Sierpień w National Hockey League to czas, który najchętniej wymazałbym z kalendarza. Poważnie. Większość menedżerów wyłączyła telefony, spakowała walizki i zaszyła się gdzieś w luksusowych domkach nad wodą. Siedzą na pomostach, gapią się w słońce i udają, że wykonali już całą niezbędną robotę. Jeśli nie mają do dopięcia kontraktu z jakimś opornym zastrzeżonym wolnym agentem, to po prostu leżą brzuchem do góry. Nic wielkiego się nie dzieje. Czekanie na jakikolwiek konkretny ruch transferowy o tej porze roku przypomina podróż pociągiem PKP Intercity z Warszawy Zachodniej do Rzeszowa Głównego w samym środku upalnego lata – jest potwornie duszno, krajobraz za oknem od dawna się nie zmienia, a ty po prostu odliczasz minuty, modląc się o to, by w końcu dojechać do stacji końcowej. Tą stacją są jesienne obozy przygotowawcze.

Zastanawiałem się ostatnio nad rynkiem bramkarzy. To zawsze jest ten element hokejowej układanki, który potrafi wywrócić misternie budowany sezon do góry nogami. Zdecydowana większość drużyn ma już zamknięte składy i ustalone tandemy. Ba, co najmniej dziesięć ekip ma do dyspozycji po trzech golkiperów na poziomie NHL. Nie ma na rynku wielu gorących nazwisk, wszyscy najlepsi dostali już swoje umowy, więc nie grozi nam nawet widmo podbierania graczy. A jednak, zawsze ktoś na koniec zostaje z ręką w nocniku, gdy podczas pierwszych sparingów podstawowy goalie naciągnie pachwinę. Zbudowanie solidnej kadry bez głębi w bramce jest jak organizowanie hucznego grilla na majówkę i uświadomienie sobie w niedzielę niehandlową, że nie masz węgla. Masz idealnie zamarynowaną karkówkę, lodówkę pełną zimnego piwa i wygłodniałych gości na tarasie, ale bez tego jednego elementu cała misterna operacja po prostu leży i kwiczy. Ten trzeci, zapasowy bramkarz to właśnie twój awaryjny worek brykietu schowany głęboko w garażu – przypominasz sobie o nim dopiero, gdy główny plan zawodzi, ale to on ratuje cię przed kompletną kompromitacją, gdy sypią się kontuzje.

Przeglądam to, co zostało na rynku wolnych agentów, i mam kilka cierpkich przemyśleń. Weźmy takiego Petra Mrazka. Gość ma 34 lata i chyba sam już nie pamięta czasów, gdy wróżono mu wielką przyszłość w Detroit Red Wings. Od lat tuła się po lidze jako ligowy najemnik, a jego zeszły sezon w Anaheim Ducks to był absolutny koszmar. Rozegrał zaledwie dziesięć spotkań, notując fatalną skuteczność obron na poziomie .858. Wpuścił niemal cztery gole więcej, niż przewidywały to zaawansowane modele, zatrzymując się na poziomie -3,81 GSAx. I to są realne, bezlitosne liczby, a nie jakieś wykreowane w próżni statystyki udające analizę. Anaheim grali w obronie tak katastrofalnie, że wpuszczenie tam Mrazka przypominało posłanie samotnego, początkującego kasjera na wielkie otwarcie nowej Biedronki na osiedlu tuż przed Bożym Narodzeniem – wiesz doskonale, że chłopak zostanie tam bezlitośnie stratowany przez tłum łowców promocji, a każda kolejna desperacka próba skasowania towaru to tylko bolesne przypomnienie o braku jakiejkolwiek kontroli nad tym chaosem. Przegrywał rywalizację z Ville Husso. Poważnie, Mrazka ktoś może podpisać tylko z gigantycznej desperacji.

Zupełnie inaczej patrzę na Jamesa Reimera. 38 lat na karku, wielu wysyłało go już na sportową emeryturę, szczególnie gdy przed sezonem nie dostał angażu w Toronto Maple Leafs. I wiecie co? Facet zacisnął zęby, poczekał na swoją szansę i odnalazł się w Ottawa Senators. Reimer jest dzisiaj jak stary, wysłużony laptop jak mój Lenovo Yoga leżący gdzieś na dnie domowej szafy – może nie odpalisz na nim najnowszych programów, ale port HDMI wciąż działa perfekcyjnie, więc gdy twój główny sprzęt nagle padnie na kwadrans przed wejściem na antenę podcastu, ten stary grat ratuje sytuację bez słowa skargi. W Ottawie wykręcił .886 w 14 meczach, notując solidny bilans 7-4-2. Wyciągnął zespół z opresji, gdy młody Leevi Merilainen zupełnie sobie nie radził. W doskonałym systemie defensywnym potrafi po prostu nie przeszkadzać (1,28 w statystyce GSAx). Nie zawali wam meczu, a to dla trenera czasem najwyższa wartość.

Potem mamy Matta Murraya. Czasami łapię się za głowę, uświadamiając sobie, że ten

__________________________________
Aby czytać dalej

Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie.

Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów.

Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.

Istnieje możliwość zapłaty zwykłym przelewem bankowym. W tym celu proszę wykonać przelew na konto:

NHL W PL
86291000060000000003362403

W tytule należy podać wybrany abonament i adres e-mail. Jak tylko otrzymamy pieniądze, uaktywnimy konto. Można to przyspieszyć przesyłając nam potwierdzenie przelewu na re******@**lw.pl

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni22 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni60 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 180 dni108 zł