Najsmutniejszą twarzą zawodowego sportu od zawsze jest dla mnie oglądanie dawnego mistrza niepotrafiącego zejść ze sceny w odpowiednim momencie. Nie cierpię, kiedy niegdyś wielki sportowiec staje się cieniem samego siebie. Przykro patrzy się na Kobe Bryanta pudłującego kosz za koszem, jest mi żal kopiącego się po czole Wayne’a Rooneya, nie akceptuję rzeczywistości, w której Rafa Nadal męczy się z kontuzjami i odpada w pierwszych rundach, a Tomasz Gollob – absolutny wirtuoz motocykla – odchodzi w zapomnienie gdzieś na żużlowych peryferiach.

Wszyscy ci wielcy mistrzowie (a to ledwie kilka przykładów z brzegu) przyzwyczaili nas do swojego geniuszu, ich sukcesy i zwycięstwa były czymś oczywistym. Oglądanie ich w gorszych momentach czy też u schyłku karier nie należy do przyjemnych czynności. Będąc brutalnym można powiedzieć, że rozmieniają się na drobne… Jeszcze trudniej przychodzi mi pogodzenie się ze sportowym upadkiem Vincenta Lecavaliera. Kilka tygodni temu na łamach portalu wymieniłem go jako zawodnika, dla którego trwająca kampania będzie sezonem prawdy. Dziś już wiemy, że jeden z najwspanialszych hokeistów dwudziestego pierwszego wieku znajduje się w dramatycznym położeniu.

W idealnym świecie Lecavalier spędziłby całą karierę w barwach klubu, w którym zaczynał przygodę z NHL – w 2000 roku z pierwszym numerem w drafcie został wybrany przez Tampa Bay Lightning. Kłopoty Vincenta na Florydzie spowodowały dwie kwestie: gigantyczny kontrakt (w 2008 roku podpisana 11-letnia umowa warta 85 mln dolarów!) oraz przewlekłe kłopoty z nadgarstkiem i ramieniem. Fani Lightning nie mają wątpliwości – po trzech poważnych operacjach Vinny z każdym sezonem grał coraz gorzej, co w połączeniu z nieubłaganymi realiami finansowymi NHL zmusiły władze Tampy do wykupienia kontraktu swojej ikony w 2013 roku, po zaledwie trzech sezonach obowiązywania nowej umowy.

Rozpatrywanie takiej postaci jak Lecavalier tylko w kontekście finansów to okropieństwo, niestety era salary cap nakazuje wyzbycia się wszelkich sentymentów. Używając compliance buyout (pozbycia się kontraktu bez żadnych konsekwencji dla czapki płac) Bolts pozbyli się ogromnego problemu (największy buyout w dziejach!), lecz dosłownie kilka dni później jeszcze większy błąd popełnił ówczesny menedżer Philadelphia Flyers Paul Holmgren. 5-letnia umowa warta 4.5 mln dolarów rocznie dla notującego kompletny zjazd 33-latka okazała się strzałem w stopę. Po wielkim Lecavalierze zostały jedynie wspomnienia – mimo że w pierwszym sezonie zdołał strzelić aż 20 goli, to jego pozycja w składzie z każdym tygodniem słabła. Dwa lata później Vinny rozpoczął sezon jako healthy scratch, a tajemnicą Poliszynela jest chęć pozbycia się 35-latka przez menedżera Flyers.

Dziennikarz TSN Frank Seravalli w jednym z ostatnich tekstów nieco przybliżył trudną sytuację byłego kapitana Lightning. Ze względu na spory kontrakt wytransferowanie Kanadyjczyka nie wchodzi w grę, a szansa na wykupienie umowy minęła latem. Ron Hextall w trakcie offseason miał powiedzieć Lecavalierowi, by ten nie robił sobie nadziei ze względu na zmianę trenera, gdyż ta w żaden sposób nie wpłynie na jego położenie. Wg Seravallego Flyers liczą na zniechęcenie się Vinny’ego – wierzą, że ten po prostu zostawi walizkę z dolarami na stole i odejdzie na emeryturę.

Śmiało możemy założyć, że ten scenariusz się nie spełni. Ego Lecavaliera z pewnością jest niezwykle podrażnione, niemniej 10 mln „zielonych” nie leży na ulicy i trudno spodziewać się takiej decyzji. Wszystkie zainteresowane strony znajdują się w patowej sytuacji. Lecavalier wskoczył do składu wyłącznie ze względu na kontuzje – w normalnych warunkach nie ma szans na grę. Flyers z kolei utknęli ze sporym kontraktem, którego pozbycie się graniczy z cudem. Vinny ponownie stał się finansowym zakładnikiem, choć powiedzmy szczerze – gdyby wciąż był skutecznym hokeistą, zaistniały temat w ogóle by nie istniał. Dzisiejszy „VL4” kompletnie zatracił szybkość, jego strzałom brakuje dynamiki. Część weteranów starzeje się doprawdy przepięknie, tymczasem w przypadku Lecavaliera każdy najmniejszy uraz odniesiony w karierze teraz wychodzi na wierzch.

Życzyłbym sobie, by Vinny zakończył karierę na swoich warunkach i odszedł w chwale, lecz to prawdopodobnie niemożliwe. Pozostaje trzymać kciuki, by obie strony doszły do porozumienia i pożegnały się z klasą oraz wzajemnym szacunkiem. W ten scenariusz wierzę, szkoda tylko, że zaistniała historia w ogóle ma miejsce. Legendy nie powinni się starzeć.