Impreza tygodnia: Z polityczno-gospodarczym podtekstem

Polski Związek Hokeja na Lodzie zadbał o to, żeby kadra Róberta Kalábera mogła odpowiednio przygotować się do sierpniowych kwalifikacji olimpijskich, które odbędą się w Bratysławie z udziałem Biało-czerwonych oraz trzech zespołów zdecydowanie wyżej notowanych od naszej reprezentacji (Słowacja, Białoruś, Austria). Wiadomo, że pandemia nie sprzyja imprezom międzynarodowym, a mimo to udało się niedługo po zakończeniu ligi, w czasie przeznaczonym tradycyjnie na mistrzostwa świata, zorganizować turniej, który początkowo miał zgromadzić na starcie pięć zespołów, ale po wycofaniu się Chorwacji został rozegrany w obsadzie czterech ekip.

To oznaczało trzy spotkania naszej reprezentacji, a kolejne już niedługo, bowiem w drugiej połowie maja Polacy wyjeżdżają na turniej do Lublany, gdzie czekają ich trudne sprawdziany ze Słowenią, Francją, Ukrainą, Rumunią i naszymi bezpośrednimi rywalami o bilety do Pekinu, czyli z Austriakami. Takie natężenie gier jest naprawdę godne pochwały w kontekście przygotowań do imprezy sezonu.

Jak zatem przebiegał pierwszy okres przygotowań? Można śmiało powiedzieć, że kadra wykonała krok do przodu, a czas został wykorzystany do maksimum, czego efektem było nie budzące wątpliwości zwycięstwo w Turnieju o Puchar Trójmorza. W tym miejscu należy wyjaśnić, że ta nazwa nie odnosi się wprost do kwestii trzech mórz, których reprezentantów zabrakło, bowiem mieliśmy jedynie przedstawicieli państw nadbałtyckich. Idea Trójmorza to inicjatywa gospodarczo-polityczna skupiająca 12 krajów Unii Europejskiej, z których niektóre, jak na przykład Austria, Słowacja i Węgry, nie mają dostępu do żadnego otwartego akwenu.

foto: facebook / Polski Hokej

Estończycy i Litwini w odmłodzonych składach nie byli wymagającymi rywalami, aczkolwiek przydatnymi na tym etapie przygotowań, aby dać drużynie pewność poczynań i potwierdzić zasadność obranego kierunku. Mecz z Łotyszami należy uznać za pierwszy cenny sprawdzian. Do Janowa nie przyjechał Bob Hartley, ani jego zawodnicy przygotowujący się do organizowanych na własnym podwórku mistrzostw świata elity, ale rezerwy, czyli drużyna B, lecz niech to nikogo nie zmyli, bo w wykonaniu Łotyszy, to wcale nie oznacza słabego zespołu. Oglądaliśmy kilku zawodników z doświadczeniem w KHL, czy też szwajcarskiej NLA. Gunars Skvorcovs i Frenks Razgals (najskuteczniejszy zawodnik w Janowie – 10 punktów, król strzelców imprezy – pięć goli) zaliczyli nawet po dwa turnieje mistrzostw świata elity. W kadrze Atvarsa Tribuncovsa, byłego zawodnika Podhala i Stoczniowca, znaleźli się również młodzi zawodnicy na co dzień szlifujący umiejętności za oceanem w uniwersyteckiej lidze NCAA.

Plusy tygodnia: Agresywnie i skutecznie

Polacy wygrali turniej z kompletem punktów i w dobrym stylu. Już dawno nie oglądaliśmy kadry tak agresywnej, nie łapiącej niepotrzebnych kar, nastawionej na atak i forczeking, a co równie ważne skutecznej. Drgnęło także w temacie rozgrywania przewag. Formacje specjalne strzeliły łącznie sześć goli, trafiając w każdym meczu.

Powerplay to odwieczny problem Biało-czerwonych. Tym razem wykorzystana została, wręcz symbolicznie, już pierwsza przewaga, którą wypracowali podopieczni Kalábera. Od bramki w układzie pięciu na czterech rozpoczęła się polska kanonada, której efektem było 18 goli w trzech spotkaniach, co daje średnią sześciu trafień na mecz.

