Na starym lodowisku w Rankin Inlet na północno-zachodnim krańcu Zatoki Hudsona zebrały się prawdziwe tłumy. John Voisey siedział na ławce kar, niespokojny, ale zwarty i gotowy. Czekał na tę chwilę całe swoje życie. Odkąd pamięta legenda Jordina Tootoo dawała mu wiarę w sens marzeń. Za chwilę miał spotkać się z nim na jednej tafli.

Tootoo wjechał do tercji przeciwnika, Voisey był tuż za nim. Tysiące myśli wypełniały jego głowę. Szukał jakichś słów, żeby odezwać się do swojego bohatera. No i wypalił „Pieprz się Jordin Tootoo! Jesteś gównem!”. To było jak strzał z karabinu. Raz, dwa i słowa wypłynęły z ust. Nie da się już tego cofnąć. Jaka była odpowiedź? Praktycznie żadna. Po prostu szczery uśmiech. Voisey stwierdził, że to było niesamowite. Powiedział, że jego marzenie się spełniło, a niefortunne zachowanie wywołane zostało potwornym stresem. Jak przyznał, Tootoo to jego wzór do naśladowania.

Obrażony słownie hokeista to pierwszy Inuita w NHL. Śpieszę wytłumaczyć, że Inuici to grupa rdzennych ludów obszarów arktycznych i subarktycznych Grenlandii, Kanady, Alaski i Syberii.

18-letni Voisey wsiadł na swój skuter i jechał trzy godziny przez ośnieżoną tundrę z odległej wioski Zatoki Wielorybów. Wraz z nim podróżowało jeszcze pięciu przyjaciół skulonych na doczepionych do pojazdu saniach. Cała eskapada miała na celu uczestnictwo w jednym z niewielu turniejów, w których mają okazję rywalizować drużyny z terytorium Nunavut. Okazja była wyjątkowa, bowiem swój udział zapowiedział Tootoo.

Tootoo zakończył jesienią 2018 roku karierę w NHL po trzynastu latach gry w najlepszej lidze świata. Powrócił do Rankin Inlet witany w glorii bohatera. Nie mniejszej niż te, kiedy w swoje rodzinne strony zawitali Wayne Gretzky urodzony w Brantford w prowincji Ontario, czy też Sidney Crosby pochodzący z Cole Harbour w Nowej Szkocji. Pod kilkoma względami Tootoo dla swojej lokalnej ojczyzny jest jeszcze większą ikoną niż tamci dwaj. Wszystko przez to, że to jedyny człowiek z terytorium Nunavut, który dotarł na szczyt, a trzeba pamiętać, że to miejsce rozkochane jest w grze gumowym krążkiem. Hokej to centralna część życia tam.

Tootoo wśród tumultu oklasków i gwizdów pojawił się na lodzie w bluzie z numerem 22, takiej samej jaka wisiała przy stalowej krokwi pod dachem hali. Zresztą motyw tej liczby przewijał się na strojach wszystkich uczestników Memoriału Terence’a Tootoo. Jordin w tym momencie nie skupiał się na powitaniu go jako powracającego bohatera, ale przede wszystkim chciał upamiętnić tego, któremu nigdy nie udało się powrócić do domu.

Kiedy byli dziećmi, Terence zawsze dbał o młodszego brata, sprawdzając czy jest dostatecznie ciepło ubrany, po czym przewieszał przez ramię torbę ze sprzętem, układając w odpowiednio wygodny sposób pasek i mówił „Ok, idziemy”. Jordin zabierał swój ekwipunek, naśladując dokładnie ruchy starszego brata, tak samo poprawiając pasek od torby i ruszali w drogę na trening.

Przemierzali codziennie tę samą trasę smagani mrozem północy. Mijali ulicę, na której rozgrywali mecze hokejowe, dalej kosz na śmieci niemiłosiernie poobijany od ćwiczenia celności strzałów. Potem przechodzili pomiędzy dwiema szkołami i w dół przez małe, zamarznięte jezioro w centrum Rankin Inlet. Starszy o trzy lata Terence zawsze szedł pierwszy, osłaniając brata przed ostrym zimowym wiatrem. Często, gdy dochodziło do zamieci, Terrence sadzał Jordina na sankach i ciągnął go, gdyż byłoby mu ciężko iść przy wietrze wiejącym z siłą 50 kilometrów na godzinę. Czasami bywało też tak, że Terence szedł tyłem do kierunku drogi, którą znał na pamięć.

Singiituq Complex, czyli budynek lodowiska to beżowe pudełko obite cynowym sidingiem ze zwisającymi soplami z dachu pokrytego śniegiem. Często temperatura wewnątrz nie różniła się od tej na dworze. W hali nie dało się wyczuć nawet najmniejszej namiastki dobrobytu. Minimalizm posunięty do granic możliwości. Co do samego lodu to jego struktura delikatnie mówiąc była mocno niejednolita. W niektórych miejscach było twardo, w innych miękko, a jeszcze gdzie indziej stała woda.

Bracia spędzali tam mnóstwo czasu. Często ze swoim ojcem Barneyem, który pracował nad rozwojem ich łyżwiarskich umiejętności, ale również z przyjaciółmi. Cóż to były za pojedynki, pełne walki, bójek, zapalczywości.

Lodowisko znajduje się w samym sercu Rankin Inlet, podobnie jak w wielu małych miejscowościach na północy kraju. Zostało zbudowane w połowie lat osiemdziesiątych, aby zastąpić starą taflę, która znajdowała się na naturalnym lodzie i została zmodernizowana w latach 70-tych, gdyż pierwotnie była odkrytym obiektem wypełnionym wodą z jeziora. Oczywiście takie naturalne miejsca do gry nadal pojawiają się każdej zimy. Zresztą lodowisko było tam, gdzie przyjaciele i rodziny gromadziły się w weekendy i wieczory, aby kibicować albo samemu grać. Ci wszyscy ludzie byli świadkami tego jak rozwija się na ich oczach legenda Tootoo. Utalentowany Terence zadziwiał ich szybkością oraz niesamowitymi umiejętnościami. Potrafił uderzyć krążek na jednym końcu tafli, tak aby przeleciał przez całą długość lodowiska i wylądował dokładnie w środku bramki. Jordin, zawsze grał ze starszymi dzieciakami. Był szybki i nieokrzesany. Kiedy miał 12 lat, wyrzucił za bandę przeciwnika z Yellowknife mierzącego ponad 190 centymetrów.

