Odpaliłem NHL 27 z tym samym uczuciem, z jakim człowiek wraca po wakacjach do pracy i widzi, że na jego biurku leży dokładnie ta sama sterta papierów, co przed wyjazdem. Menu wygląda identycznie jak rok temu. Tryby te same. Nawet muzyka w tle menu głównego przez pierwsze dwie minuty budzi wrażenie deja vu tak silne, że sprawdziłem numer wersji gry, bo pomyślałem, że przez pomyłkę uruchomiłem NHL 26. To nie jest dobry początek recenzji i nie jest dobry początek gry, za którą kupujący mają zapłacić pełną cenę.

EA Vancouver od lat trzyma się jednej filozofii. Zamiast przebudowywać fundamenty, dorzuca po trochu, licząc że suma drobnych poprawek w końcu przekona nas, że to nowy produkt. To trochę jak remont klatki schodowej, gdzie zamiast wymienić rury i instalację, ktoś odmalował ściany na modny szary kolor i postawił nowe skrzynki na listy. Ładnie, ale problem leży gdzie indziej. Sam mechanizm jazdy na łyżwach, strzałów i podań wciąż jest przyzwoity, momentami naprawdę satysfakcjonujący, więc nie będę udawał, że to zła gra hokejowa w warstwie czysto sportowej. Problem w tym, że kupujemy coś więcej niż silnik fizyczny krążka.

Warstwa graficzna to temat w którym się gubię. Bo z jednej strony to najlepiej wyglądająca odsłona serii w historii, z fantastycznymi detalami na strojach, śniegiem osiadającym na sylwetkach zawodników i tłumem, który wreszcie zachowuje się jak tysiące odrębnych ludzi, a nie płaska pętla wideo. A jednocześnie modele twarzy zawodników są brzydkie, a trybuny poruszają się jak w grze sprzed dwóch generacji konsol. Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, ale to mówi wiele o tym, jak nierówna jest ta produkcja. Bohaterowie lodowiska wypadają nieźle, bo kaski skutecznie maskują niedoróbki, gorzej z trenerami stojącymi przy bandzie, którzy czasem wyglądają jak źle wygenerowane postacie z kreatora, a nie ludzie po dekadach kariery w lidze.

Tam, gdzie EA faktycznie się postarało, i to trzeba przyznać bez cienia ironii, to atmosfera na trybunach. Wszystkie 32 hale zostały odświeżone, każda dostała własne hymny bramkowe, unikalne animacje na telebimach i inne krzywe intensywności dopingu w zależności od przebiegu meczu. Fan Bruinów, który usłyszy syrenę z Boston Garden, a zaraz po niej Kernkraft 400 zespołu Zombie Nation, poczuje coś, co trudno oddać słowami, jeśli w ogóle kiedykolwiek siedział na trybunach w Bostonie. Dallas dostał nawet osobny hymn skomponowany na cześć mistrzostwa z 1999 roku, tego z bramką Bretta Hulla, przy której noga chyba jednak była w polu bramkowym, ale to już temat na osobny felieton. Jeden z recenzentów przyznał, że wyszedł z tunelu w San Jose, prosto z paszczy rekina, i przez chwilę poczuł się jak część prawdziwego widowiska. Szkoda tylko, że ten sam entuzjazm kończy się w momencie, kiedy opuszczamy NHL. .Hale AHL i ligi europejskie wyglądają tak samo nudno jak od lat. To sytuacja jak z teatru – główna scena i kurtyna lśnią nowością, ale za kulisami wciąż panuje ten sam kurz i bałagan co trzydzieści lat temu.

Dobra wiadomość na koniec tego wątku, muzyka w tle została poukładana z głową. Zamiast forsować młodych, mało znanych wykonawców na siłę dopasowanych do hokejowego klimatu, EA postawiło na kawałki, które realnie leci się na trybunach w trakcie meczów, w tym utwory Bush i Blur, a także Black Keys i Kiss w niektórych recenzjach. To brzmi jak drobiazg, ale w grze, w której spędza się mnóstwo czasu w menu, dobrze dobrany playlist potrafi zdecydować, czy w ogóle chce się tam zostać dłużej niż to konieczne.

