci ostrzegali, że wtedy dziewięć z piętnastu przypadków wydarzyło się w ostatnich dwóch miesiącach gry, czyli w najważniejszych momentach rozgrywek.

Whitmore jest w kropce w walce z zagrożeniami, a w zasadzie z próbą ich zredukowania. Gdyby tylko chodziło o obrażenia wynikające z uderzeń krążka, ale przecież dochodzą do tego również kolizje z zawodnikami. Dwie trzecie przypadków wstrząsów mózgu odnotowanych w ubiegłym sezonie to uderzenia „gumą” w głowę, a tylko dwie kontuzje wyniknęły z kontaktu pomiędzy zawodnikami. W bieżących rozgrywkach aż siedem z dziesięciu sytuacji to wynik zderzeń z bramkarzem, z czego sześć miało miejsce bezpośrednio podczas trwania akcji. Na przykład Crawford doznał wstrząśnięcia po tym jak „zmiażdżył” go Dylan Strome, czyli kolega z drużyny pchnięty przez Evandera Kane’a z San Jose Sharks. Rask nabawił się kontuzji po tym jak wpadł na niego Filip Chytil z New York Rangers powalony przez Charliego McAvoya. Murray natomiast uraz zawdzięcza bezpośrednio jednemu ze swoich, czyli graczowi Pittsburgh Penguins.

Trzy przypadki wstrząsów, do których doszło w tym sezonie to wynik strzałów oddanych w czasie treningów. W odpowiedzi na liczbę niebezpiecznych kontuzji, liga wprowadziła serię dodatkowych testów dla producentów dostarczających maski bramkarskie.

Whitmore przestrzega przed bagatelizowaniem danych. Mówi, że liga wypracowała pewien standard maski bramkarskiej, ale pyta, czy ten standard jest właściwy? Czy jest wystarczający? Czy istnieje sposób, aby sprzęt chroniący głowę był jeszcze bezpieczniejszy? Whitmore powiedział, że te pytania zostały głośno zadane, a to pierwszy krok do poprawy bezpieczeństwa, bo jeśli nie skonfrontujesz bieżącego stanu, to nigdy nie będziesz w stanie go ulepszyć.

Facet odpowiedzialny w lidze za bezpieczeństwo golkiperów jest nieco przerażony wzrostem skali kontuzji wywołanych wstrząsami mózgu. W sezonie 2016/17 było raptem pięć takich sytuacji, a po dwóch latach już trzy razy więcej.

Bramkarze wyrażają jasno swoje obawy o to, czy można w ogóle jeszcze coś zrobić z maską, aby stała się bezpieczniejsza. Ich zdaniem nie da się już ulepszyć sprzętu, który ma zapobiegać kontaktowi z ponad stukilogramowym facetem pędzącym z prędkością 24-32 kilometry na godzinę, maksymalnie zafiksowanym na uderzeniu kawałka wulkanizowanej gumy.

Trzykrotny zdobywca Pucharu Stanleya Marc-André Fleury mówi, że jest bardzo zadowolony, iż producenci hełmów wciąż pracują nad ich ulepszeniem, ale niestety nie wierzy w to, że ta praca poprawi sytuację golkiperów, jeśli chodzi o skutki zderzeń z zawodnikami z pola. To zupełnie coś innego niż kwestia lecącego krążka, uderzającego w kask.

Fleury wie o czym mówi. Stracił jedną czwartą poprzedniego sezonu po tym jak „pocałował się” z Anthony Manthą z Detroit Red Wings. Trzy lata temu ten bramkarz zadał ciekawe pytanie retoryczne „wszyscy mają jeden mózg, prawda?” Padło ono w sytuacji, gdy oddał Murrayowi miejsce między słupkami bramki Pittsburgh Penguins. Wytłumaczył wtedy, że nigdy nie jest się w stanie przewidzieć konsekwencji zbyt wielu wstrząsów.

Temat ochrony głowy i wszelkich jej wewnętrznych uszkodzeń jest powszechnie znany w NHL, co jest pierwszym krokiem do dalszej poprawy zdrowia bramkarzy. Podkomisja do spraw bezpieczeństwa sprzętu uznała, że esencją wszystkich niepożądanych zdarzeń jest prędkość. Inżynier, który w 2011 roku zrewolucjonizował bandy i pleksi w NHL, po tym jak Zdeno Chára zdemolował Maxa Pacioretty’ego, zabrał się za opracowanie lepszych testów masek bramkarskich.