Jako pierwszy estońskiego bramkarza pokonał Christian Mroczkowski, dla którego był to piąty mecz w kadrze. Nie tylko trafił do siatki, ale również wypracował przewagę, zmuszając rywala do faulu. Kanadyjczyk pokazał, że pomysł włączenia go do reprezentacji był słuszny. Napastnik tyskiego GKS-u nie błysnął czymś wyjątkowo spektakularnym, ale zaznaczył swoją obecność, będąc pewniakiem w temacie kolejnych powołań.

Mroczkowski najlepszy występ zanotował na otwarcie turnieju. W starciu z Estonią był bardzo widoczny, wpisując się w trend agresywnej, mocnej ofensywy Polaków. Gola mógł zdobyć już w drugiej minucie, kiedy otrzymał dobre krosowe podanie od Grzegorza Pasiuta. Warto zauważyć, że akcja swój początek wzięła od twardej walki na bandach Bartosza Ciury.

W tym spotkaniu Polacy zaprezentowali również na czym polegają szybkie wyjścia, zaskakujące rywali. W taki sposób Biało-czerwoni zdobywali teren w wydarzeniach bezpośrednio poprzedzających strzał Filipa Komorskiego na 2:0. Była to akcja dwa na jeden z asystą Mroczkowskiego.

Warszawianin z urodzenia, tyszanin z wyboru w swoim 33. meczu w bluzie z Orłem zdobył dwa gole, zamykając jak na razie swój dorobek reprezentacyjny liczbą 15 trafień. W rozmowie przed kamerami TVP wskazywał na fakt, iż kadra tym razem miała nieco więcej czasu na ćwiczenie przewag, co od razu przyniosło spodziewane efekty.

Polacy zaprezentowali odważną, ale i rozsądną grę. Wtedy kiedy było to możliwe, stosowali bardzo wysoki atak oraz zamykali rywali w ich tercji, wjeżdżając w nią całą piątką. To nowość w poczynaniach naszych hokeistów, z której powinni odpowiednio korzystać. Chcemy oglądać radykalne, odważne działania w wykonaniu reprezentacji, a nie postawę podszytą wiecznie, ładnie to określając, zbyt dużym szacunkiem dla rywala,

Nie wszyscy kadrowicze będą dobrze wspominali janowski turniej. Oskar Jaśkiewicz w czasie tej imprezy wylądował na stole operacyjnym, gdzie reperowano jego bark, który ucierpiał w starciu z Litwinami. To właśnie ten przeciwnik poczynił największe spustoszenie w naszych szeregach. Oprócz defensora Tauron Podhala meczem ze wschodnimi sąsiadami Polski udział w turnieju zakończył Martin Przygodzki. Jego uraz nie okazał się zbyt groźny, ale Kaláber nie chciał forsować zdrowia byłego już zawodnika Re-Plast Unii Oświęcim.

Przygodzki zdążył wpisać się na listę strzelców. Zdobył bramkę na 3:0 z Litwą, wykorzystując trzeźwość umysłu, chwalonego już wcześniej, Mroczkowskiego, który zagrał do niego krążek zza świątyni Simasa Baltrunasa.

Pochwały tygodnia: Formacja na lata

Chyba można ogłosić, że doczekaliśmy się solidnej linii w ataku, która jest w stanie sporo pozytywnie namieszać. To zestawienie Patryk Wronka – Grzegorz Pasiut – Paweł Zygmunt. Owe trio zdobywało gole w każdym spotkaniu. Łącznie siedem trafień w grze pięciu na pięciu i trzy akcje bramkowe w przewagach.

Formacja, która łączy w sobie wszystko, co potrzebne, żeby odnosić sukcesy. Wronka zapewnia szybkość i dynamikę, Zygmunt prezentuje siłę oraz nieustępliwość, a „profesor” Pasiut wprowadza niezbędny spokój poparty ogromnym doświadczeniem. Trzeba przyznać, że poczynania tej trójki oglądało się naprawdę dobrze. Muszkieterowie zameldowali się na czele wszystkich klasyfikacji ofensywnych naszej drużyny. Pasiut z Wronką podzielili się tytułem najskuteczniejszego, gdyż każdy z nich uzbierał po osiem „oczek”. Zygmunt został najlepszym snajperem z dorobkiem czterech goli, natomiast Wronka to król asyst, o czym świadczy siedem punktowych podań.

