Przed startem tegorocznych playoffów szerokie grono kibiców czy znawców otwarcie twierdziło, że w konferencji Zachodniej nie powinniśmy uświadczyć w obecnym sezonie znaczących zmian odnośnie czołówki faworytów do zdobycia pucharu Stanleya. Los Angeles Kings pomimo słabszej końcówki, w przeciągu całego cyklu prezentowali konsekwentny hokej i wyglądali na świeżych oraz solidnie przygotowanych na kolejny ‚run’.

Podobnie Chicago Blackhawks, którzy rozegrali świetny sezon, umocnili względem ofensywnym swój roster podczas deadline i mogli całkowicie polegać na Patricku Kane, który ustanowił swój nowy rekord punktowy w sezonie regularnym. Oczywiście w czołówce faworytów nie mogło zabraknąć Anaheim Ducks, którzy w zeszłym sezonie grali w finale konferencji i udowodnili, że po kiepskim starcie sezonu, mogą maksymalnie konkurować z czołówką ligi.

Los chciał, że wszystkie trzy zespoły z grona faworytów odpadły już w pierwszej rundzie i sytuacja w konferencji zachodniej otworzyła szansę dla świeżej krwi – nowego pretendenta. Dallas Stars, Nashville Predators, St. Louis Blues oraz San Jose Sharks to czwórka pozostałych i choć każdy z tych zespołów odwalił ciężką robotę w pierwszej rundzie, generalnie tylko jeden team wyszedł w tym rozrachunku wręcz perfekcyjnie i bez większego trudu wyeliminował głównego faworyta tych rozgrywek.

San Jose Sharks są w świetnej formie, w końcu wyglądają na kompetentny zespół i przede wszystkim całkowicie oczyszczony po niepowodzeniach z ubiegłych lat, gdzie byli notorycznie eliminowani przez Los Angeles Kings w nieprzyjemnych okolicznościach. Do drugiej rundy z Nashville Predators przystąpili w roli faworyta i zgodnie z planem wystartowali bardzo solidnie, zgarniając pierwsze dwa zwycięstwa we własnej hali. Spośród czterech pozostałych drużyn do tej pory Rekiny wyglądają na najgroźniejszych i jeśli zdołają utrzymać świetną passę, to prawdopodobnie Drapieżcy będą musieli liczyć na jeszcze lepszą grę Rinne w bramce, by w ogóle być w stanie utrzymać tempo Rekinów jakie narzucili od początku tej serii.

 

 

Oto pięć powodów, dla których Rekiny są faworytem do końcowego zwycięstwa w konferencji zachodniej:

1. Skuteczny powerplay

Ostoją Rekinów podczas tegorocznych playoffów to gra 5vs5 i specjalne fragmenty, a przede wszystkim powerplay pierwszej jednostki w składzie: Thornton, Marleau, Couture , Pavelski & Burns, którzy wręcz perfekcyjnie się uzupełniają i ustanowili skuteczny arsenał przeciwko Kings i teraz w serii z Predators. Joe Thornton to przecież jeden z najlepszych podających ligi, a Pavelski czy Burns władają bardzo skutecznym, wręcz zabójczym ‚one-timerem’.

2. Joe Thornton

Wspominany wyżej Joe Thornton to kluczowa postać i zdecydowanie główne podłoże dotychczasowego sukcesu Rekinów, zarówno pod względem statystycznym z tafli, jak i ogólnej postawy wobec całego zespołu – dzięki czemu wymazał chyba już na dobre widmo „chokera”, które prześladowało go od kilku lat. Joe to świetny center, jeden z najlepszych w lidze. Co prawda zgarnął zaledwie 3 punkty w serii z LA, ale jego rola na tafli – głównie pod względem posiadania krążka ma arcyważne znaczenie. Ponadto poza jego wpływem w ofensywie, można było zauważyć również mocne zaangażowanie w grze defensywnej, o czym przekonał się, chociażby Anze Kopitar, który przegrał swój „duel” z Jumbo Joe podczas 5-meczowej serii.

3. Kluczowe zmiany

Kiedy pałeczkę szkoleniowca w San Jose przejął Peter DeBoer, narodziło się wiele pozytywnych zmian, które w tej fazie sezonu zaczęły mieć największe znaczenie. Kanadyjczyk, który w 2012 roku doszedł do finału pucharu Stanleya z mniej utalentowanym zespołem z New Jersey, osiągnął w tym roku więcej niż Todd McLellan w poprzednich latach. Peter to bardzo solidny trener, w tym sezonie potrafił wskrzesić całkowity potencjał ze wszystkich czterech formacji ofensywnych, dbając przy tym o konsekwentny forecheck oraz odpowiednią tonację w ciągu całego spotkania. Nie trzeba daleko szukać – przykładem jest ostatni mecz z Królami, którzy trafili w drugiej tercji aż trzy bramki.

Mimo to Sharks nie stracili kontroli i potrafili wrócić do tego spotkania w 3 tercji w całkowicie odmienionej roli. Ponadto w kręgu fanów mówi się, że aktualny roster Sharks jest prawdopodobnie najlepszym od lat; jest Ward, świetnie prosperujący Donskoi czy Marleau, który solidnie konkurują do 5/6/7 miejsca w głębi ofensywnej. Jest Polak oraz Dillon, który również konkurują na 5/6 lokatę w głębi defensywnej. Jest oczywiście „czarny koń” (finalista) Norris Trophy – Brent Burns, czy drugi pod względem najlepszych centrów ligi – Joe Thornton; co stanowi elitarne kombo #1c + #1d.

4. Martin Jones

Martin udowodnił w tych playoffach, że jego dobre występy sprzed dwóch lat w barwach Los Angeles to nie był przypadek. Ten bramkarz ma spory potencjał, którego tak naprawdę jeszcze do końca nie wykazał, tym bardziej że pokonał właśnie pod ogromną presją swój poprzedni zespół z LA. W dotychczasowej serii z Predators obronił łącznie 70 strzałów i głównie dzięki niemu zainkasowali ogromną zaliczkę dwóch pierwszych zwycięstw.

5. Brent Burns

Zdolności ofensywne tego hokeisty, sposób poruszania się po lodzie czy jego ‚one timer’ to potencjalny skarb dla każdego zespołu NHL. Burns po prostu przy każdej nadarzającej się okazji posyła krążek w stronę bramki przeciwnika. Podczas serii z Los Angeles był głównym wirtuozem na tafli, nie popełniał praktycznie żadnych błędów i był jednocześnie autorem 10 strzelonych bramek przeciwko Kings, co sprawia, że jest unikalną bronią ofensywną dla swojego zespołu. Ponadto pierwsza formacja defensywna Kings nie miała praktycznie pomysłu na jego grę i jasno widać, że także Predators mają podobny problem.

Widać świeżość w zespole z San Jose, widać znaczny progres w stosunku do ubiegłych lat, przypominają trochę ten słynny run Królów w 2012 roku. W sezonie regularnym ich głównym mankamentem była gra we własnej hali, gdzie przegrali mnóstwo spotkań. W tej fazie sezonu tego problemu nie widać i jeśli dodatkowo kontynuują swoją świetną passe wyjazdową, to Nashville Predators będą w ogromnych tarapatach.