Kontrakty przedłużane przez weteranów wiernych jednemu klubowi przez całą karierę zazwyczaj nie są najlepiej „klikającymi” się historiami offseasonów. Takie ruchy to po prostu 75% całej poza sezonowej działalności menadżerów, decyzje o kolejnym związaniu się z tym samym miejsce na kilka lat, rzadko zmieniają też układ sił w dywizji, konferencji czy lidze. To taka ligowa proza życia.

Jeśli jednak mówimy o hokeistach na tyle wyjątkowych, że od lat pełniących rolę kapitanów swoich ekip, to wiadomo że w grę wchodzą duże pieniądze. Przywiązanie, sentyment, lojalność – czy te czynniki nie wpływają na to, że ostatecznie organizacje „przepłacają” swojaków, z którymi utożsamiają się od wielu lat? Zobaczmy to na przykładzie nowych zobowiązań Aleksandra Owieczkina z Capitals i Gabriela Landeskoga z Avalanche.

Zniżka, której nie było

Znacznie więcej kontrowersji wzbudził proces negocjacji kontraktowych, a także warunki samej umowy szwedzkiego napastnika ekipy z Denver. Od tego więc zaczniemy. Blisko 10 lat i ponad 700 gier Landeskoga, z czego większość z literką „C” na bluzie. Od kilku dobrych lat Landeskog nie jest już nie tylko najlepszym hokeistą drużyny, ale choćby jednym z trzech czołowych. W zasadzie bardzo krótko trwały okresy, w których łapał się do takiej roli. Mimo wszystko wkładanym sercem, zaangażowaniem, doświadczeniem, odwagą i dobrymi decyzjami w trakcie play-off wciąż mógłby sprawić, że wielkie miliony wydawane na niego są opłacalne. Do tej pory tego nie uczynił, czy zdoła zmienić to w ramach nowej ośmioletniej aż umowy na 56 milionów łącznie (siedem mln za sezon)?

Nie miał większych skrupułów w trakcie rozmów o pieniądzach, śmiało posiłkował się ofertami jakie wstępnie dostał z LA Kings i St. Louis Blues podbijając stawkę. Wcześniej to klub nie patyczkował się i gdy Seattle Kraken wybierali w drafcie poszerzającym, nie zastrzeżono Landeskoga. Kłopoty w raju? Być może brak udzielonego przez niego „discount”, popularnej „zniżki” dla klubu w którym naprawdę chce się grać, sprawiła że chwilę później wysypały się plany Colorado względem obsady bramkarskiej (Grubauer do Kraken, awaryjnie Kuemper do Lawiny).

Trudno oczywiście winić 28-latka, który już od wieku 19 lat funkcjonuje w tym klubie z wielkimi obciążeniami. Miał nie wziąć swoich rynkowych pieniędzy? Z drugiej strony niektórzy, głównie ci których sympatia mocno stoi po stronie COL, fakt podpisania tej nowej umowy zbytnio gloryfikują. Mówią coś o przywiązaniu do barw klubowych, widzą już Landeskoga kończącego cały kontrakt w Denver i z miejsca stającego się legendą. Tymczasem w tej umowie jest klauzula transferowa, pozwalająca na wyprowadzenie go z klubu w wieku 32 lat, prawdopodobnie gdy jego kontrakt zacznie uwierać najmocniej. Nikt nie ma pewności, że taki właśnie scenariusz się ziści, ale przygotowania pod to są już poczynione.

Bazujący na fizyczności i dobrym strzale szwedzki dwukierunkowy napastnik jest prawdopodobnie warty zaoferowanej mu kwoty rocznej, a można nawet wziąć pod uwagę że cały kontrakt będzie w stanie wypełnić w nieuwłaczającym godności stylu. Jego prezencja w play-offach także ma jeszcze możliwość się rozwinąć, tylko na tym zresztą zależy Colorado. W tym sezonie było już pod tym względem naprawdę nieźle, w pierwszorundowej rywalizacji z Blues zanotował w pierwszym meczu hat tricka Gordiego Howe’a, co ustawiło całą konfrontację. Oczywiście, później nieco zabrakło, ale to jest właśnie jeszcze upside do wykorzystania. Nie zapominajmy też o defensywnej odpowiedzialności, z jaką Lands radzi sobie więcej niż poprawnie, pozwalając rozwijać skrzydła innym.

