Mało kto spodziewał się, że Tommy Wilson pokaże się na lodowisku wcześniej niż po odbyciu pierwotnie zasądzonej mu kary. Internet już zadrżał w posadach, a złośliwi mówią, że jest to preludium do uzyskania 40-meczowej kary, która ma być następnym życiowym „krokiem milowym” krewkiego zawodnika. Hokejowi bogowie postanowili zadrwić z Minnesota Wild i to właśnie przeciwko nim wystąpił „Willie” po skróceniu kary. Jeśli ktoś spodziewał się jakiejś wewnętrznej, duchowej przemiany napastnika i jego przejścia na jasną stronę mocy, to chyba nie oglądał NHL przez ostatnich pięć lat. Tommy wrócił uśmiechnięty i ucieszony – ta mimika oznacza u niego chęć powetowania sobie kilkunastu spotkań siedzenia na ławce. Mało tego, zawodnik miał małe rachunki do wyrównania z oponentami.

„I’m back, bitches”

Niezależny arbiter orzekł, że najwyraźniej Tom odsiedział i zrozumiał już swoje, a zatem kara 20 spotkań wydaje się przesadnie długa i pora wypuścić go z klatki by sprawdzić, czy będzie ujadać. Wild musieli w mgnieniu oka nastawić się na złośliwą, kąśliwą grę tego zawodnika, który jak już wszystkim wiadomo, nie ma skrupułów, a poczucie winy kojarzy mu się pewnie z rodzajem jakiejś orientalnej potrawy. Kiedy mniej więcej w 12. minucie drugiej tercji Mikko Koivu zdobył bramkę na 1:3 dla Dzikusów, Wilson, który przez sporą część spotkania wymieniał niewybredne uwagi z Markusem Foligno, postanowił zabawić się… no cóż, w siebie samego i rzucić rękawice. Bardzo efektowna bójka nieco w starym stylu zdecydowanie zapewniła rozrywkę publiczności  – tym bardziej, że bój był mocno wyrównany, a Foligno nie dał się żądnemu krwi Kanadyjczykowi. Była to jednak tylko wisienka na torcie, który z radością zafundował sobie Wilson z okazji swojego powrotu.

Na pół minuty przed końcem pierwszej odsłony, Wilson zdobywa swoją pierwszą bramkę w sezonie – i tu również nie mogło skończyć się na zdobyciu bramki, cieszynce i wycieczce na ławkę, by przybić piątkę z ekipą. Wilson z impetem zderza się z bramkarzem Wild, Devanem Dubnykiem, który ledwo zbiera się po tym uderzeniu, tracąc z tego wszystkiego maskę. Wydawało się, że wszyscy przeciwnicy stylu gry hokeisty dostali właśnie prezent w postaci mocnego argumentu na kolejne zawieszenie za „nurkowanie” prosto w bramkarza.

Powtórka jednak wykazała, że Suter, obrońca Wild, wepchnął na swojego golkipera rosłego Kanadyjczyka, kontrola nad którym i tak okazała się dla niego zbyt trudnym zadaniem. Video wskazywało, że Wilson absolutnie nie planował kolizji z golkiperem, ale po interwencji Sutera nie zostało mu nic innego jak odwalić małego „Toma Wilsona”. Po całej akcji zawodnik nawet nie spogląda by sprawdzić, czy z ofiarą jego „lotu” jest wszystko okej, tylko uśmiechnięty zjeżdża z lodu. Dostaliśmy proszę państwa, Toma Wilsona w najczystszej postaci. I będzie tylko „lepiej” – jakkolwiek rozumieć mogą to jego zwolennicy i przeciwnicy.

To była sprawa osobista?

Jeśli pobawimy się w małą złośliwość pod adresem niedawnego „skazańca”, to można pogratulować mu nie tylko bramki w pierwszym spotkaniu obecnej kampanii, ale także prześcignięcia samego Aleksa Owieczkina – co prawda w minutach karnych, ale dokonanie tego w niecałe 60 minut jest pewnym wyczynem (Wilson ma ich 7, Owieczkin 6 po 17 spotkaniach). Wilson miał jednak swoje powody, by nabić sobie parę punkcików w statystyce zaraz po punktacji kanadyjskiej.

