30 stycznia pod sufitem Honda Center zawiśnie kolejna pamiątka po najlepszej erze w historii Kaczorów. Numer 15 Ryana Getzlafa dołączy tam do towarzystwa równie ekskluzywnego, co lista gości zaproszonych na Wigilię do prezydenta, czyli do kompletu Teemu Selänne, Paula Kariyi i Scotta Niedermayera. Cztery numery, jeden sufit, tona nostalgii. Wczoraj Kaczory ogłosiły to jednym komunikatem, bez fajerwerków, a ja i tak siedziałem z uśmiechem, bo czekałem na to odkąd Getzlaf zdjął łyżwy po raz ostatni w 2022 roku.

Ciekawostka na marginesie, choć wcale nie taka błaha: tego samego dnia Orange County trzęsło się bardziej z powodu baseballu niż hokeja, bo Arte Moreno sprzedał Angels grupie Kroenke Sports and Entertainment, tej samej, która ma na koncie tytuły z Ramsami, Nuggets i Avalanche. Gdyby ktoś w lokalnych redakcjach głosował, co jest ważniejsze, pewnie wygrałby baseball. Ja bym się kłócił do upadłego, bo dla mnie wiadomość o Getzlafie warta jest więcej niż cała ta transakcja razem wzięta, choć rozumiem, że nie każdy dzieli mój gust.

Sama ceremonia odbędzie się przed meczem z Nashville Predators, zaledwie dwa dni po tym, jak klub uczci 20. rocznicę zdobycia jedynego jak dotąd Pucharu Stanleya. Sprytne posunięcie organizacyjne, bo cały weekend zamienia się w festiwal sentymentu, coś w rodzaju dożynek, tylko zamiast wieńców z kłosów będzie płakał najstarszy fan Ducks, ten z trzynastego rzędu, który pamięta jeszcze czasy Mighty Ducks.

Trzeba pamiętać, jak to się wszystko zaczęło. Getzlaf trafił do Anaheim z 19. numerem w legendarnym drafcie 2003 roku, prosto z Calgary Hitmen w WHL, z workiem złotych medali z młodzieżowych mistrzostw świata. Ówczesny menedżer Brian Burke miał wtedy tyle cierpliwości, ile niejeden nauczyciel wuefu na zajęciach z gimnastyki korekcyjnej: zamiast rzucać dzieciaki od razu na głęboką wodę, odesłał obu z powrotem do juniorów, Getzlafa do WHL, a Coreya Perry’ego, wybranego chwilę później z numerem 28, do OHL. Rok później cała liga stanęła w miejscu przez lokaut, więc do Anaheim trafili już dojrzalsi i ogrywani zawodnicy.

Debiut w sezonie 2005/06 nie był żadną sensacją. 14 goli i 39 punktów w 57 meczach, dorobek na tyle skromny, że w głosowaniu na Calder Trophy nie dostał ani jednego głosu. Ktoś, kto dziś jest twarzą tej organizacji, wtedy przeszedł bez echa, jakby wszedł na scenę i nikt nawet nie zauważył, że zdjął płaszcz.

Za to sezon drugi to już zupełnie inna bajka. 25 goli, 58 punktów w fazie zasadniczej, a w play-off dorzucił siedem goli i 17 punktów w 21 meczach, grając niemal punkt za mecz w finale konferencji i finale o Puchar Stanleya. Kaczory sięgnęły po jedyne mistrzostwo w historii klubu, choć uczciwie trzeba przyznać, że główną twarzą tamtego triumfu był Teemu Selänne, a Getzlaf z Perrym odwalali czarną robotę gdzieś z boku sceny, jak dwóch stażystów, którzy w rzeczywistości robią połowę roboty za kierownika działu.

Prawdziwy wybuch formy przyszedł dwa sezony później. Między 2007/08 a 2008/09 zanotował 49 goli i 173 punkty w 158 meczach, z bilansem plus 37, a przy tym nie zapomniał, że hokej to sport kontaktowy: 260 uderzeń i 215 minut kar w tym samym okresie. To nie był subtelny rozgrywający chowający się za mantykami, to był facet, który potrafił rozegrać akcję jak szachista, a w kolejnej zmianie rozłożyć rywala na deski, jakby wjeżdżał w niego walec drogowy podczas remontu krajowej siódemki.