A teraz przechodzimy do części, przy której naprawdę trudno mi zachować spokój. Komentarz. John Buccigross i Darren Pang zastąpili poprzedni duet i miało to być, cytując zapowiedzi producenta, wyznaczenie nowego standardu transmisji sportowej. Otóż nie wyznaczyli niczego, poza standardem, jak nie robić komentarza w grze wideo. Duet brzmi jakby czytał karteczki, nie oglądając meczu, reakcje są spóźnione albo kompletnie nieadekwatne do sytuacji na lodzie, a energia w głosie ginie gdzieś między jednym zdaniem a drugim. Raz jak strzeliłem zwycięskiego gola w trzeciej tercji to usłyszałem komentarz, który pasowałby bardziej do meczu przegranego różnicą pięciu bramek. To nie jest kwestia gustu. To jest robota wykonana po łebkach, tak jakby ktoś w studiu nagraniowym wpadł w rutynę i przestał w ogóle patrzeć na ekran. Jedyny plus w tej sytuacji, komentarz można wyłączyć jednym kliknięciem, i chyba po raz pierwszy w historii serii ta opcja wydaje się nie błędem, tylko realną potrzebą.

Przy okazji komentarza trzeba wspomnieć o czymś, co w sumie aż tak mnie nie niepokoi, ale jednak trzeba to odnotować. Przez ostatnie lata seria powoli, ale konsekwentnie, budowała reprezentację kobiet w hokeju. Sarah Nurse na okładce, Carrlyn Bathe jako reporterka przy bandzie, zawodniczki PWHL w trybie Hockey Ultimate Team, Cheryl Pounder w roli komentatorki barwnej przez trzy kolejne edycje. W NHL 27 Pounder zniknęła, a liga kobieca na starcie gry praktycznie nie istnieje, poza możliwością wybrania drużyn PWHL w trybie szybkiej gry. EA tłumaczy to niepewną sytuacją organizacyjną samej ligi i obiecuje uzupełnienie jesienią, co brzmi jak klasyczna zapowiedź poprawki, która może przyjść, a może nie.

Skoro już jesteśmy przy obietnicach, porozmawiajmy o taktycznych playbookach, czyli sztandarowej nowości w warstwie rozgrywki. EA przekonuje, że każda z 32 drużyn otrzymała własny styl gry oparty na realnych danych śledzenia poczynań zawodników z systemu NHL EDGE. Brzmi ambitnie, prawie jak obietnice przy każdych wyborach samorządowych. W praktyce różnic praktycznie nie widać. Wyjście z własnej strefy Los Angeles Kings z tym samym elementem u Buffalo czy Nashville i nie znalazłem żadnej istotnej różnicy. Raz ustawiłem mecz Toronto kontra Montreal sterowany wyłącznie przez komputer, żeby sprawdzić, czy playbook Maple Leafs faktycznie każe wykonać podanie w tył podczas wyjścia z gry w przewadze, tak jak zapowiadano w materiałach promocyjnych. Rozegrałem kilka meczów, obejrzałem wiele akcji w przewadze różnych drużyn i ani razu nie zobaczyłem tego zagrania. Ani razu. To nie jest drobna niedoróbka, to jest sprzedawanie funkcji, która na oczach recenzenta po prostu nie działa tak, jak reklamowano w zwiastunach. Pochwalić można drobne zmiany w sztucznej inteligencji.

Do kompletu dochodzą sztuczni partnerzy z drużyny, którzy potrafią wjechać dokładnie w miejsce, do którego akurat próbujemy dowieźć krążek, jakby robili to specjalnie. To jak próba znalezienia luki, blokowana krok po kroku przez własnego kolegę z formacji, który zamiast otworzyć się do podania, odpływa w zupełnie inną stronę w chwili, gdy wreszcie decydujemy się na podanie. Znam to uczucie z realnego życia, kiedy w korku na obwodnicy ktoś wjeżdża w twój pas dokładnie w momencie, w którym sam próbujesz tam wjechać.

