Nashville Predators – Boston Bruins

Nasza ocena: skala4

W tym niezbyt okazały i obfitym w emocje dniu w NHL ten mecz był całkiem znośny, chociaż piszę tak zapewne z “braku laku”. Łącznie trzy bramki w power play, dosyć interesująca końcówka z tzw. “crunch time” czyli gdzie różnica jednej bramki ciągle wisiała w powietrzu i była okazja na nagłą zmianę scenariusza. To wszystko się ceni.

Ważnym wydarzeniem była bójka Brada Marchanda (dla którego to nie nowość) z Romanem Josim (dla którego dla odmiany to nowość). To nie jest waga ciężka, ale tacy jak oni też czasami chcą spróbować swoich sił. Josi po raz pierwszy w NHL zrzucił rękawice, ale praktycznie nie użył swoich pięści. Skończyło się na siłowaniu i szarpance. Może to i lepiej dla Predators bo wiadomo że można by zwichnąć rękę osłabić nadgarstek itp i wtedy Josi nie mógłby strzelić drugiej bramki dla Drapieżników.

Oprócz dwóch goli obrony Nashville (oba trafienia Josiego) należy tę defensywę pochwalić za ograniczenie możliwości rywali do tylko 17 strzałów, zablokowaniu 16 innych i siedem odbiorów “takeways”. Niedźwiedzie mimo słabszego występu i tak były “blisko” co pokazuje że nie jest z nimi tak źle. To był też pierwszy raz gdy Bruins nie zdobyli choćby punktu od ośmiu spotkań.

W tym meczu była jeszcze jedna na prawdę ciekawa historia. Tim Peel sędzia znany z różnych historii – z dziwnych decyzji, z wyjątkowego podejścia do swoich krytyków (spotkanie z dziennikarzem Yahoo w barze i wynikające z tego “zawieszenie” przez NHL) – tak bardzo rozzłościł się tym że James Neal próbował “udawać” uderzenie kijem w twarz, że nie powstrzymał się od rzuceniem “mięsem”.

Pieprz się za to udawanie idziesz do budy – to takie luźne i bardzo łagodne tłumaczenie. Sami posłuchajcie i ustalcie swoją “wersję” 😉

Najśmieszniejsze w tym wszystkim że Peel miał rację, powtórki udowodniły że Neal nieźle przyaktorzył.

Zresztą nie pierwszy raz w swojej karierze, już w poprzednich sezonach dał się poznać ze swojej “artystycznej” strony. Bruins ukarali Predators za tę sytuację zdobywając w przewadze gola na 2:1.

 

Vancouver Canucks – Buffalo Sabres

Nasza ocena: skala4

Drugim w miarę znośnym widowiskiem było to, jak Vancouver Canucks ocknęli się po serii pięciu porażek z rzędu. Najlepszy indywidualny występ kolejki należał do 34-letniego Radima Vrbaty, który zdobył pierwszego hat tricka w barwach Kolumbii Brytyjskiej – czapki z głów.

To ważny punkt odbicia dla Canucks, którzy poza niezłą współpracą braci Sedin z Jannikiem Hansenem nie mieli absolutnie nic więcej do zaproponowania w przeciągu ostatnich dwóch tygodni. Brandon Prust zdobył pierwszego gola w bluzie Vancouver, ale gdyby go zapytać to i tak woli walić Brada Marchanda po jajach i płacić za to 50 tysięcy dolarów kary. Kto co lubi. Sabres otworzyli ten mecz na 1:0 i nie byli wcale bardzo źli w rozgrywce 5 on 5. No może poza Nicolasem Deslauriers, bo ten dokonał trudnej sztuki i w niecałe siedem minut na lodzie zanotował -2, a także miał 4 minuty karne.

Colorado Avalanche – Minnesota Wild

Nasza ocena: skala2

Było blisko oceny niedostatecznej, bo chociaż Avalanche i Wild wiąże w ostatnich sezonach ciekawa rywalizacja i oba składy są dosyć bogate w talent to zupełnie nie złożyło się w całość wczoraj w Denver. Było tylko po 20 strzałów z każdej ze stron. Nuda na tyle, że był czas aby zabawić się w złożenie drużyny wszech czasów Avalanche i według realizatora wyglądałaby ona tak:

CVqy4ZhU4AADR1H

Jakieś obiekcje?

Nie korzystamy z przywileju wstawienia pały chyba tylko dlatego że mieliśmy kawałek dogrywki 3 na 3, i że przed meczem odbyła się ceremonia upamiętniająca świetną drużynę Colorado z 2001 roku. Kilka fajnych fotek, to chyba coś co po tym meczu zostanie w pamięci, a może nawet i to nie.

CVq0mz_U4AAFgSl