Wprowadzono je dopiero w sezonie 2014/15 i początkowo obejmowały tylko dwa podstawowe aspekty. Po pierwsze badano, czy „skorupa” nie pęka zrzucając kask z różnych wysokości na metalowe podłoże, a po drugie uderzano krążkami we front maski, sprawdzając wytrzymałość krat chroniących twarz.

Po tym jak na ważności zyskał temat wstrząśnień mózgu, inżynierowie dołożyli jeszcze dwa testy mający na celu sprawdzenie, czy maska jest w stanie zminimalizować prawdopodobieństwo inwazyjności kontaktu z drugim zawodnikiem. Do modelu głowy podłączono sensory, które zbierały dane, w jaki sposób pochłaniana jest energia wyzwalana podczas uderzeń krążka w maskę. Inny test posłużył ocenie wpływu uderzeń podczas kontaktu z maską poprzez odtworzenie sił obrotowych działających w momencie zderzenia. Podobne badania prowadzone były dla hełmów ochronnych w futbolu amerykańskim.

Whitmore podkreśla, że od pięciu sezonów obowiązuje standaryzacja maski bramkarskiej, a coraz większa wiedza na temat kontuzji głów pozwala coraz bardziej zaostrzać wymagania sprzętowe, aby minimalizować ryzyko urazów. Badaniami zajęli się przedstawiciele ligi, którzy następnie opracowania swoich obserwacji przekazali producentom sprzętu, aby ci dokonali stosownych innowacji. Whitmore nazywa to przełomem i próbą znalezienia nowych sposobów na poprawę standardów bezpieczeństwa.

Lee Britt „wpakował się” w biznes sprzętu bramkarskiego po ukończeniu studiów. Dołączył do małej firmy produkcyjnej Mission-Itech, która stała się częścią znanego koncernu Bauer Hockey. Britt spędził blisko dwadzieścia lat życia na poprawie jakości sprzętu bramkarskiego, współpracując w tym temacie ściśle z Whitmorem.  Ten doświadczony producent powiedział, że przejął tradycje rodzinne po ojcu, który zrobił kilka pierwszych masek dla Jacquesa Plante’a, członka Galerii Sław NHL. To ten golkiper spopularyzował kaski na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych poprzedniego stulecia. Britt twierdzi, że ma ten fach we krwi.

Jego zdaniem w branży producentów sprzętu bramkarskiego jeszcze dekadę temu obowiązywała „wolna amerykanka”, czyli każdy robił co chciał, a  w zasadzie robił wszystko, żeby tylko pozyskać do swojej stajni jakiegoś golkipera. Niektóre z firm mieściły się po prostu w garażach, a o jakichś standardach nie było nawet mowy.

Tacy potentaci jak Bauer, CCM albo Vaughn, wydają rocznie miliony dolarów na badania, z których część dotyczy ulepszeń maski bramkarskiej. Na terenie kompleksu Bauera znajdującego się na północ od Montrealu znajduje się specjalne lodowisko i mnóstwo sprzętu, który naukowcy wykorzystują w swoich pracach nad nowym ekwipunkiem hokejowym.

Maska bramkarska składa się z trzech głównych elementów. Tylna płyta przymocowana jest za pomocą specjalnych elastycznych pasków do przedniej powierzchni, której boki łączy ze sobą siatka (kratownica).

Na poziomie NHL ludzie zajmujący się sprzętem w klubach, jak również sami bramkarze wiedzą jak wymienić wygięty od uderzenia krążkiem drut w masce. W opinii Britta to bardzo ważne, bo to jakby przednia szyba twojego samochodu. Producent tłumaczy, że tak samo jako prowadzenie auta ze zbitą szybą nie daje żadnego komfortu i jest niebezpieczne, tak samo jest z wgniecioną kratownicą znajdującą się bezpośrednią przed twarzą golkipera. Ten element w większości wykonany jest ze stali nierdzewnej, ale zdarza się też, że z tytanu.

Dekadę temu maski produkowane były z włókna szklanego, lecz teraz robi się je z bardziej wytrzymałej wersji komponentu węglowego niż ten wykorzystywany do produkcji kijów i łyżew. Nikita Kuczerow, czy Auston Matthews na jeden mecz przygotowują trzy-cztery kije, a golkiper w w tej samej masce broni od sześciu miesięcy do roku, chyba, że wcześniej dojdzie do jakiegoś uszkodzenia lub wgniecenia kratownicy, na co jak tłumaczy Britt, zwraca się w lidze szczególną uwagę.