Opaskę kapitańską dostał przed sezonem 2010/11 i nie oddał jej aż do emerytury w 2022 roku, co w dzisiejszym NHL, gdzie kapitanów zmienia się czasem częściej niż trenerów w Legii, jest osiągnięciem samym w sobie. Doprowadził klub do dwóch finałów konferencji, w 2015 i 2017 roku, ale drugiego Pucharu z jego nazwiskiem na przodzie zabrakło. Szczerze, jako wieczny malkontent, właśnie tego mi trochę żal, bo pierścień z 2007 roku bardziej należał do Selänne i Niedermayera niż do niego.

Kiedy odchodził, zostawił po sobie rekordy klubowe, których raczej nikt szybko nie pobije: 1157 rozegranych meczów, 737 asyst i 1019 punktów. Trzy liczby, które w Anaheim znaczą tyle, co w Zabrzu nazwisko Lubańskiego. Po prostu się ich nie kwestionuje.

Jest jeszcze ten drugi wątek, bez którego ta historia byłaby niepełna. Getzlaf i Perry przez naście lat funkcjonowali jako pakiet, wybrani tego samego wieczoru w 2003 roku, razem wygrywający złoto na mistrzostwach świata juniorów, razem podnoszący Puchar Stanleya jako 22-latkowie. Ich drogi rozjechały się dopiero po 2016 roku, kiedy Perry wskoczył do Triple Gold Club dzięki złotu mistrzostw świata w Moskwie. Dziś, gdy Ducks wieszają numer Getzlafa pod sufitem, Perry wciąż gra w lidze, w wieku 41 lat, i to akurat w barwach Kingsów, lokalnego rywala z tej samej autostrady. Jest w tym coś ironicznego, że jeden z duetu trafia do muzeum, a drugi wciąż przyjeżdża do Anaheim jako przeciwnik.

Sezon 2026/27 w ogóle wygląda jak zjazd emerytowanych legend. Ci sami Kings zawieszą numer Anže Kopitara i postawią mu do tego pomnik na Star Plaza, a Bruins rozwiną transparent z numerem 37 Patrice’a Bergerona. Cała liga jednocześnie żegna pokolenie, które ukształtowało NHL na dwie dekady. Robi się z tego jeden wielki zjazd absolwentów rocznika 2003.

Getzlaf po zakończeniu kariery nie usiadł na tarasie z drinkiem. Przepracował 14 miesięcy jako koordynator rozwoju zawodników w organizacji Ducks, a później trafił do Departamentu Bezpieczeństwa Zawodników NHL, którym kieruje George Parros, jego kolega z mistrzowskiej drużyny z 2007 roku. Kibice od razu zaczęli żartować, że skoro klub grający twardo załatwia sobie miejsca w tym gremium, to Corey Perry z trzema zawieszeniami na koncie powinien dostać tam etat w ciemno, a jak już, to niech od razu dorzucą Matta Cooke’a i Raffiego Torresa, żeby departament miał komplet.

Poza lodowiskiem Getzlaf prowadzi coroczny turniej golfowy Getzlaf Golf Shootout, który uzbierał już ponad 5,8 miliona dolarów na badania nad dystrofią mięśniową Duchenne’a. To akurat ten rodzaj statystyki, której nie znajdziecie w żadnym podsumowaniu kariery na Hockey Reference, a która mówi o człowieku więcej niż liczba asyst.

Jeśli mam jednak wybrać jedną rzecz, za którą będę pamiętał Getzlafa najbardziej, to nie będzie to żadna z tych liczb. To będzie fakt, że przez 17 lat w NHL nosił tylko jedne barwy. Selänne wracał do Anaheim z przystankami w Winnipeg, San Jose i Colorado, Kariya pewnego dnia po prostu wsiadł do samolotu do Denver i nigdy nie wrócił, Niedermayer i Pronger byli tu tylko na chwilę, jak znajomi w trakcie przeprowadzki. Getzlaf został, jak proboszcz w jednej parafii przez całe życie, nawet gdy propozycje odejścia leżały na stole. To się dzisiaj w hokeju prawie nie zdarza, więc warto to docenić.

30 stycznia numer 15 dołączy do reszty rodziny pod sufitem Honda Center, a ja się założę, że kamery i tak najdłużej zatrzymają się na twarzy Getzlafa, kiedy będzie próbował nie płakać. Nie uda mu się. I dobrze, bo to będzie jedyny moment tego wieczoru, w którym nie będzie musiał niczego rozgrywać.