Pomimo, iż talent braci dawno już przerósł malutkie lodowisko w rodzinnym mieście, to czas spędzany tam miał szczególne znaczenie. Przede wszystko był alternatywą dla domu pogrążonego w alkoholizmie. Ich rodzice, Barney i Rose byli i nadal są poważanymi ludźmi w lokalnej społeczności. Matka to twarda kobieta o ukraińskich korzeniach. Dorastała w Manitobie. Barney to uroczy mężczyzna i dobrze zapowiadający się hokeista z Churchill w północnej Manitobie. Rodzice Terence’a i Jordina postanowili opuścić swoje domy i przenieść się w poszukiwaniu pracy bardziej na północ do Nunavut. Los przywiódł ich w końcu do Rankin Inlet. Zarówno bracia, jak i ich starsza siostra Corinne byli powszechnie znani i doceniani wśród miejscowych. Rodzina wydawała się być kompletna i zadowolona. To tylko pozory, bowiem za zamkniętymi drzwiami rozgrywał się alkoholowy dramat.

Gorzała była rutynową częścią życia w domu Tootoo, szczególnie w weekendy. Jordin dołożył wszelkich starań, aby przebywać tam jak najrzadziej, zwłaszcza gdy rodzice kłócili się ze sobą. Podobnie jak w momentach, gdy jego ojciec znany raczej ze spokoju i opanowania, które prezentował przede wszystkim podczas polowań, zamieniał się pod wpływem alkoholu w prawdziwego potwora. Towarzyszyła temu agresja, a niejednokrotnie również przemoc fizyczna.

Picie czasami wychodziło również poza mury domu. Jordin pamięta, że mając 10 lat matka budziła go i Terence’a w środku nocy każąc im sprowadzić ojca do domu, który „zasiedział się” gdzieś. Bracia w temperaturze minus 50 stopni Celsjusza przemierzali puste ulice, szukając Barneya, a następnie próbując namówić go do powrotu wraz z nimi do rodzinnych pieleszy.

Terence pełnił w domu bardzo ważną rolę w odniesieniu do Jordina. Był jego opiekunem, szczególnie w sytuacjach przepełnionych agresją, ale również próbując osłaniać go przed wszystkimi skomplikowanymi relacjami w ich rodzinie. Pomimo wszystko był zawsze blisko swoich rodziców, często stając się rozjemcą w momentach kiedy ich wściekłość brała górę nad zdrowym rozsądkiem. Ta rola była przez niego odgrywana regularnie. Rodzice potrafili wybuchać z byle powodu. Wystarczyło, że chłopcy na przykład wrócili za mocno przemoczeni. Niestety alkohol niszczył tych ludzi z każdym dniem coraz bardziej.

Kiedy przyjaciele chcieli odwiedzić braci, ci wymyślali najróżniejsze powody, żeby do tego nie doszło. Zazwyczaj byli ostatnimi, którzy kończyli grę w ulicznego hokeja. Ta dyscyplina okazała się najlepszą ucieczką od domowego piekła. Można było zatracić się w niej, zapomnieć o tym, co nieprzyjemne.

Hala stała się dla nich drugim, szczęśliwszym domem. Kiedy Jordin był mały starał się być jak najbliżej każdego wydarzenia na lodowisku. Z uwagą obserwował ojca, sposób w jaki obwiązywał swoje łyżwy, jak zakładał ochraniacze po to, by za chwilę być jednym z aktorów prawdziwych wojen, jakimi były mecze oldbojów. Przyglądał się również Terence’owi. Jego sile, stylowi i nieustępliwości w grze. Starszy brat pozwalał mu być naprawdę blisko siebie, a nawet zapraszał do gier ze swoimi rówieśnikami. Wdzięczny Jordin wiernie naśladował swojego pierwszego bohatera. Terence ustalił z młodszym bratem, że zawsze zaprosi go do gry, ale porachunki na lodowisku musi załatwiać sam. Brat nie będzie udzielał mu ochrony podczas meczów. Za każdym razem gdy starsi chłopacy  poniewierali nim, podrywał się szybko z powrotem, będąc gotowym do dalszej rywalizacji.

Po słynnej akcji z turnieju w Yellowknife, jako trzynastolatek został zaproszony do gry z drużyną w Fort Providence położonym na terenie Terytoriów Północno-Zachodnich. Zaczął być zauważany, a kiedy usłyszały o nim ośrodki treningowe z południa, szybko został zaproszony na testy, które miały przesądzić o jego dołączeniu do drużyny ze Spruce Grove niedaleko Edmonton.

Pozostając z dala od domu Jordin stale kontaktował się z bratem. W praktyce oznaczało to wysyłanie telefaksów. W międzyczasie Terence również wylądował na południu. Był gwiazdą drugoligowej drużyny juniorskiej Opaskwayak Cree Nation Blizzard z miejscowości The Pas położonej w Manitobie. Blizzard trzykrotnie z rzędu z Tootoo w składzie zdobyli puchar na szczeblu regionalnym. W dwóch ostatnich sezonach w tym zespole Terence pełnił funkcję kapitana i był jej najskuteczniejszym zawodnikiem.

Hokej
Hokej

Jordin został wybrany w drafcie WHL przez Brandon Wheat Kings. Kiedy nie udało mu się jako 15-latkowi znaleźć miejsca w składzie tej drużyny, przeniósł się do The Pas, aby zagrać u boku swego brata z przeciwnikami starszymi nawet o sześć lat. Jordin wspomina tamten sezon jak ten, który przyniósł mu najwięcej radości. Zespół miał odpowiedni potencjał i zakończył rozgrywki z kolejnym tytułem mistrzowskim. Życie toczące się poza lodowiskiem było wtedy jedną wielką niekończącą się imprezą. Picie było zajęciem codziennym wśród juniorów, a Jordin starał się jak mógł dorównać swoim starszym kolegom. Zabawa trwała do momentu, aż starszy brat odesłał go do domu. Terence dalej czuł odpowiedzialność za niego i działał jak bufor bezpieczeństwa.