Postawa Zygmunta to największy indywidualny pozytyw Turnieju o Puchar Trójmorza. Syn naszego byłego olimpijczyka wzmocnił się fizycznie przez ostatni rok, zmężniał i zaliczył spory rozwój w czeskim Litvinovie. Na kadrę przyjechał niesamowicie zmotywowany, przerastając partnerów chęcią gry, pokazania się, walką. Paweł prezentował te walory dosłownie od pierwszego rzuconego krążka, natomiast reszta Biało-czerwonych rozkręcała się z minuty na minutę, ale to właśnie kryniczanin wytyczał kierunek.

21-latek nie odpuszczał w żadnej sytuacji. Nie było dla niego straconych krążków. Nawet kiedy Polacy grali w osłabieniu potrafił  zapuszczać się do tercji rywala, szukając tam okazji ofensywnych, ale przede wszystkim pozbawiając przeciwników swobody rozegrania.

Stało się jasne, że te wysiłki szybko zostaną nagrodzone i faktycznie tuż przed drugą przerwą meczu otwarcia z Estonią, Zygmunt zdobył swoją pierwszą bramkę w kadrze. Był to tak zwany one-timer. Poprzedził to uderzenie rajd Wronki przez całą taflę.

Zygmunt został najlepszym strzelcem meczu obok Komorskiego. Obaj trafili po dwa razy. Przy bramce na 5:1 napastnik VERVY popisał się dobrą pracą na golkiperze. Zbił krążek, całkowicie myląc Aleksandra Kolossova. W tym dniu w boksie dla rezerwowych pozostał Villem-Henrik Koitmaa, który w sezonie 2019/20 zdołał zaliczyć krótką przygodę w KH Toruń.

Formacja Pasiuta otworzyła wynik w poniedziałkowym meczu przeciwko Litwinom. Na listę strzelców wpisał się Zygmunt, ale pochwały należą się dla całej linii za „rozklepanie” przeciwników i rozciągnięcie gry.

O ile poprzedni dzień należał do byłego gracza Comarch Cracovii, to niedziela była Pasiuta. W 138. występie w kadrze doczekał się pierwszego hat tricka. Trafiał do siatki, rozdzielał krążki, był niekwestionowanym liderem drużyny.

Zaczął od 36. bramki w biało-czerwonych barwach, a zdobył ją podczas przewagi. Zaprezentował niewątpliwie posiadany zmysł snajperski, no i bezlitośnie wykorzystał błędy rywali.

Pokazową akcję prowadzonej przez niego formacji okazał się gol na 8:0, zamykający dorobek Polaków w tym spotkaniu. Było wszystko, co dobrze się ogląda: kombinacyjne rozegranie, szybka wymiana podań, dynamika. Oczywiście, takim popisom sprzyjała mierna postawa Litwinów, ale to nie umniejsza efektywności gry naszego najlepszego ataku.

Najtrudniejszym rywalem, niejako pozostawionym na deser, byli Łotysze. W spotkaniu z nimi wyróżniał się Mateusz Bryk, filar polskiej obrony. Ze swoich podstawowych zadań wywiązywał się bez zarzutu, dokładając do tego popisy ofensywne. To właśnie obrońca JKH GKS-u Jastrzębie był tym, który jako pierwszy w turnieju umieścił krążek w łotewskiej bramce, pokonując Janisa Vorisa, mającego w dorobku tytuł najlepszego bramkarza tygodnia w lidze KHL.

Bryk miał sporo szczęścia przy tej akcji, gdyż idealnie zgrał się czas, w którym krążek został wybity z naszej tercji z tym, kiedy 31-latek opuszczał boks kar. W tej sytuacji miał otwartą drogę na bramkę rywali. Oglądając zakończenie tego rajdu, trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z obrońcą.

Nie był to jednorazowy „wybryk Bryka”. Wyszedł z założenia, iż skoro otworzył wynik, to i warto byłoby go zamknąć. W trzeciej tercji soczyście przyłożył, co poprzedzone zostało uderzeniem Olafa Bizackiego w słupek. Zawodnik kompletujący nieprzerwanie od czterech lat tytuły mistrza kraju okazał się drugim najlepszym strzelcem naszej kadry. Wraz z Pasiutem zaliczyli po trzy trafienia.