Scementowany związek i porównanie NHL do NBA

Dużo bardziej oczywiste wydawało się pozostanie Aleksandra Owieczkina w Capitals. Już w pewien sposób spełnione ambicje Owiego i klubu ze stolicy USA pomogły całej sprawie, Puchar Stanleya wzniesiony w 2018 roku scementował związek zawodnika i organizacji jeszcze mocniej. Nie jednak na tyle, by Rosjanin odpuścił choćby kilka milionów względem kolejnej czy poprzedniej swojej umowy. Owi miał świadomość że na poprzednim wieloletnim kontrakcie, patrząc na rosnącą koniunkturę, mógł zarobić więcej – od 2008 grał na 13-letnim kontrakcie za 124 miliony dolarów.

To była pierwsza „setka” kontraktowa w historii NHL. Część należnej mu gotówki jako najlepszemu strzelcowi NHL w XXI wieku (a według wielu w całej historii rozgrywek), po prostu się należy. Sięgnął więc po pieniądze i nikt, nawet ten który ma mu ją wypłacić czyli właściciel Ted Leonsis, nie ma mu tego za złe. Mówimy tu o pięciu kolejnych latach i 47,5 milionowym zobowiązaniu (9.5 mln za sezon). To nie skok na bank, bo rocznie to zbliżona (niemal identyczna) pensja do tej, którą pobierał przez niemal całą karierę.

Ciekawym wątkiem całego poważnego sportu w Waszyngtonie jest sytuacja z tego lata, gdy gwiazda drużyny koszykarskiej Russell Westbrook spakowała walizki i nie chciała nawet słyszeć o pozostaniu i budowaniu czegoś więcej (odszedł do Lakers). Stoi to w mocnym kontraście w porównaniu do przez całe życie postępującego inaczej Aleksandra Owieczkina. Hokeista ten choć wiele lat nie szło, a rozczarowanie goniło rozczarowanie, nigdy nie zrezygnował i Leonsis ma mu to w pamięci „Taka jest różnica pomiędzy NBA i NHL” powiedział najważniejszy człowiek w organizacjach Capitals/Wizards. 36-letni skrzydłowy nie pokazywał w ostatnim czasie żadnego mocnego kursu w dół, jeśli chodzi o formę meczową. Pięcioletni kontrakt nie jest wyciśnięciem cytryny maksymalnie, mógłby przecież uprzeć się przy ośmiu latach, a później jak to w naszej lidze bywa „zachorować” i przejść na zasłużoną emeryturę lub zostać wykupionym. Wydaje się jednak, że Owi będzie chciał „odejść” z honorem i wypełnić co do meczu swoje obowiązki.

Bardzo ważnym wątkiem pozostaje możliwość „złamania” rekordu Wayne’a Gretzky’ego czyli 894 trafień. Na razie licznik Owieczkina stanął na 730 golach, a nowy pięcioletni kontrakt sprawia, że w każdym z tych sezonów „Aleksander Wielki” musiałby strzelać po 33-34 gole. Możliwe? Tak. Byłoby tego odrabiania znacznie mniej, gdyby nie światowy spisek pod tytułem Covid, który ma oczywiście na celu pozbawienie Owieczkina możliwości pobicia tego rekordu. To oczywiście dosyć popularny żart, ale coś jest w tych straconych latach Owieczkina w skróconych rozgrywkach choćby przez lokaut 2012-13.

To kwestia zasad

Na zadane w tytule pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Na rozwodzie pomiędzy Landeskogiem i Avalanche więcej do zyskania miał moim zdaniem klub (w zarządzaniu dostępnym budżetem i budowie zespołu w perspektywie kolejnych lat). W przypadku Owieczkina, mówimy o zawodniku przechodzącym już za kariery do złotej historii ligi, tutaj nigdy nie będzie przegranych. Dobre traktowanie swoich zawodników czasami ciągnie kluby NHL w dół, ale jest też dowodem na istnienie w tym biznesie pewnych zasad, reguł i „uczuć”. Jako sympatyk Vegas Golden Knights mam nadzieje, że kiedyś i w tej organizacji będzie nas stać na gest „przepłacenia” swojaka.

1 KOMENTARZ

  1. ,,Lasy” mieli swoje 5 minut na przepłacenie ,,swojaka” i wyszli z tej sytuacji kompletnie bez klasy.

    Owieczkin strzelający 895 gola i kończący karierę z liczbą 900 w rubryce G? Tak, poproszę 😀

    Tak na marginesie: ciekawi mnie, ilu zawodników z tymi kontraktami podpisanymi na 10 i więcej lat dograło do ich końca? Do głowy przychodzą mi na dzień dobry raczej historie w rodzaju Lecavaliera czy Kowalczuka…