Przeglądając tabelę Konferencji Wschodniej trudno upatrywać jakiejś grubszej sensacji. Pewną anomalią są wyniki Tampa Bay Lightning, którzy niepostrzeżenie zbliżają się do położenia tegorocznych Anaheim Ducks, jednak to tak naprawdę jedyna drużyna, której ewidentnie brakuje w czołowej ósemce Wschodu. Żadnym zaskoczeniem nie są znakomite wyniki Montreal Canadiens, Washington Capitals czy coraz lepsze rezultaty osiągane przez Pittsburgh Penguins i New York Islanders. Do ligowej śmietanki tradycyjnie należą też New York Rangers, lecz ich postawa jest… jednym z największych rozczarowań trwającej kampanii.

Po przeczytaniu ostatniego zdania pewnie większość z was popukała się w głowę lub przynajmniej krzywo spojrzała się na ekran. Wszak bilans 17 wygranych, 6 porażek i 2 porażek po dogrywce daje Strażnikom pierwsze miejsce w dywizji Metropolitan, drugie miejsce w Konferencji oraz trzecie w NHL. Cóż, nie dajcie się zwieść. Dzisiejsi New York Rangers to najwięksi ligowi oszuści, a Alain Vigneault to kasiarz Kwinto z “Vabanku”.

Nowojorczycy za kadencji Vigneaulta to ligowy top, choć w każdy z sezonów wchodzili dość powolnie. Październik i listopad nigdy nie należały do najlepszych miesięcy  wykonaniu Rangers, drużyna zaczynała “trybić” dopiero w drugiej części sezonu, a przede wszystkim dopiero po świętach najwyższe obroty wrzucał Henrik Lundqvist. Powiecie, że listopad właśnie dobiegł końca, zatem Blueshirts przeszli swój teoretycznie najgorszy okres bez choćby najmniejszego zadrapania – w końcu ocierają się o fotel lidera całej NHL. Skąd więc tak poważne zarzuty?

To bardzo proste. Oglądałem wszystkie wygrane mecze Rangers w tym sezonie i po każdym z nich zachodzę w głowę, jakim cudem to im się udało. Odpowiedzi długo szukać nie muszę – rycerzem w świecącej zbroi za każdym razem jest Lundqvist, opcjonalnie pod hełmem i kolczugą chowa się Antti Raanta. Obaj bramkarze tuszują niewiarygodną bylejakość reszty zespołu. Zespołu, który niemal w każdym meczu oddaje inicjatywę rywalom, ma kłopoty z rozprowadzeniem krążka, nie potrafi na dłużej zagościć pod bramką przeciwnika i popełnia proste błędy w defensywie. Żeby nie być gołosłownym, mój gorący, kibicowski “test oczu” nie rozmija się z liczbami:

CVPJXLWUwAAURsL.jpg large

Powyższa grafika w bardzo łopatologiczny (i nieco uproszczony) sposób pokazuje układ sił w NHL. Widzimy, że Rangers obok Florida Panthers mają najmniej szans bramkowych w całej NHL (niespełna 45%!). Co więcej, strzelają z ponadprzeciętną skutecznością (grając 5-na-5  ponad 10% strzałów to gole, podczas gdy ligowa średnia nie przekracza 8%). Oczywiście ze względu na wyższą od standardu skuteczność bramkarskiego duetu Strażnikom nie grozi katastrofa, niemniej postawa graczy z pola musi być ogromnym zmartwieniem i wielką zagadką dla Alaina Vigneaulta. Trudno bowiem wyrokować, w czym leży przyczyna takiego “systemowego” załamania Rangers. Zmiany personalne na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy nie były aż tak znaczące, a na papierze drużyna wcale nie jest gorsza od tej sprzed roku czy dwóch lat. Został ten sam trener, zmianie nie uległa organizacja gry, zatem skąd tak duże kłopoty drużyny w niemal każdym elemencie gry?

CVJUcnIU4AA580l

CVJUdTjVEAAj3bV

Dwa ostatnie już wykresy, pokazujące jak fatalnie wygląda bilans strzałów Strażników w grze 5-na-5 oraz jak dużo szczęścia mają w ataku (bardzo dużo goli w stosunku do oddawanych strzałów, ponad 5% powyżej ligowej średniej!).

Czy jestem zaniepokojony? Jak najbardziej. Tak zdezorganizowanych Rangers nie widziałem od co najmniej 5 lat. Paradoksalnie zastanawiam się, czy seryjne zwycięstwa nie działają na szkodę zespołu. Podejrzewam, że 2-3 tygodnie gorszych wyników podziałałyby trzeźwiąco na wszystkich. Dobra wiadomość jest taka, że.. gorzej być nie może. Nie mam wątpliwości, że to ekipa wysokiej klasy i stać ją na sto razy lepszą grę. Pytanie tylko, kiedy nastąpi przebudzenie? Rangers muszą wziąć się w garść, bowiem niedługo wszyscy przeczytają ich blef i bezlitośnie ich zgrają.