Teraz najciekawsza, i jednocześnie najbardziej pogmatwana, część tej recenzji. Connected Franchise wraca po dekadzie nieobecności i miał być prawdziwym powrotem tego, o co środowisko prosiło od dawna. Każda drużyna w lidze musi mieć żywego gracza, a te bez przypisanego użytkownika po prostu znikają ze struktury rozgrywek, jakby nigdy ich nie było. To jedno z najbardziej absurdalnych rozwiązań projektowych we współczesnych grach sportowych, bo podobny mechanizm z automatycznym uzupełnianiem wakatów przez sztuczną inteligencję istniał w tej serii już 15 lat temu. Tryb sprowadza się do rozgrywania meczów jeden na jeden z innym człowiekiem, bez opcji symulowania sezonu, zarządzania z boku czy śledzenia rozwoju zawodników przez lata. EA miało w rękach gotowy pomysł na najlepszą platformę do prowadzenia ligi typu totalizator wśród znajomych, i zwyczajnie go zmarnowało.

Be a Pro, tryb kariery jednego zawodnika, przespał tę edycję niemal w całości. Konferencje prasowe wyglądają tak samo jak rok temu, nagłówki w mediach po meczu wciąż powtarzają te same frazesy niezależnie od kontekstu, a nowa scena z wieczoru draftu, która miała być emocjonalnym punktem kulminacyjnym kariery, przypomina bardziej ekran ładowania z podkładem głosowym niż moment, który powinien wywoływać ciarki. Do tego dochodzą detale psujące immersję, jak sytuacja, w której gracz zostaje odesłany na ławkę tuż przed wznowieniem gry, mimo że do końca tercji zostało półtorej sekundy i w prawdziwym meczu spokojnie zdążyłby dokończyć zmianę.

Cena tej całej układanki to 340 polskich złotych, co przy skali poprawek, jakie faktycznie tu dostajemy, jest po prostu trudne do przełknięcia. To płacenie pełnej stawki za nowość, podczas gdy w rzeczywistości dostajemy zaktualizowaną wersję ubiegłorocznej gry. Rozgrywka jest odrobinę lepsza niż rok temu, przyznaje to bez owijania w bawełnę, ale odrobinę lepsza rozgrywka nie usprawiedliwia braku rozbudowanego systemu draftu, scoutingu w trybie kariery klubowej czy choćby aktualizacji składów w trakcie całego roku, a nie tylko do terminu wymian.

Zbierając to wszystko do kupy, wychodzi mi obraz gry rozdartej między dwiema skrajnościami. Z jednej strony mamy naprawdę solidną robotę wykonaną przy prezentacji, halach, dźwięku otoczenia i muzyce, czyli rzeczach, które sprawiają, że pierwsze pół godziny robi wrażenie. Z drugiej strony mamy sztandarowe nowości, komentarz i playbooki, które po prostu nie działają tak, jak reklamowano.

Dla mnie NHL 27 to gra na 6 na 10. Nie dlatego, że gra przestała być satysfakcjonująca, bo wciąż potrafi dać ten dreszcz przy dobrze wykończonej akcji. Dlatego, że rok po roku płacimy pełną cenę za produkt, który w kluczowych, sztandarowych obietnicach zwyczajnie nie dowozi, a jedyny konkurent na rynku dawno temu zniknął, więc EA nie ma żadnej presji, żeby to zmienić. Jak długo NHL-owi wierni będą kupować to co roku bez pytania, tak długo nic się tu nie zmieni.

2 KOMENTARZE

  1. Dla gracza z moim stażem NHL 27 to klasyczna „aktualizacja składów za 350+ zł”. Najrozsądniejszym krokiem będzie odpuszczenie zakupu na premierę i poczekanie na głębokie promocje (czarny piątek lub wyprzedaże noworoczne), kiedy gra stanieje o połowę.
    Nie mniej jednak i tak pewnie skusze się na zakup 10 h i przetestuję ją i sam ocenię,czy jednak warto kupić wcześniej.
    Niestety nie mając konkurenta na rynku EA będzie nadal masowo wypuszczać tę grę.
    No chyba , że doczekamy się powrotu 2K.