Wieści tygodnia: Atakują młodzi

Bardzo ważnym, a zarazem dobrym prognostykiem dla naszej kadry narodowej jest postawa młodych graczy. Chwała Kaláberowi, że nie boi się z nich korzystać. W Janowie z uprzejmości selekcjonera najwięcej wynieśli Olaf Bizacki i Kamil Wałęga. W pewnym sensie do tej grupy można podciągnąć Dominika Pasia, choć akurat jest bardziej doświadczonym i ogranym w reprezentacji, niż wspomniany duet.

Bizacki to absolutny debiutant. Jego historia w kadrze jak na razie usłana jest samymi sukcesami. W dwóch meczach uzbierał cztery „oczka”. Okazał się najskuteczniejszym defensorem naszej reprezentacji. W pierwszym występie zaliczył debiutanckie trafienie, a po meczu, opiekujący się nim wyraźnie na tafli Pasiut, oddał młodemu miejsce i nagrodę przyznaną jako najlepszemu zawodnikowi reprezentacji.

To pokazuje, że w kadrze mamy dobrą i zdrową atmosferę, co jest początkiem wszelkich sukcesów. Nie byłoby gry bez pozytywnej energii i wzajemnego wspierania się. Ten element był niezwykle pomocny przy wspomnianym już debiutanckim trafieniu Bizackiego, zadanym w meczu z Litwą przy rozgrywaniu przewagi czterech na trzech.

Pasiut tak kombinował, aby krążek trafił do 22-letniego tyszanina, który wykorzystał otrzymany prezent. Stało się to dosłownie moment po tym, jak z tafli zjechał Ciura, robiąc miejsce młodemu.

Bizacki nie poprzestał na tym. Okazał się cennym ogniwem w przewagach. W początkowej fazie trzeciej tercji padła siódma bramka dla Polski. Z formalnego punktu widzenia stało się to, gdy na tafli zespoły były już w pełnych składach, ale w praktyce krążek minął linię, gdy rywal nie zdążył jeszcze dojechać do obrony. Bizacki skierował podanie do Pasiuta, a ten uderzył z ostrego kąta, pokonując Artura Pavliukova.

W spotkaniu z naszym wschodnim sąsiadem z dobrej strony zaprezentował się również Wałęga. Był to jego szósty występ w dorosłej kadrze. Ewidentnie szukał gry, pokazywał się i brał na siebie odpowiedzialność za rozegranie. Był bliski otwarcia wyniku.

Ta postawa została nagrodzona. W drugiej tercji umieścił krążek w siatce Baltrunasa, podwyższając prowadzenie Polaków na 4:0. Uderzył bekhendem z najbliższej odległości. To pierwszy gol Wałęgi w seniorskiej reprezentacji.

Paś, będący jego klubowym kolegą, pokazał pomimo 21 lat na karku, dojrzałość w najtrudniejszym spotkaniu turnieju, czyli w meczu z Łotyszami. Podawał do Bryka w akcji na 1:0, choć trudno stwierdzić, czy do końca był świadomy, co z tego wyniknie, ale w tej sytuacji przede wszystkim liczy się skuteczne rozbicie ataku rywali, którzy rozgrywali akurat przewagę.

Paś zaliczył w tym spotkaniu dwie asysty, a w całym turnieju zgromadził trzy punktowe podania. Przy golu Damiana Kapicy na 3:1 to właśnie napastnik jastrzębskiego klubu obsłużył idealnie pod bramką swojego niedawnego rywala z finału PHL. Trzeba przyznać, że Kapica zachował się jak na rasowego snajpera przystało.

Po stronie wychowanka JKH było w tym spotkaniu naprawdę dużo pracy, jakości i konkretów. Niewiele brakowało, a to właśnie on jako pierwszy pokonałby w Janowie Łotyszy. Na początku drugiej tercji trafił krążkiem w poprzeczkę.