W The Pas bracia znów mogli znaleźć w sobie oparcie. Udało im się wyrwać z Rankin Inlet, które kojarzyło im się  z agresją oraz przemocą. Niestety ich gra w tym samym klubie trwała zaledwie sezon. Jordin już jako 16-latek został zawezwany przez Wheat Kings, stając się tam jednym z najlepszych zawodników. Wydawało się, że drzwi z napisem „NHL” stoją przed nim otworem. Po zakończeniu drugiego sezonu w Brandon został draftowany przez Nashville Predators. W następnej kampanii, którą spędził również w Wheat Kings strzelił 32 gole oraz zaliczył 39 asyst, zostając liderem punktowym zespołu. Na ławce kar spędził wtedy aż 272 minuty.

W tym samym sezonie Terence znalazł miejsce w Roanoke Express z ligi ECHL. Była to nieduża drużyna zawodowa z siedzibą w Virginii. Został pierwszym Inuitą, który zarabiał na życie grając w hokeja. Kibice go uwielbiali. Był bardzo szybki, a do tego niezwykle waleczny, co w lidze pokroju ECHL zawsze było kwestią nadrzędną. Nie odpuszczał nigdy swoim przeciwnikom, a jeżeli decydowali się na bójkę z nim, to najczęściej kończyli oszołomieni mocnym lewym, którym dysponował Terence.

Po sezonie w Ranaoke uderzył do Brandon, gdzie dołączył do swojego młodszego brata. Spędzili razem lato, przygotowując się do kolejnych rozgrywek, które miały ich przybliżyć do spełnienia marzeń. Terence miał szansę na przeniesienie się do Norfolk Admirals w lidze AHL, a Jordin wciąż uważany był za jednego z najlepszych graczy młodego pokolenia wiązanego coraz częściej z NHL. Byli o krok od hokejowego raju.

Malowidło nad drzwiami Singiituq Complex opowiada ciąg dalszy. Obok słów „Rankin Inlet – dom Jordina Tootoo” z jego imieniem i nazwiskiem zapisanym w języku eskimoskim (Inuktitut) znajduje się podobizna hokeisty w bluzie reprezentacji Kanady i numerem 22.

To wspomnienie roku 2002, kiedy to Jordin wystąpił na mistrzostwach świata juniorów, gdzie pokazał się jako hokejowy szaleniec z niespożytymi siłami. Jeśli jeszcze ktokolwiek w Nunavut miałby wątpliwości, czy aby młodszy z klanu Tootoo jest bohaterem, to w Halifaxie nikt nie śmiał nawet poddawać tego w wątpliwość. Kanadyjczycy zdobyli na własnym terenie srebrne krążki, ulegając w finale Rosji. Swoją drogą, w czasie tamtego turnieju Jordin grał kijem, na którym napisał nazwę miejsca skąd pochodzi. Wcale jednak nie było łatwo. Miewał wątpliwości, a to, że wytrwał, to spora zasługa starszego brata, który mocno mu kibicował i zachęcał do pójścia na całość.

Siedemnaście lat później przeszedł przez wypełniony korytarz i przekroczył próg drzwi, nad którymi wisiało słynne malowidło hokeisty z numerem 22, a obok znajdowała się w ramce bluza Nashville Predators z jego nazwiskiem. Przywitali go ludzie, którzy pamiętali jak był bardzo młody. Zewsząd spoglądały na niego znajome twarze. Każdy chciał mu uścisnąć dłoń. Młodzi gracze nie odstępowali go nawet na krok. Byli z nim wszędzie. Niektórzy z nich potrafili wyrecytować na pamięć skład kadry narodowej U20 na mistrzostwach świata. Kilku kojarzyło jego rywali z NHL, takich jak Jarome Iginla, czy Sean Avery.

„Jordin!” zawołał mały chłopiec w domowej roboty żółto-czarnej kurtce Pittsburgh Penguins, kiedy Tootoo minął go w drodze do szatni. „Czy to był Jordin?” zapytał swojego przyjaciela zszokowany malec. Były gracz Predators to żywa legenda dla Inuitów. Trudno wręcz opisać jego wpływ na Nunavut i młodzież Eskimosów, którzy dorastali podziwiając go. Telewizyjne transmisje z NHL to jedyny sposób dla nich, aby zetknąć się z najlepszą ligą świata. Raczej żaden z nich nie zawita w jej szeregi. Tootoo jest jedynym z tego narodu, któremu udało się. W czasach takich ikon jak Aleksandr Owieczkin, czy Sidney Crosby, Eskimosi mieli swojego przedstawiciela w NHL, chłopaka, który jest spośród nich.

Chłodna ocena pokazuje, że kolejny Inuita w lidze może pojawić się nieprędko, ale zostawmy wyrachowane kalkulacje. Dla ziomków Tootoo jest on wielkim przykładem tego, jak jednak marzenia mogą się spełniać. To czego dokonał działa jak woda na młyn, napędzając jeszcze mocniej pasję do hokeja, która towarzyszy ludziom z Rankin Inlet. Dla jasności, tak naprawdę hokej odgrywa kluczową rolę dla społeczności rozrzuconych po terytorium Nunavut. Tradycja przekazywana jest tam z pokolenia w pokolenie. Mniejsze dzieci obserwują starsze, rywalizujące w różnych lokalnych turniejach i marzą o przejęciu pałeczki po nich pewnego dnia.

W Whale Cove, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza pół tysiąca, grupa mężczyzn gra tylko przeciwko sobie, dzieląc się na dwa zespoły, bowiem w okolicy nie ma innych drużyn, z którymi mogliby się zmierzyć. Na malutkim lodowisku, które mają do dyspozycji zawsze na ścianach widoczny jest szron, szyby na bandach są wiecznie zamglone, a nad jednym końcem tafli niezmiennie unosi się jasna chmura. Tam jest jak w zamrażarce. Ale to w żaden sposób nie umniejsza pasji takich zawodników jak napastnik Simon Enuapik, czy bramkarz David Oklaga. Dla obu hokej jest największą miłością, którą muszą dzielić z polowaniami na renifery tundrowe (Karibu).

