27 stycznia Dennis Wideman, obrońca Calgary Flames, zaatakował sędziego liniowego Dona Hendersona. Dlaczego przypominam wam to prehistoryczne wydarzenie? Ano dlatego, iż miesiąc później wciąż nie doczekaliśmy się oficjalnego zamknięcia sprawy, ani nie poznaliśmy ostatecznej długości zawieszenia hokeisty Płomieni.

30 dni to w NHL cała wieczność. Zdążyliśmy przeżyć filmową historię Johna Scotta w All-Star Game, drużyny rozegrały po nawet kilkanaście spotkań, byliśmy świadkami rekordu Jaromira Jagra, dwóch kapitanów opuściło swoje drużyny… Na nudę naprawdę nie mogliśmy narzekać. Natłok zdarzeń nie powinien dziwić, wszak miesiąc to szmat czasu, zwłaszcza w Lidze, która sama siebie lubi nazywać najbardziej dynamicznymi rozgrywkami na świecie.

Dynamiki z pewnością brakuje w przypadku Widemana. Przypomnijmy: wykroczenie miało miejsce 27 stycznia. Decyzja Colina Campbella, wiceprezesa ds. sportowych o 20-meczowym zawieszeniu została ogłoszona 3 lutego, czyli tydzień później. Wideman skorzystał z prawa do odwołania – kolejną instancją decydującą o losie hokeisty miał być komisarz Gary Bettman. Mimo wyznaczenia przesłuchania na 10 lutego, werdykt szefa NHL poznaliśmy dopiero 7 dni później! To nie koniec: zgodnie z oczekiwaniami Bettman podtrzymał karę, a ostatnią deską ratunku dla defensora Flames było drugie odwołanie, tym razem do niezależnego arbitra. Neutralnym sędzią jest pan James Oldham, profesor prawa na jednej z amerykańskich uczelni, lecz sprawa trafiła do niego dopiero 25 lutego!

To wprost niewiarygodna opieszałość. Brian Burke, prezes Calgary Flames, w niedawnym wywiadzie dla radia Sportsnet nie zostawił na Lidze suchej nitki. Grzmiał, że to niepoważne traktowanie i totalna amatorszczyzna, która stawia jego klub w bardzo niewygodnej sytuacji. Trudno nie przyznać mu racji. Bardzo realny jest scenariusz, w którym kara Widemana zostaje zredukowana np. do dziesięciu spotkań – co się stanie, gdy w momencie skrócenia kary Dennis odcierpiał już np. dwanaście gier? Dociekliwi insiderzy zza Oceanu dowiedzieli się, że wówczas Wideman będzie mógł ubiegać się o zwrot potrąconej z tytułu kary pensji, lecz straconych meczów nikt mu ani klubowi nie odda. Co z tymi – póki co teoretycznymi – dwoma spotkaniami? Toż to sprawa dla agentów Muldera i Scully! Jeżeli to nie jest definicja absurdu, to już nie wiem co może nią być.

Prezentowana przez NHL niekompetencja stanowi dla mnie wielką zagadkę. Rozumiem, że to wyjątkowa oraz przede wszystkim delikatna kwestia, którą należy rozpatrzeć pod wieloma aspektami. Trzeba pamiętać o bezpieczeństwie sędziów, nie wolno lekceważyć zdrowotnych argumentów zawodnika (Wideman tłumaczył się doznanym przed atakiem na arbitra wstrząśnieniem mózgu), etc. Tylko właśnie z powodu niezwykłej wagi i ewentualnych konsekwencji, jakie może pociągnąć za sobą finał tego przykrego zdarzenia, tak istotne było sprawne i przejrzyste zamknięcie.