W ostatnich latach, już po wprowadzeniu nowych, dodatkowych testów największe zmiany zaszły w tym obszarze, który na pierwszy rzut oka nie jest widoczny, czyli w tym jak maska wygląda pod jej zewnętrzną powłoką. Britt tłumaczy, że tak zwane flaki, czyli wnętrzności maski robione są obecnie z bardzo zaawansowanych materiałów. Jeśli skorupa, którą widać ma chronić czaszkę bramkarza przed złamaniami, to wewnętrzna część odpowiedzialna jest za rozpraszanie energii towarzyszącej uderzeniu krążka lub kija w głowę zawodnika. Zdaniem Britta to właśnie „flaki” maski chronią mózg bramkarza.

Jeszcze jakieś pięć-sześć lat temu maski używane od NHL poprzez niższe ligi aż po produkty ogólnodostępne w takich sieciach jak Canadian Tire lub Hockey Monkey były bardzo podobne do siebie, ponieważ ich wewnętrzna część zrobiona była z tego samego rodzaju kompozytu winylowego. Britt tłumaczy, że był to pewien standard, który wszystkim odpowiadał i nie zgłaszano żadnych uwag.

Stosowane obecnie wypełniacze wnętrza maski to rodzaj specjalnej pianki. Nie jest to rozwiązanie niezawodne, bo często łapie wilgoć przez co maska staje się cięższa, ale przynajmniej jest to kolejna warstwa ochronna. Britt tłumaczy, że nie ma materiału, który zapewniałby stuprocentową ochroną przed wstrząśnieniami mózgu, dlatego też w miejscu, w którym pracuje są laboratoria ciągle starające się znaleźć jak najlepsze rozwiązanie ochronne. Cała uwaga skupiona jest na tym, żeby udało się pochłonąć jak najwięcej energii, po to, by jak najmniej z niej trafiało po uderzeniu do sportowca.

To trochę przypomina działanie w stylu akcja-reakcja. Jeśli dochodzi do określonych zdarzeń, to naukowcy siadają i starają się jakoś temu zapobiec. Britt jest niezadowolony z postępu prac, ponieważ jak twierdzi co roku zawodnicy dostają ulepszone, lżejsze kije oraz łyżwy, a w kwestii masek wydaje się, że nie można nic już zrobić, o czym przekonują nie spadające liczby kontuzji.

Producent szybko jednak wyjaśnia, że dziś jest znacznie lepiej niż na przykład w 2012, czy 2013 roku. Testy masek są znacznie bardziej profesjonalne. Sprawa ich ulepszania to nie jest temat do załatwienia z dnia na dzień. Całkowity cykl testowy może trwać do dwóch lat i wymaga całkowicie poważnego potraktowania go ze strony tak ligi, jak i poszczególnych zawodników.

James Reimer, będąc bramkarzem Toronto Maple Leafs był wyłączony z gry w sezonie 2011/12 przez następstwa wstrząsu mózgu, którego doznał w wyniku zderzenia z Brianem Giontą. Poświęcił wtedy czas na wypracowanie z Brittem oraz jego kolegami pewnych rozwiązań w budowie maski, wprowadzonych do szerszego użytku przez innych bramkarzy.

Zdaniem producenta jakieś trzydzieści procent golkiperów przerzuciło się na maski, nad którymi pracował wspólnie z Reimerem. Sprawa miała duży oddźwięk, bowiem wtedy Bauer ubierał jakieś 60 procent ligowych bramkarzy, a Toronto było jak zwykle ważnym miejscem, na które skierowane były oczy wszystkich, zaś Reimer w tamtych czasach był numerem jeden w Maple Leafs.

Nowy model maski dał wiele do myślenia. Zdaniem Britta nic nie daje takiego kopa do działania, jak własne doświadczenia i przeżycia. Reimer, który obecnie występuje we Florida Panthers zadał pytanie producentom, jakie są ich najbezpieczniejsze hełmy? Patrząc na historię swoich problemów z kontuzjami głowy oraz szyi skontaktował się ze specjalistą w tej dziedzinie, którym jest Dan Bos. Udał się do Kolumbii Brytyjskiej, aby uzyskać jego opinię, który z produktów najlepiej będzie go chronił, uwzględniając preferowany przez Reimera styl gry. Golkiper nazywa Bosa swoim „bossem od głowy”, któremu ufa w stu procentach.