Jak przyznaje Oklaga hokej to ich codzienność. Od poniedziałku do piątku grają od 9 do 11, a w soboty i niedziele od 8 do 10. Żadnych sędziów, po prostu krążek na lód i heja. Nie potrafią obejść się bez tego. Enuapik kilka lat temu przywalił bardzo mocno w bandy. Złamał kość  i „poszło mu całe zawieszenie” w stopie. Spojrzał w dół i zobaczył jak końcówka jego dolnej kończyny w nienaturalny sposób zwisa swobodnie przekrzywiona w bok. Na lot do szpitala w Winnipeg czekał cztery dni, a drugie tyle na operację. Jego kostka trzymana jest za pomocą dwóch prętów i metalowej płytki z siedmioma śrubami. Enuapik z dumą wyznał, że już w dwa tygodnie po tym, jak jego staw przestał być unieruchomiony, grał w hokeja.

Co roku jest tylko kilka sposobności, żeby drużyny z tych najdalszych regionów mogły spotkać się ze sobą i rywalizować. Ekipy z terytorium Nunavut często mocno poświęcają się, żeby tylko dotrzeć gdzieś, gdzie czekają je sportowe emocje. Drużyny z miejsc takich jak Coral Harbour położone na Wyspie Southampton u wejścia do Zatoki Hudsona, czy też z Naujaat na skraju koła podbiegunowego, muszą przemierzać po 260 kilometrów w głąb lądu, żeby zagrać z innymi rywalami. Niektóre z nich podróżują samolotami, mając pod sobą lodowe morze, inne przemieszczają się na skuterach śnieżnych wzdłuż wytyczonych puszkami po gazie i kijami, szlaków. Krajobraz, który maluje się przed nimi to biały bezkres. Odmianą są szare chmury wiszące nad Zatoką Hudsona, gdzie lód pęka w otwartej wodzie.

Enuapik i Oklaga udali się do Rankin Inlet na sankach pociągniętych przez Voiseya, tego który w tak niemiły sposób przywitał na lodowisku swojego idola, Jordina Tootoo. Kierowca skutera uznał, że trasa nie wymaga, aby wykładać sanki specjalną piankową wyściółką, co zaowocowało tym, że pasażerowie tej „dorożki” dojechali na miejsce nieźle poobijani, podskakując co chwila  na wyboistych trasach tundry. Voisey dobrze się kamuflował, udając, że nie widzi jak do niego machają i krzyczą, żeby trochę zwolnił.

Drużyna z Arviat jechała do Rankin Inlet sześć godzin skuterami śnieżnymi. Byli bardzo zadowoleni, bo pogoda była wręcz wymarzona. Zamiast minus 60 stopni Celsjusza, w których podróżowali na ostatni turniej, teraz musieli poruszać się w komfortowych minus 35 stopniach. Jak powiedział Andrew Kuksuk dla niego to była prawdziwa przyjemność i odpoczynek od codzienności, którą są polowania.

Tootoo usiadł w zawilgoconej szatni obok Troya Aksalnika, swojego długoletniego przyjaciela. Śmiali się i żartowali tak jak za dawnych lat. Starszy o kilka lat Warren Kusugak zajął miejsce nieopodal nich na krześle. Po zakończeniu przygody zawodniczej, został trenerem. Był najlepszym przyjacielem Terence’a. Kiedy zaczął wypakowywać swój zmarznięty sprzęt z torby Chicago Blackhawks, Jordin wpadł w chwilową zadumę, wyobrażając sobie, że za chwilę pojawi się tutaj Terence i zrobi to samo. Siedząc tam znów poczuł się jak dziecko.

Zakończył już rozdział pod tytułem „NHL”. Powrócił do miejsca, gdzie wszystko się rozpoczęło. Teraz nie jest już mikrusem, który musiał w każdej grze walecznością nadrabiać mankamenty fizyczne. Jego szybkość i wyczucie pozwoliły mu niemalże tańczyć z krążkiem wokół amatorów będących jego rywalami w tym turnieju. Tootoo tak dał się ponieść chwili, że grał jak za dziecięcych czasów. Walczył tak samo jak wtedy, gdy warunki zmuszały go do tego. Zapomniał nagle o całym doświadczeniu z NHL. Kłuł i ciął, wykorzystywał całą siłę jaką miał, by odpierać ataki przeciwników. Na tym małym lodowisku w Rankin Inlet gracze wymienili kilka uprzejmości, ale również doszło do paru kolizji.

Tłum widzów, który przyszedł oglądać zmagania najpierw przywitał Tootoo owacyjnie, ale już podczas gier przeważyła sympatia do słabszych, więc zebrał sporo drwin i gwizdów, gdy zbyt ostro traktował lokalnych hokeistów – amatorów. Bandy były szczelnie oblepione ludźmi, którzy chcieli być jak najbliżej. Rodziny zawodników, którzy przyjechali na ten turniej z oczywistych względów nie mogły być z nimi, ale z pomocą przyszły takie wynalazki jak Facebook, gdzie odbywała się transmisja na żywo i radio z komentarzem w języku eskimoskim. Kwestia wygranej była tak samo ważna jak podczas meczów w NHL lub w czasie ulicznych gier nieopodal zielonego domu, w którym mieszkali Tootoo. A wtedy rywalizacja toczyła się nie o byle co. Bracia wraz ze swoimi przyjaciółmi walczyli o… Puchar Stanleya, wykonany metodą domową.  Oj, ileż letnich wieczorów upłynęło na rywalizacji o to trofeum.

Podczas mecz Rankin Inlet Miners z Drużyną Gwiazd złożoną z młodych graczy z różnych stron terytorium Nunavut, Tootoo postanowił utrzeć noska jednemu z najbardziej cwaniakujących przeciwników i włożył mu kija między łyżwy. Gdy tamten rąbnął o lód, zaraz szybko się pozbierał i pognał za Jordinem. Już go prawie łapał za bluzę, gdy nagle wyciągnięta ręka Tootoo powstrzymała go. Jordin trochę szydził z chłopaka, przedrzeźniał go. Jednocześnie ostrzegł, żeby troszeczkę zastanowił się co robi. Młodzian nie odpuszczał. Pyskował dalej. Decyzja była taka, że zakończył to spotkanie, a Tootoo powędrował na ławkę kar.