Choć trudno posądzać tego napastnika o pamiętliwość, zważywszy że dogryzł i odgryzł się tylu rywalom, że musiałby prowadzić jakiś notesik, by to wszystko spamiętać, to jednak przeciwko Wild gra mu się w sposób szczególny i można powiedzieć, że ma pewne rachunki do wyrównania.

Zwykle Wilson po prostu rzuca rękawice i zaczyna się bić. Przeciwko Wild zawsze musi dochodzić najpierw do jakichś nieporozumień natury werbalnej. W 2016 roku przypadkowo i niegroźnie zderza się z Chrisem Stewartem. Sądząc po ruchu warg, panowie wyzwali się od samic psa, panów świadczących usługi seksualne w więzieniu (nie zawsze za zgodą), rzucili rękawice i zaczęli się okładać. Kolejny wyrównany bój nie dał żadnemu z oponentów satysfakcji, ale przynajmniej rozluźnił ten tożsamościowy spór.

Z kolei w 2017 roku bohater niniejszego artykułu mocno pozwalał sobie na różne niewybredne zagrania, co uchodziło mu płazem częściej niż zwykle. Swoje niezadowolenie niejednokrotnie wyraził arbotrom Ryan White, długowłosy twardziel „Dzikusów”, który w końcu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Najpierw sprowokował jakimś mało przyjaznym komentarzem skrzydłowego Capitals, by potem przejść do rękoczynów. Spór ponownie pozostaje nierozstrzygnięty, ale dzięki interwencji enforcera Wild Dzicy na jakiś czas mają spokój z kosmicznie irytującym stylem gry Wilsona.

Jakie rokowania, doktorze?

Dla Capitals fenomenalne. Posiadacz aktualnie najcięższego kontraktu spośród wszystkich twardzieli w National Hockey League ma słono płacone za to, by wysyłać od czasu do czasu Brada Marchanda na drugie strony gazet i samemu zasiadać na tronie niesławy. Należy przypomnieć, że Stołeczni sprytnie przewidując taki bieg wydarzeń, uposażyli swojego „policjanta” w podstawową stawkę… 1 miliona dolarów, obkładając go wszelkimi wymyślnymi bonusami o wartości kolejnych 5 baniek. Dzięki temu rola zawodnika jest jasna, a Waszyngton jasno daje do zrozumienia, że akceptuje rolę, jaką dotychczas pełnił Wilson. Należy tu również nadmienić, że na wypadek podzielenia losu Raffi Torresa (który nieformalnie, ale jednak niepisaną decyzją został z ligi wyrzucony za kolejne idiotyczne zagrania), Wilson będzie mieć za co żyć przez kolejne kilka sezonów aż zdecyduje się na inną ścieżkę kariery, jeśli nie będzie to hokej.

NHL czeka bardzo poważna przeprawa. Warto wspomnieć, że póki co bardzo źle przebiegają pertraktacje między ligą a związkiem zawodowym, a kością niezgody jest opłacanie kosztów leczenia urazów głowy wywołanych atakami innych zawodników. Z początku Gary Bettman deklarował chęć wyłożenia pieniędzy na takie długoterminowe terapie, jednak w pewnym momencie według doniesień próbował ten koszyk usług uszczuplić do przysłowiowych wacików. Obecność Wilsona stanowi wręcz kartę przetargową, z którą ciężko będzie dyskutować, szukając argumentów na uniknięcie płacenia za lekarzy od wstrząsów mózgu.

Jedno jest pewne – Wilson się nie zmieni, może co najwyżej nie być gorszy, niż był dotychczas. Chyba jasnym dla wszystkich jest, że Kanadyjczyk pozostawał cały czas w treningu, przebywał z drużyną i być może przeszedł rodzaj kursu, jaki nieskutecznie musiał ukończyć wspomniany Torres. Są to ćwiczenia związane z twardą grą ciałem, która unika ataków na głowę i doprowadza jedynie do wykolejenia rywala w mniej lub bardziej dynamiczny sposób. Można było się spodziewać, że Capitals umówią go na kilka sesji z terapeutą sportowym, aczkolwiek patrząc po jego uśmiechu po kolizji z Dubnykiem to jeśli Tommy był u psychologa, to teraz ten psycholog sam przebywa na jakiejś terapii.