Wybrany przez niego specjalista jest zwolennikiem wypełniacza stosowanego przez Bauera w postaci wspomnianej już wcześniej pianki. Reimer twierdzi, że ten rodzaj kasku naprawdę dobrze tłumi uderzenia. Firma Bauer jest już na ostatniej prostej jeżeli chodzi o wprowadzenie nowej generacji masek. Wraz z zakończeniem sezonu zasadniczego w Montrealu rozpoczęły się szeroko zakrojone testy sprzętu.

Jak zminimalizować ryzyko pracy bramkarza? To pytanie nieustannie trapi producentów i działaczy NHL. Praca golkiperów jest tak niebezpieczna, że nie pozwala ani na chwilę odłożyć tematu na bok. Sytuacja napędza się, bowiem strzały są coraz mocniejsze. Wszystko przez ciągłą ewolucję kijów hokejowych. Ale jak wynika z badań prowadzonych przez NHL coraz więcej przypadków wstrząsów mózgu ma miejsce nie w wyniku uderzeń oddawanych przez rywali, a tych które padają na treningach i rozgrzewkach.

Ofiarami własnych kolegów podczas zajęć w klubach byli w tym sezonie Murray, Sparks i Thatcher Demko. W podobny sposób kontuzji w poprzedniej edycji ligowej nabawili się Steve Mason i Mike Condon. Treningi zdaniem Reimera są o wiele groźniejsze niż same mecze, o czym świadczą przytoczone przez niego liczby. Bramkarz podaje, że nawet jeśli drużyna jest zdominowana w spotkaniu przez przeciwnika, który pozwala sobie na jakieś 70 uderzeń, z których 30-40 dociera do golkipera, to i tak jest to nic w stosunku do liczby strzałów padających na treningu, kiedy trzeba obronić pięć lub sześć razy więcej prób niż w meczu.

Braden Holtby stwierdza jasno, że decyzja o zostaniu bramkarzem to proszenie się o kłopoty. Jak podaje, prawdopodobieństwo i łatwość doznania wstrząsu mózgu są tak duże, że dość często zmuszony jest w szatni rozmawiać o tym ze swoimi kolegami, uświadamiając ich co do zagrożeń oraz prosząc o rozwagę.

Zdaniem wciąż jeszcze aktualnego mistrza NHL na treningach coraz więcej strzałów oddawanych jest w górne partie bramki, właśnie gdzieś w okolicach głowy golkipera. To serie które trzeba przyjmować dzień za dniem. Dlatego też zajęcia w klubie są groźniejsze od samych meczów, tam po pierwsze nie ma takiej ilości uderzeń, a po drugie nie każdy trafi w okolice głowy bramkarza w ferworze walki. Na treningu natomiast, gdzie rzeczy odbywają się bez żadnej presji, można ćwiczyć precyzję i z uporem maniaka doskonalić uderzenie, które przecież uważane jest za najlepsze, jeśli właśnie skierowane zostaje w okolice głowy golkipera.

Dominującym stylem wśród bramkarzy jest popularny „butterfly” lub jego modyfikacja. Pozycja golkipera ulega obniżeniu, a co za tym idzie przy standardowym wzroście około 1,9 metra, jego głowa znajduje się centralnie na linii ognia. Pojawia się zatem pytanie o to, w jaki sposób bramkarze reagują na strzały lecące prosto w ich głowę?

Zdaniem Devana Dubnyka z Minnesota Wild jest to sprawa bardzo indywidualna. Trudno w tym temacie wyznaczać jakieś standardy. On sam reaguje na przykład odwracaniem głowy na bok przez co większość uderzeń ląduje na jego szczęce, a nie w okolicach czoła. Twierdzi, że tego nie da się wyuczyć, to po prostu reakcja instynktowna. Jedni odchylają brodę, inni pochylają głowę, a jeszcze inni odwracają ją w bok.

Dubnyk kilka lat temu zmuszony został do zmiany maski, którą stosował od czasów juniorskich. Wymienił ją, bowiem stała się przeżytkiem. Nikt już takich nie używał.  Ten ruch wywołał pewien dyskomfort działania. Musiał przyzwyczaić się do nowego uczucia, a poza tym trzeba było wprowadzić pewne modyfikacje, bowiem jego uszy nie były dokładnie w miejscach przygotowanych do tego otworów w masce przez co miał poczucie stłumionego dźwięku, który był bardzo nienaturalny i denerwujący. Dubnyk lubi mieć luźno założoną maskę. Tak jest przyzwyczajony, a poza tym twierdzi, że to pomaga przy uderzeniu, bo pochłania więcej energii niż przy mocno zapiętej masce.