Jeden z widzów stojących tuż przy bandzie pozwolił sobie nie zgodzić się z werdyktem sędziego. Mężczyzna ubrany w kamuflażową kurtkę myśliwską przemówił poetycko, nazywając arbitra kurzym gównem, a następnie nakręcony odwagą i sukcesem tych słów dodał jeszcze „Ty, stary draniu, kutasie!” Tłum tylko czekał na taki sygnał. Zrobiło się naprawdę głośno i groźnie. A samozwańczy lider tej akcji dalej darł się w niebogłosy, pytając o motywy tak nierównego potraktowania obu zawodników, po czym zrezygnowany rzucił „pieprzyć to.”

Tootoo śmiał się z całej akcji, oglądając ją na wideo, po tym jak „Górnicy” wygrali ten ciężki mecz. Napięcie i emocje musiały być. Bez tego nie ma hokeja w Rankin Inlet. To nie był turniej charytatywny, żeby było miło i przyjaźnie. Podczas innego meczu drużyna z Repulse oskarżyła Tootoo o to, że przekupił sędziów. Jedyny zawodowiec na tym turnieju podszedł do swojego oskarżyciela i pieszczotliwie nazywając go „Buddym” poinformował o czekających go kłopotach: „urwę ci głowę i zjem ją żywcem”. Odpowiedzi nie było.

Terence Tootoo mając 22 lata zdawał się być dobrze poukładanym młodym facetem. Realizował swoje marzenia dotyczące hokeja, będąc wysoko w rankingach niższych lig zawodowych. Trzymał w ryzach szanowaną rodzinę, która jednak w środku pogrążona była w swoich problemach. Był najlepszym przyjacielem swojego młodszego brata, wzorem do naśladowania, nadzieją, inspiracją.

Pewnej sierpniowej nocy w 2002 roku Terence’a zatrzymał patrol policji w Brandon, stwierdzając, że prowadzi auto będąc pod wpływem alkoholu. Stróże prawa skonfiskowali jego samochód, a nietrzeźwego kierowcę odwieźli do miejsca zamieszkania Jordina. Młodszego brata nie było wtedy w domu, gdyż tę noc spędzał u swojej dziewczyny.

Kiedy Terence zniknął następnego dnia, Jordin pomyślał, że pojechał na wieś trochę odetchnąć i wyciszyć się w związku z całą tą sprawą, która wybuchła tuż przed rozpoczęciem obozu przedsezonowego. Niestety jego przypuszczenia było błędne. Terence w nocy wziął z garażu strzelbę i trzy pociski. Poszedł na zalesiony teren nieopodal domu. Załadował broń, oddając pierwszy strzał w powietrze, drugi okazał się niewypałem, ale trzeci wyszedł tak, jak 22-latek zaplanował.

Kiedy odnaleziono ciało Terence’a, Jordin znalazł kartkę zostawioną przez brata przy łóżku zanim udał się do garażu. „Jor idź na całość. Dbaj o rodzinę. Jesteś prawdziwym facetem. Terence”. Tootoo żył z tym piętnem już do końca swojej kariery. Kilka miesięcy później występował w reprezentacji Kanady na mistrzostwach świata juniorów. Kiedy dostał się do Nashville Predators zachwycał fanów swoją agresywną grą. Był inspiracją dla młodych hokeistów z Nunavut i innych części kraju, ale koszmar tamtej sytuacji dotyczącej jego brata nigdy go nie opuścił. Demony nie dawały mu spokoju, wiodąc go od jednego pubu do drugiego, gdzie szukał w kieliszku wódki ukojenia i odpowiedzi na dręczące go pytania.

Ta degradacja zakończyła się w 2011 roku, gdy klub z Nashville zażądał od Tootoo podjęcia leczenia. Wtedy zdał sobie sprawę jak nisko upadł. Jego kariera wisiała na włosku. Zdał sobie sprawę, jak  szybko można wszystko stracić. Przeszedł miesięczna kurację odwykową. Powrócił do „Drapieżców” jako człowiek żyjący w trzeźwości. W końcu uznał też, że potrzebuje fachowej pomocy, aby poradzić sobie z traumą po utracie brata oraz całym bólem, który przeżywał jako dziecko.

Tootoo korzysta ze wsparcia osób rozumiejących jego walkę. Pozostaje w regularnym kontakcie z byłym graczem NHL Brianem McGrattanem oraz Richem Clunem z Toronto Marlies, którzy otwarcie przyznali się do swojego problemu alkoholowego, wychodząc z uzależnienia. Tootoo kontynuuje terapię, zdając sobie sprawę, że jego życie jest nieustanną pracą.

Sprawa śmierci Terence’a jest cały czas żywa w Rankin Inlet. Jest to odczuwalne w szatni „Górników”, gdzie obcują ze sobą ludzie, albo grający razem z braćmi, albo dorastający na ich sukcesach. Aksalnik, przyjaciel Jordina podszedł do tematu bardzo poważnie. Dla upamiętnienia Terence’a wytatuował sobie na klatce piersiowej napis „TER22” w sercu, a do tego dwa skrzyżowane kije.

Innym fanem starszego z rodu Tootoo był David Clark, również zawodnik miejscowych Miners. Jako dzieciak uwielbiał Terence’a. Zawsze bacznie podpatrywał swojego bohatera, szczególnie to w jaki sposób obkleja kij, albo jak wiąże łyżwy. Kilka zdjęć swojego idola ma oprawionych w ramki w swoim biurze, z którego widać lodowisko. Clark jest dyrektorem inicjatyw sportowych w miasteczku.

