Emocje po drafcie powoli opadają. Po raz pierwszy od wielu lat selekcja graczy do NHL była pod “lupą” polskich kibiców i dziennikarzy. Apetyty rozbudził znakomity sezon Alana Łyszczarczyka i jego wysokie notowania w rankingach skautów. Misja zostania piątym Polakiem wybranym w drafcie do NHL skończyła się niepowodzeniem i można zacząć zadawać pytanie dlaczego przedstawiciele NHL nie skusili się na 18-latka rodem z Nowego Targu

Screen Shot 06-26-16 at 08.19 PM1 . Brak powołania do seniorskiej kadry Polski

Nie da się ukryć że brak powołania od Jacka Płachty na turniej MŚ w Katowicach nieco podciął skrzydła kandydaturze Łyszczarczyka do najlepszej ligi świata. Skauci rozumują w tej materii bardzo krótko i logicznie – skoro jego talent nie jest wystarczający w oczach selekcjonera danej drużyny narodowej do gry na poziomie drugiej ligi światowej hokeja (w przypadku Polski) – to coś jest nie tak. Trenera kadry bronią wyniki i jest oczywiście za nie rozliczany, nie za wprowadzanie czy pomaganie konkretnym graczom w karierze. ALE.

Miejsce ostatniego napastnika w kadrze na turniej z pewnością nie przeszkodziłoby w osiągnięciu podobnych wyników, może pomogłoby nawet uzyskać lepsze (w sparingach na bazie 8-10 minut Łyszczarczyk prezentował się bardzo dobrze, strzelił nawet gola). Dalekosiężnie patrząc wybór Polaka do NHL dałby zaś bardzo pozytywne skutki, mógłby być w razie dalszych sukcesów, wielkim bodźcem dla całej dyscypliny. Patrząc z tej strony na selekcję, zabrakło wyobraźni i wizji dalszej niż tylko na “tu i teraz”.

2 . Silna konkurencja i dziwne wybory

O tym drafcie niektórzy laicy zwykli mówić, że jest to pierwszy draft po tym jak do ligi trafił Connor McDavid i że oprócz pierwszej trójki, piątki lub góra dziesiątki nie będzie w nim zbyt wielu wartościowych zawodników. To oczywiście kompletna bzdura, a poziom złożoności i wyrównanej stawki był jednym z najwyższych w ostatnich latach. Wystarczy wspomnieć kilka selekcji – Sean Day ze statusem “exceptional” czyli wyjątkowego przypadku w lidze juniorskiej został wyselekcjonowany dopiero w trzeciej rundzie.

Dmitrij Sokołow kolega z drużyny Alana przechodząc z Rosji do OHL umieszczany był w rankingach pomiędzy 20-40 miejscem, tymczasem do ostatnich chwil nie było na niego “chętnych”. Jakob Chychrun jeszcze w pierwszym dniu selekcji został pominięty przez 10 klubów w stosunku do notowań, po prostu wyprzedzili go zdaniem skautów inni wcześniej niedocenieni prospekci. Alex DeBrincat najlepszy debiutant OHL z kampanii 2014-15 był gotowy odebrać bluzę z rąk któregoś z GMów nawet pierwszego dnia, ale czekał aż do połowy drugiej rundy.

Oprócz wysokiej konkurencji trudno nie wspomnieć o co najmniej kontrowersyjnych czy też dziwnych wskazaniach niektórych obozów. Patrząc na niektóre nazwiska wywoływane w rundach 5-6-7 trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w niektórych przypadkach decydowała narodowość (nie wiemy co zrobić, weźmy Kanadyjczyka) lub przesadna “pokazówka” skautów (zaproponuje kogoś z Europy, bo przecież jakoś muszę usprawiedliwić te wszystkie faktury za loty na Stary Kontynent). Czasami sięgano po graczy, którzy byli przez nich obserwowani góra na jednym turnieju lub w kilku meczach, a informacje o nich zebrane to zbiór statystyk i metryk. Patrząc zbyt daleko, nie zauważyli kogoś, kogo mieli tuż pod nosem kolebki hokeja w Sudbury prowincja Ontario.

3 . Słabe wyniki drużyny klubowej

Screen Shot 06-26-16 at 08.17 PMTo sytuacja, z którą my Polacy możemy się utożsamiać w hokejowym świecie od lat. Słabsze wyniki reprezentacji i klubów sprawiły, że popyt na hokeistów z Polski spadł. Tak samo działa to w przypadku draftów. Eksperci potrafią dostrzec brylant błyszczący w kiepskich drużynach, ale takich selekcji jest 1/100. W większości woli się sięgać po już działające na korzyść zespołów rozwiązania, a nie po ludzi z przegrywających ustawień/zespołów. Rezultaty osiągane przez klub z Sudbury odbiły się nie tylko na Łyszczarczyku, ale też na znacznie niższym “numerze” z którym sięgnięto po Sokołowa.

Wolves drugi sezon z rzędu byli blisko dna Ontario Hockey League. Co prawda nie byli w niej najgorsi tak jak rok wcześniej (rekordowo zły sezon Wilków), ale ich bilans mówił sam za siebie. Długimi tygodniami nie potrafili odnieść żadnego zwycięstwa (najdłuższa seria to nawet 16. porażek z rzędu), co przekładało się też na fatalną frekwencję. Hala w Sudbury była jedną z najmniej wypełnionych na domowych spotkaniach – a jeżeli w klub nie wierzą nawet “lokalsi” to jak w ich członków ma uwierzyć obcy człowiek przybierający rolę “nauczyciela” wystawiającego noty i opinie?