Gdyby skupiać się tylko na suchych liczbach, to kontakt bramkarza z zawodnikiem nie należałoby uznawać za główne zagrożenie, ale to właśnie jest największy obecnie problem, z którym trudno sobie poradzić producentom, aby sprzęt w takich sytuacjach spełniał swoja funkcję ochronną.

Reimer opowiedział o tym, jak dostał „strzała” w meczu przeciwko Vegas Golden Knights. Obserwował uważnie krążek, który był w okolicach niebieskiej linii i nie kontrolował zawodnika zbliżającego się do niego. Po zakończeniu akcji okazało się, że leży  na nim przeciwnik i bramka. Reimer tłumaczył, że nie był w stanie interesować się rywalem. Jego zadaniem jest obronić strzał, niezależnie od konsekwencji. Jak twierdzi, bramkarz nigdy nie myśli o swoim bezpieczeństwie, nie kalkuluje i nie wybiera mądrzejszych rozwiązań. Po prostu jest w stu procentach pochłonięty krążkiem i tym, aby ten nie przekroczył linii bramkowej.

Ta nieustająca walka trwająca pomiędzy bramkarzami, a atakującymi nie skończy się. Nie łudźmy się. Napastnicy są szkoleni, aby wymuszać na golkiperach presję, aby ich nękać, jeździć przed ich nosem, przeszkadzać im. Tak się dzieje w każdym meczu, a jeżeli któryś z zawodników chciałby sobie ten element odpuścić, to szybko zakończy na ławce rezerwowych, po czym spędzi długie godziny na sesjach wideo, oglądając swoją bierną postawę.

W tej sytuacji kluczowe wydają się być regulacje ustalające jak może wyglądać kontakt z bramkarzem, co jest dozwolone, a co nie. To praca dla Departamentu Bezpieczeństwa Zawodników. Dubnyk uważa, że w tym temacie jeszcze wiele można poprawić. Jego zdaniem jeżeli defensor zajął swoją pozycję, to odpowiedzialnością napastnika jest zatrzymać się, albo go wyminąć, a nie wpadać z impetem, co skutkuje często uderzeniem w bramkarza. Golkiper „Dzikich” stwierdza jasno „jeśli droga jest zamknięta, to nie pchaj się tam, tylko poszukaj innej”. Jego zdaniem obecnie jest tak, że bramkarze pochłonięci swoją pracą nie zwracają uwagi na atakujących, a ci wykorzystują to na maksa, po to, aby tylko wejść w kontakt z golkiperem i osłabić go.

NFL, czyli zawodowa liga futbolu amerykańskiego podjęła kroki, aby otoczyć większą ochroną quarterbacków i zawodników grających na pozycjach narażonych na większe ryzyko. Czy NHL powinna również zachować się podobnie w odniesieniu do bramkarzy?

Fleury uważa, że zawodnik, który naciera na bramkarza, powodując zderzenie wycelowane w jego głowę powinien być surowo karany. Ze złością stwierdza, że niestety nigdy jeszcze nie widział, aby jakikolwiek gracz został za coś takiego zawieszony lub wyrzucony z tafli. Jego zdaniem to drobna sprawa, która mogłaby tak bardzo zmienić pozycję bramkarzy. Doświadczony golkiper nie potrafi zrozumieć, dlaczego jest to taki problem.

Zdaniem Reimera to co jest mocno denerwujące dla bramkarzy, to fakt, iż napastnicy, którzy widzą, że pozostają bez szans na dogonienie krążka lub wygranie pozycji, nagle z odległości trzech metrów nie są w stanie wyhamować przed golkiperem, tylko walą w niego z całym impetem za co nie otrzymują żadnej kary.

Whitmore oczywiście jako były bramkarz przyklaskuje wszelkim uwagom podnoszonym przez jego młodszych kolegów po fachu, ale ma też pełną świadomość, że nie da się zagwarantować golkiperom pełni bezpieczeństwa wciąż modyfikując sprzęt lub poprawiając jeszcze bardziej przepisy. Twierdzi, że można i należy się starać jak najbardziej dostosować sprzęt do występujących sytuacji, ale obrażenia, na które narażeni są bramkarze to część ich ryzyka zawodowego. O ile z ekwipunkiem można próbować coś zrobić, to z filozofią samej gry nie bardzo.

Takie stwierdzenie jest słuszne. Istoty hokeja nie da się zmienić. Pozostaje tylko pracować nad świadomością atakujących, aby pomyśleli częściej niż teraz jak traktują tych, którzy są najbardziej narażeni na skutki kontaktu z nimi i wykonują najbardziej niebezpieczną robotę w tym sporcie.