Odejście starszego z braci Tootoo było również potężnym ciosem dla Kusugaka, mającego podczas tamtego turnieju 37 lat jest trenerem „Górników”. Po memoriale Terence’a usiadł w szatni i zaczął wspominać dawne czasy. To jak razem zaczynali i jak otwarto lodowisko, gdy byli pięciolatkami. Przez lata ich życie wyglądało w ten sam sposób. Szkoła, potem wizyta na lodowisku, gdzie spędzali kilka godzin, potem powrót do swoich domów, żeby zjeść kolację, a następnie wieczorny trening znów na hali. Kusugak stwierdził, że na północy Kanady hokej jest wszystkim.

W czasie ferii świątecznych organizowali zawsze turnieje hokeja ulicznego, odbywające się przy świetle latarni. Rozgrywki toczyły się do godziny 2-3 w nocy. Dziesiątki chłopaków walczyło nie zważając na warunki atmosferyczne. Kusugak wspomina, że kiedy zaczynali grać, to zapominali o wszystkim. Były siniaki, pogubione zęby, a odmienną interpretację zdarzenia rozwiązywała walka na pięści. Wszystko po to, by zgarnąć okazały puchar. Jak wyglądał? Podstawa zrobiona była z klocków Lego, a do niej przytwierdzono wiaderko ogrodowe. Wszystko wieńczyła misa od miksera kuchennego. Całość trzymała się dzięki połączeniom z kleju i śrub.

Kusugak ma w telefonie stare fotografie, na których widać jego przyjaciół. Co roku rozgrywali turniej. Wskazał na Terence’a i z uśmiechem powiedział, że miał wielkie serce. Zawsze gotowy był pomóc. To typ prawdziwego lidera. Zatrzymał się na chwilę szukając słów, żeby opisać, co tak naprawdę stało się, gdy go zabrakło. Nie znalazł właściwego nazewnictwa. Pozostawił to niewysłowionemu westchnieniu.

Simone Clark, pracująca od czterech dekad w Rankin Inlet jako nauczycielka, obserwowała memoriałowe zmagania przez okno w biurze swojego syna. Znała prawie wszystkich zawodników. Bracia Tootoo oraz inni członkowie drużyny byli w przeszłości w ich domu praktycznie codziennie, wypełniając to miejsce śmiechem i pozytywną energią. Pamięta, że bracia, gdy tylko przyjeżdżali do domu w czasach, gdy grali już na południu kraju, to zawsze znajdowali czas na to, aby przyjść do szkoły i spotkać się z uczniami, ładując ich młode „akumulatory” wiarą i nadzieją w spełnienie marzeń. W jej głowie zapadło takie motto Terence’a, które często przekazywał dzieciakom podczas tych spotkań. Mówił, że żaden problem nie jest zbyt duży, żeby nie dało się znaleźć na niego jakiegoś rozwiązania. Był dla nich inspiracją.

Jego samobójstwo było ogromną stratą, a konsekwencje okazały się większe niż ktoś mógł przypuszczać. Był postrzegany jako wzór do naśladowania, jako człowiek sukcesu. Wiele osób nie potrafiło tego zrozumieć, jak ktoś taki, ktoś kim się zachwycali, ktoś kto był dla nich ideałem, mógł tak postąpić, poddać się, odejść? To nie mieściło się w głowach. Pani Clark z dużym smutkiem opowiedziała, że pomijając już samą osobę Terence’a i tragedię jego rodziny, to odejście sporo namieszało. Wytłumaczyła, że ludzie, którzy nie potrafili poradzić sobie z pewnymi problemami, a byli w niego wpatrzeni jako w synonim siły, wiary, niezłomnej postawy, zostali po tym co się stało odarci z ostatniej iskierki nadziei. Światło zgasło, a głosy typu „skoro jemu się jednak nie udało, to dlaczego ja miałbym dać radę?” nie były odosobnione. Powiedziała, że na cmentarzu w Rankin Inlet pojawiło się tyle mogił osób, które skończyły ze sobą poprzez samobójstwo, że przestała odwiedzać to miejsce. Stwierdziła, że najzwyczajniej w świecie brakowało już jej sił. Nie była w stanie czytać kolejnych nazwisk i zastanawiać się, czy coś więcej można było zrobić, żeby do tego nie doszło.

Za stalowymi drzwiami Zamkniętego Ośrodka Zdrowia w Rankin Inlet siedział młody mężczyzna na łóżku ustawionym wzdłuż okna. Obok niego leżała książka. Został tam skierowany po tym jak wdał się w bójkę z innym osadzonym w zakładzie poprawczym ulokowanym na skraju miasta. To nie pierwsza jego wizyta w tym miejscu.

Kiedy drzwi od celi zostały otwarte, mężczyzna zerwał się na równe nogi i podbiegł szybko, żeby przywitać gościa. „Hej, Jordin! Powiedzieli mi, że przyjeżdżasz” to były słowa, które wypowiedział w parze z gestem wyciągniętej ręki na powitanie. Tootoo uścisnął jego dłoń, co trwało dość długo, a na twarzy więźnia zagościł szeroki uśmiech. Mężczyzna poinformował swojego gościa, że właśnie czyta jego książkę, wskazując na egzemplarz leżący na łóżku. Jordin złożył na niej dedykację.

Kusugak, który jest zarówno trenerem miejscowej drużyny, jak również kierownikiem programu prowadzonemu w tym ośrodku powiedział osadzonemu, że może zachować na własność egzemplarz książki, która wypożyczona była z biblioteki. Radość była ogromna, a uśmiech na twarzy jeszcze szerszy. Tootoo powiedział, żeby dbał o siebie i prosił go, żeby wszedł na właściwą drogę, choć na świadomość, że to nieraz jest trudne. Więzień tylko znacząco kiwał głową. Patrzył na podpisaną książkę, zachwycony tym co się stało, podczas gdy stalowe drzwi znów zatrzasnęły się.

„All the way” została napisana w czasach, gdy Tootoo grał w NHL. Jest w niej potężny ładunek wspomnień, co pokazuje potrzebę Jordina, żeby podzielić się tym wszystkim, co skumulowało się w nim. Książka nie była jakimś podsumowaniem kariery w najlepszej lidze świata, bowiem ukazała się, gdy Tootoo wciąż tam grał. Odbiła się szerokim echem w Rankin Inlet, ujawniając arkana tego co przeżył najlepszy sportowiec regionu.

