W erze salary cap, ciągłych ruchów kadrowych wymuszonych przez trudną sytuację płacową i rosnące wymagania dobrze grających zawodników nie jest łatwo utrzymać dobrą kadrę w jednym miejscu w NHL. Z jednej strony to źle, z drugiej dobrze bo “nie ma nudy” i karuzela transferowa/kontraktowa ciągle się kręci. Z listy wolnych agentów podpisanych tego lata przez nowe kluby wybieramy trzech, którzy już wywarli duży wpływ na grę nowej drużyny.

3. Artiemij Panarin

Wolny agent wprost z Rosji, czyli pudełko niespodzianek. Produkt wysokiego ryzyka, zwłaszcza gdy przenosimy 23 (w tej chwili 24-letniego) gracza z niemal zerową znajomością języka angielskiego. Blackhawks wbrew pozorom dużo nie zaryzykowali, dając Rosjaninowi kontrakt podstawowy 812 tysięcy dolarów na każdy rok (dwuletnia umowa). Co ciekawe są w tej pisemnej deklaracji obu stron zapisy, wedle których skrzydłowy może dorobić w bonusach nawet do 2,6 miliona dolców.

Jak na rewelacje KHL to nie były wygórowane warunki. Sprytnie postąpiono także ściągając do klubu Artiema Anisimowa (w wymianie za Brandona Saada), bo teraz nie jest on tylko centrem drugiej formacji, a przede wszystkim tłumaczem dla Panarina. A jest co tłumaczyć, bo coach Q bywa niezwykle wylewny w swoich instrukcjach, a system gry Blackhawks także nie należy do najprostszych.

Prowadzenie krążka, kreatywność i zestawienie z wspomnianym już Anisomowem, ale przede wszystkim z Patrickiem Kanem na drugim skrzydle – te atuty sprawiły że Panarin z miejsca wywarł ogromny wpływ na grę Czarnych Jastrzębi. Fani podziwiają co mecz jego dryblingi i zwroty jeżdżone na krawędziach, którymi gubi kryjących go oponentów. Sprawił, że dosyć szybko zapomniano o Patricku Sharpie i Brandonie Saadzie, zwłaszcza że tej dwójce wiedzie się póki co dosyć przeciętnie.

2. David Schlemko

Jeden z najtańszych ludzi dostępnych na rynku tego lata był inwestycją mało ryzykowną. W dobie, gdy każdy średniej nawet klasy obrońca jest wagę złota, aż dziw bierze że tak wiele klubów tak szybko położyła kreskę na Davidzie Schlemko. Ktoś z ośmioletnim doświadczeniem bez wyraźnej skazy na życiorysie nie powinien być odpsuzczany tak łatwo. Nic więc dziwnego, że trafił do Devils, bo Diabły w tym sezonie to właśnie taki dom dla wyrzutków i niechcianych gdzie indziej ludzi (Stempniak, Tlusty).

To jeden z tych zawodników, których kochają liczby i zaawansowane statystyki, ale nie “oczy”. Do rzeczy, co Diabły otrzymały za niewiele ponad pół miliona dolarów za rok? Ano ich najtańszy obrońca (nie licząc juniorskiego kontraktu Damona Seversona), wystąpił we  wszystkich 12 dotychczasowych meczach (co w rotacji u nowego trenera Haynesa nie jest proste – jest tylko trzech takich graczy w obronie). Mimo że gra mniejsze minuty niż Larsson i Greene, to w swojej parze robi za tego bardziej “dojrzałego” i spełnia rolę “stay-at-home”. Nie pomaga mu z pewnością rotowanie partnerami (raz jest to Merill raz Gelinas, były tez inne wynalazki), ale Haynes szuka jeszcze optymalnego dla Schlemko “kolegi”. Jego pozycję można w tej trzecie parze uznać za całkowicie “bezpieczną”.

Cieszy się więc sporym zaufaniem, nie bez przyczyny. Ma jedno z najlepszych współczynników corsi w korpusie D, jeśli chodzi o high-scoring chance (dopuszczanie do groźnych okazji pod swoją bramką) to jego gra plasuje się w tym ważnym dla obrońców aspekcie na trzecim miejscu w drużynie (zaraz po wspomnianych Larssonie i Greenie). Przeliczając tą wartość na dolary, mamy znakomity, wręcz czołowy w całej lidze wynik.

Oczywiście za 600 tysięcy dolarów nie dostaniesz wszystkiego. Schlemko ma mało do zaoferowania jeśli chodzi o ofensywę. Słabo strzela, kiepsko podaje, nie radzi sobie najlepiej z prowadzeniem krążka. Nawet tradycyjna gra ciałem mogłaby wyglądać u niego lepiej (chociaż czasami siądzie mu clean hit, przekonał się o tym kontuzjowany przez niego Evander Kane z Buffalo Sabres).

W wieku 28 lat pewnie nie poprawi już tych podstawowych umiejętności, ale jego pozycjonowanie (trzeci w blokowanych strzałach), aktywna gra kijem, i hokejowa inteligencja sprawiają, że okazał się dla Devils bardzo opłacalną inwestycją.

1. Joel Ward

Nikogo w Kalifornii nie powaliła na kolana wieść o zakontraktowaniu Joela Warda przez San Jose Sharks. 34-letni napastnik, którego rola w Washinton Capitals przez ostatnie cztery lata skupiała się głównie na byciu checking forwardem. Czasami w górę windowała go sytuacja kadrowa i mógł w stolicy pokazać coś więcej – coś z zakresu power forward, pozasłaniać trochę bramkę pograć parę minut w power play. To było jednak tylko czasami, bo Caps chcieli i w końcu poszli w stronę drużyny całkowicie technicznej i szybkościowej.

To nie było nazwisko, po którym spodziewano się wiele w Sharks. Tymczasem po kilkunastu meczach trudno wskazać lepszego gracza tej ekipy. Menadżer Doug Wilson tym razem trafił w dziesiątkę, aż strach pomyśleć kto miałby strzelać gole dla SJS gdyby nie Ward, zwłaszcza po wypadnięciu przez kontuzję Logana Couture’a. Obecnie to kapitan Pavelski jest najlepiej punktującym hokeistą, ale Ward był na tej pozycji przez kilka dni. Zanotował drugiego w karierze hat tricka i pokazał coś więcej niż tylko net-front presence. Strzelał brami z nadgarstka, dostawał krążek do prowadzenia. W grze 5 on 5 ma najwięcej bramek w ekipie (razem z Pavelskim po osiem).

“The Big Cheese”to nie tylko atletyzm, którego Capitals pozbyli się chyba aż za bardzo (oddano też Troya Brouwera). To też dobry duch szatni, czyli element, który w przypadku Rekinów jest bardzo pożądany. Jeszcze w kwietniu Logan Couture mówił przecież, że grupa zawodników SJS dogaduje się “niezbyt dobrze”. Ward z pewnością może to zmienić, być pewnym łańcuchem pomiędzy poszczególnymi indywidualistami.

Dużo pochwał za początek sezonu zbierali nowo sprowadzeni bramkarz Martin Jones i obrońca Paul Martin. Ward stał gdzieś na uboczu i mało specjalistów dostrzegało jego wybitną grę. Jeśli utrzyma tempo w zdobywaniu punktów i bramek pobije swoje życiowe rekordy (w tej chwili jest szansa na sezon z 30+ golami i 60+ punktami, a życiówka Warda to 49 pkt)

Pomyśleć, że miał być tylko kimś kto pogłębi możliwości składu Sharks.