Niemal wszyscy z nas mieli w życiu jakąś ksywę. Choćby przez chwilę, czasem zdefiniowaną przez sytuację, a kiedy indziej pochodną od naszego imienia bądź nazwiska. Piszę to ja, człowiek nazywany „Miśkiem”. Nie inaczej jest z hokeistami, którzy często swoich przydomków dorabiają się w trakcie kariery. To szatnia najczęściej decyduje o ksywie dla nowego kolegi. Niektóre mają krótkie „życie” inne przylegają i pasują tak dobrze, że szybko zastępują imię i nazwisko i wszyscy zaczynają się posługiwać tymże pseudonimem. Dziś przedstawimy kilka idealnie dopasowanych nicknames do obecnych graczy NHL:

 

Sidney „Sid the Kid” Crosby – Dzieciak

Ktoś może twierdzić, że pseudonimy typu młody, stary, gruby czy chudy są kiepskie, bo życie leci i ludzie się zmieniają. Sidney Crosby nie jest już dzieciakiem, nie ulega wątpliwości, że nazywanie go dzieciakiem jest trochę na wyrost. Dla większości kibiców „tego” pokolenia zawsze będzie jednak „Złotym Dzieckiem”, które zapewniło Kanadzie triumf na IO w Vancouver. Mimo że teoretycznie jego prime powinien być gdzieś teraz w latach 25-30, to swój najlepszy sezon i największy triumf święcił w 2009 gdy zdobywał Puchar Stanleya – właśnie jako utalentowany dzieciak. Tak poza tym to gdzieś w środku wszyscy jesteśmy dziećmi, prawda?

 

Shayne „Ghost” Gostisbehere – Duch

Pojawił się niczym duch i tchnął nowe życie w blueline Philadelphia Flyers. Zbieżność części nazwiska i jego „objawienia” się stanowiły pokusę nie do odparcia i tak Gostisbehere stał się duchem. Istnieją również inne wariacje, bo nietypowe nazwisko stwarza pole dla popisu dla kibiców. Powstały wersję dołączające do ducha także niedźwiedzia (behere – bear). Kibice NHL znani ze swojej pomysłowości szybko podłapali temat i zaczęli pokazywać swoje uwielbienie dla młodego obrońcy, który według wielu jest jednym z trzech najlepszych rookies tej kampanii.

cropped_ghost

 

CgCK-yiVAAIUe-w

 

Joe „Jumbo” Thornton – Kolos

Proste i klarowne, prawie 195 centymetrów wzrostu i 100 kilo wagi sprawia, że nawet najwięksi twardziele w defensywie mają problem z przewróceniem Joe Thorntona. Kolos imponuje też przy okazji techniką, bo mało jest w tej lidze gości, którzy potrafią tak pięknie używać łopatki kija do podań jak ten wielkolud. Warto pamiętać, że to jeden z najwybitniejszych wciąż grających graczy bez Stanley Cup na koncie. Kto wie może w tym roku? Sezon zasadniczy rozegrał na znakomitym poziomie, mimo już 36 lat na karku pozostał topowym playmakerem ligi.

 

 

Cf4q9OkWcAEhqss.jpg large

 

Connor „McSaviour” McDavid – Zbawiciel/Mesjasz

To miał być ten rok gdy Edmonton Oilers zmartwychwstaną z ligowego dna i pod przywództwem Hokejowego Mesjasza nawiązą grą do ligowej czołówki. Nie udało się, a Zbawiciel nawet mimo pozytywnych recenzji musi uznać pewną formę porażki pierwszego sezonu. Oczywiście łagodzącą kwestią jest jego kontuzja, uniemożliwiająca mu „zbawianie” drużyny od złego przez dobre trzy miesiące. Jeden sezon to nie koniec świata, pokłady „mocy” w chłopaku są ogromne i coś nam podpowiada że jak biblijny zbawiciel McDavid ostatecznie zatriumfuje nad atmosferą „śmierci” hokejowego klubu w Edmonton.

 

Jonatha „Captain Serious” Toews – Kapitan Powaga

Spróbuj dostrzec choć jeden mini maleńki uśmiech na jego twarzy podczas meczu. Zawsze w pełni skupiony, wiecznie profesjonalny i przygotowany tylko do tego by spełniać na lodzie swoje zadania. Prywatnie jajcarz i wesoły chłopak, a na lodzie ostoja. Jego pokerowa twarz mogłaby być warta miliony, nie jeden zawodowy gracz karcianego biznesu chciałby mieć tak tajemniczą mimikę.

Cf-xWzsW8AUsa1G