W marcu 2019 roku, dokładnie w dniu, w którym Jordin spotkał się z więźniem w Iqualit, stolicy terytorium Nunavut premier Kanady Justin Trudeau przepraszał za „kolonialne i celowe” gnębienie ludu Eskimosów przez niewłaściwą polityką władz krajowych w połowie poprzedniego stulecia. Wtedy to osoby chore na gruźlicę oddzielane były niemalże siłą od swoich rodzin i przenoszone do sanatoriów na południu kraju, z których większość z nich już nigdy nie wracała. Rodziny nie miały informacji, gdzie ich bliscy zostali wywiezieni, a nawet nie wiedzieli, że zmarli. To jeden z przykładów polityki dehumanizacji Eskimosów, która trawiła Kanadę przez dziesięciolecia. Inuici doznawali wielu upokorzeń. Uczyli się w oddzielnych szkołach, dzieci karane były za używanie rdzennego języka, całe społeczności przenoszone były przymusowo do innych regionów Kanady.

Przeprosiny za to co wydarzyło się w historii to jedno, ale wciąż trwające nierówności to coś zupełnie innego. Uja Kajetak, będąca doradcą programowym w Zamkniętym Ośrodku Zdrowia w Rankin Inlet zauważa wiele dziedzin, w których daleko do normalności. Wciąż istnieje problem ubóstwa, przeludnionych domów, uzależnień i samobójstw. W tej ostatniej kwestii nie pomaga nawet finansowe wsparcie, które wzrosło zdecydowanie w Nunavut w ciągu ostatniej dekady. Wskaźnik samobójstw wciąż pozostaje dziewięć razy wyższy niż średnia krajowa. Karatek zauważa, że północ Kanady zmaga się z wieloma problemami, które powinny wprawiać w zakłopotanie.

Choć Zamknięty Ośrodek Zdrowia stara się pracować nad psychiką swoich pacjentów i wprowadzony tam program jest dosyć obszerny, to jednak Karatek przekonuje, że w innych zakładach poprawczych na terytorium Nunavut już tak dobrze nie jest.

Tootoo nie zakończył wizyty w Centrum na spotkaniu z jednym więźniem. Tego samego dnia później zebrał się ponad tuzin osadzonych w strefie rekreacyjnej poza celami i mieli spotkanie ze znanym sportowcem. Wszyscy ubrani w szare bluzy i dresowe spodnie. Jordin zaczął spotkanie od podkreślenia, że to właśnie na tej ziemi wyrastał i dobrze zna wszystkie jej problemy. Wie jak ciężko jest na północy i z czym trzeba się zmagać, a beznadzieja i brak perspektyw są odwiecznymi towarzyszami ludzi z tych terenów.

Opowiedział historię swojego życia, co zresztą często robi, wierząc, że może być ona podniesieniem dla wielu osób, ponieważ naznaczona jest prawdą i dramatem. Szczególnie dobrze wpływa na ludność z terenów, z których hokeista pochodzi. Jordin, w którymś momencie pozwolił sobie na stwierdzenie, że „dorastanie w tak odizolowanym od reszty świata miejscu jak Nunavut sprawia, że stajesz się silny”, co  spotkało się z ogólną aprobatą zgromadzonych.

Mówił o alkoholizmie, a także o tym jak mocno zniszczył jego życie. Opowiadał o swojej pogoni za hokejem, który nadawał sens jego życiu i wzmagał w nim wiarę, że jest coś więcej niż tylko beznadzieja miejsca, w którym wzrastał. Żył tą myślą, choć żadnemu Inuicie przed nim nie udało się nic osiągnąć w tej dyscyplinie. Tootoo wspomniał, że jego brat wciąż mu powtarzał, że uda się, że Jordin będzie pierwszym, który wypłynie na szerokie wody. Był jego mentorem, przewodnikiem. Powiedział jak bardzo śmierć Terence’a wstrząsnęła jego życiem. Nie tylko jego, ale wielu ludzi z północy. Podkreślił, że odejście przez samobójstwo zawsze pozostawia wiele pytań, na które niestety nigdy nie nadejdzie odpowiedź. Podkreślił, że „wszyscy z czymś walczymy, ale nikt o tym nie wie.”

Tootoo opowiedział o tym jak bardzo jego życie było zawirowane. Walka z alkoholizmem, trauma po śmierci brata, spełnienie marzeń w NHL.  Wyznał, że dorastając uczył się tłumić swoje emocje, a później pomagał mu w tym alkohol. Stwierdził, że wybrał drogę twardziela, a tacy przecież nigdy nie płaczą. Jordin opowiedział również o tym, jak udało mu się wyjść z choroby alkoholowej. Jak musiał zmienić swoje przyzwyczajenia, nauczyć się korzystać z pomocy innych, opierać się o nich, aby pomogli mu razem nieść jego krzyż. Podsumował swoją przemowę bardzo ważnym stwierdzeniem: „Jestem tylko dzieckiem z Rankin Inlet. Bądźcie dumni z tego, kim jesteście i skąd pochodzicie. To szansa na zmianę w życiu.”

Jordin w salonie domu, w którym spędził dzieciństwo tulił swoją wówczas roczną córkę Avery, podczas gdy starsza, wtedy trzyletnia Siena bawiła się nieopodal. Jego matka Rose zajęta była przygotowywaniem ukraińskich pierożków, a ojciec przewalał poduszki na kanapie w poszukiwaniu pilota, bo zaczynał się właśnie mecz pomiędzy Toronto Maple Leafs a Edmonton Oilers.

Jennifer Tootoo jest żoną Jordina od 2014 roku. To przyjaciółka jeszcze z czasów, gdy byli nastolatkami. Jej zdaniem ojcostwo bardzo go zmieniło. Jest przejęty każdym wydarzeniem w życiu swoich dzieci, Uwija się jak w ukropie pomiędzy chusteczkami, pieluchami i innymi akcesoriami związanymi z najmłodszymi. Jej zdaniem, rodzina jest dla niego absolutnie największą wartością.

Dom, w którym dorastał pęka w szwach, gdy Jordin zwali się na tydzień wraz ze swoją rodziną  w odwiedziny. Nie dość, że liczba mieszkańców nagle robi się całkiem pokaźna, to jeszcze dochodzą do tego przyjaciele i znajomi, którzy chcą spotkać się ze starym druhem. Ale ten dom wciąż jest podobny do tego, jaki był w czasach jego młodości. Na przykład wciąż jest ten sam przegrzewający się okap kuchenny, doskwierający każdemu, kto pod nim stoi. Ściany zapełniają dziesiątki zdjęć drużyn i zawodników ułożone w chronologicznym porządku opowiadającym historię dwóch braci. Z tym, że opowieść zdjęciowa o życiu jednego z nich kończy się dosyć szybko, a w przypadku drugiego pokazuje spełnienie marzeń.

Rose i Barney sprawiają wrażenie ludzi pogodzonych z losem, który spotkał ich rodzinę. Matka lepiąc pierogi żartowała z Jordinem, a ojciec wydawał się być wyłączony ze wszystkiego, w pełni pochłonięty telewizją, choć nagle znalazł temat, który wciągnął go na maksa. Zaczął opowiadać o wielorybach żyjących u wybrzeży Zatoki Hudsona.

Kiedy Tootoo po raz pierwszy publicznie przyznał się do swoich problemów alkoholowych w domu rodzinnym zapanowała niezręczna cisza. Chociaż wiele rodzin dotyka ten problem, to jednak rzadko kiedy rozmawia się o tym otwarcie. Wyjaśnił, że wszyscy chcieli widzieć i widzieli tylko dobre strony jego rodziny, czyli to jak prezentowała się na zewnątrz. Nikt nie miał zamiaru zaglądać za zamknięte drzwi i piekło, które tam się rozgrywało. Jordin podkreśla, że nikogo za to nie obwinia, a tylko stwierdza, że tak to właśnie funkcjonuje.

Wciąż wykazuje duży zapał w dzieleniu się z innymi historią swojego życia. Uważa, że kiedy będzie na emeryturze, to pozwoli sobie na jeszcze większe poświęcenie tej sprawie. Zdaniem Jordina wszyscy wiedzą o problemach życia na północy oraz o zapobieganiu samobójstwom oraz ochronie zdrowia psychicznego, ale nikt o tym za wiele nie mówi. To ogromne epidemie tych najdalszych zakątków Kanady. Tootoo chce powstrzymać największą falę, a potem kolejną i kolejną. Mówi o sobie, że nie jest tym, który wie wszystko, ale ma świadomość, że może pomóc wielu osobom, dokładając swoją cegiełkę do uzdrowienia tego regionu.

Jordin twierdzi, że upublicznienie historii ich życia tylko pomogło rodzinie. A poza tym inni zobaczyli, że problemy, z którymi zmagają się nie są odosobnione. Zyskali poczucie normalności, bezpieczeństwa, zniknął w wielu przypadkach problem wstydu. Jego zdaniem opowiadanie o losach rodziny Tootoo może działać tylko uzdrawiająco.

Relacje w ich rodzinie są już znacznie lepsze, niż w chwili, gdy książka Jordina po raz pierwszy ujrzała światło dzienne. Jest dobrze, choć trzeba przyznać, że unikają rozmów o przeszłości. Rose przestała pić, jednakże rodzina cały czas jest w procesie uzdrawiania i podnoszenia się po tym co było. W domu rodzinnym znajduje się urna z prochami Terence’a.

W związku z organizacją jego memoriału pojawiło się wiele rozmów i wspomnień dotyczących Terence’a. To było trudne dla rodziny. Rose i Barney przeszli to szczególnie ciężko. Jordin próbował wziąć jak największy ciężar tej sytuacji na swoje barki, przede wszystkim poprzez przemowy  o zmarłym bracie oraz wykorzystywanie jego historii do tego, aby pomóc innym osobom. Syn robił co mógł, ale ból Rose i Barney i tak był duży. Stali na środku lodowiska wykonując honorowy rzut krążka celem rozpoczęcia turniejowych zmagań. Jordin określił to całe wydarzenie celebracją życia Terence’a, jego dziedzictwem.

Po kolejnym meczu „Górników” Tootoo udał się na pierogi, ucałował swoje córeczki, a potem założył marynarkę i buty, przechodząc przez te same drzwi, przez które podążał codziennie za Terencem. Potem ta sama droga przez garaż i wyjście na dwór, gdzie panowała już zimna, ciemna noc. Przemierzając kilka metrów ze śniegiem chrzęszczącym pod butami, wsiadł do ciężarówki Aksalnika, żeby ponownie pojechać na lodowisko.

Turniej zakończył się triumfem Miners, którzy w finale pokonali Junior Canucks All-Star, aplikując im osiem goli i kilka kolejnych nieprzyjemnych słów. Tak samo jak to miało miejsce w wykonaniu Voiseya na początku imprezy. Gracze „Górników” otrzymali trofeum, po czym paradowali z nim niczym z Pucharem Stanleya. Był to faktycznie jeden z ostatnich występów w Singiituq Complex. Stara hala przeszła do historii, a w Rankin Inlet stoi już nowoczesna Agnico Eagle Arena, służąc kolejnym pokoleniom ganiającym za krążkiem. Kiedy emocje nieco opadły Tootoo wziął mikrofon i podziękował fanom za przybycie, za wiwaty i drwiny. Przemawiając wysoko nad jego głową, pod samą kopułą hali spokojnie powiewała bluza z numerem 22, która przypomina zawsze o głównym bohaterze. Jordin powiedział, że jego brat patrzy teraz na to z góry i dodał: „jesteśmy wdzięczni za możliwość kontynuowania jego dzieła”.

W tundrze panowała burza, ale zawodnicy zabrali się za pakowanie swoich skuterów śnieżnych, mając nadzieję, że niebiosa zlitują się nad nimi i pozwolą im szczęśliwie dotrzeć do takich miejsc jak Whale Cove, czy Arviat.

W cieniu tych wydarzeń po drugiej stronie ulicy jakiś mały chłopak walił krążkiem w śmietnik, ćwicząc swoje strzały. Kolejny dzieciak z Rankin Inlet podążający ścieżką kogoś, kto już ją przemierzył.