Pozycja dnia: Murray liderem

Kaláber na zgrupowanie zaprosił trzech golkiperów, rozdzielając po równo między nich obsadę bramki w poszczególnych meczach. Jak wiemy na tej pozycji panuje nieurodzaj wywołany głównie przepisami ligowymi, które w żaden sposób nie premiują polskich specjalistów od łapania krążka. Słowak wybrał tercet, któremu konsekwentnie ufa. Tylko jeden członek tej wąskiej grupki, to zawodnik urodzony w kraju nad Wisłą.

Mowa o Michale Kielerze. Jego poczynania obejrzeliśmy w starciu z Litwinami. Polacy pokonali ich bardzo wysoko, ale pamiętajmy, że pierwszy gol padł dopiero w 22. minucie. Rezerwowy golkiper JKH obronił to co leciało w jego kierunku poza jednym przypadkiem na zakończenie meczu przy stanie 8:0. Szkoda, że nie udało mu się zachować czystego konta. Z pewnością jednak zasłużył na kolejne szanse.

W pierwszym meczu obejrzeliśmy Ondřeja Raszkę. Spotkanie otwierające turniej zawsze ma swój ciężar gatunkowy. Gracz rodem z Trzyńca miał 25 okazji do interwencji. Ze swojej pracy wywiązał się dobrze, choć przy wpuszczonej bramce można mieć do niego pretensje. Krążek nie powinien prześliznąć mu się pod ręką. Było jednak kilka innych sytuacji, w których swoją postawą pomógł. Tak było przy akcji Estończyków dwa na jeden ze strzałem Rasmusa Kiika. Dobijał urodzony w Szwecji Emil Svartbro, a to, że nie trafił do odsłoniętej bramki było w dużej mierze zasługą do końca przeszkadzającego mu Jakuba Michałowskiego.

Na zakończenie turnieju między słupkami pojawił się John Murray. Jego zadaniem było zatrzymać Łotyszy, mających na koncie już 20 goli w tym turnieju. „Jasiu Murarz” pokazał klasę. Naprawiał błędy naszej defensywy, był niekwestionowanym bohaterem kadry w tym dniu. Jego postawę pochwalił przed kamerami Bryk. Podkreślił, że Murray pokazał, iż reprezentacja może na niego liczyć w ważnych meczach. Ten sygnał z pewnością odebrał również Kaláber.

Murray miał najwięcej pracy z tercetu naszych bramkarzy. Łotysze zatrudniali go 33 razy. Gdyby nie jego czujność, to mogliśmy zjeżdżać na pierwszą przerwę z bagażem co najmniej jednego gola. Amerykanin poradził sobie z bardzo groźnym uderzeniem Kristapsa Skratinsa z najbliższej odległości.

Wnioski tygodnia: Nie wszystko gra

Janowski turniej, pomimo świetnego wyniku, pokazał, że kadra ma jeszcze wiele mankamentów, ale to rzecz normalna, że coś jest do poprawy. Jako główne punkty do dalszej pracy należy wskazać defensywę zespołu, grę formacji specjalnych z naciskiem postawionym na osłabienia oraz wyeliminowanie efektu falowania, o którym za chwilę.

Każdemu z rywali daliśmy się zaskoczyć. Choć było blisko do zachowania czystego konta, to jednak we wszystkich meczach zdarzył się błąd skutkujący utratą gola. O ile w przypadku starcia z Łotyszami możemy mówić o sukcesie w postaci zaledwie jednego krążka w naszej siatce, to w spotkaniach z Estonią i Litwą, straty wynikały z niepotrzebnej chwilowej dekoncentracji. Takich sytuacji zdecydowanie należy się wystrzegać. Reprezentacja musi trzymać poziom do ostatniej syreny, czego na razie nie robi. Andre Linde pokonał Raszkę dziewięć sekund przed przerwą, a Ugnius Cizas wpakował gumę Kielerowi na mniej niż pół minuty przed zakończeniem meczu.

W starciu z lepszym rywalem, a za takiego uważam rezerwy Łotwy, zapłaciliśmy za otrzymaną karę. Była to niebezpieczna bramka. Gol kontaktowy na 1:2 na początku trzeciej tercji. Dobrze, że odpowiedzią na niego były kolejne trafienia Polaków, ale nie zawsze uda się tak zareagować. Lepiej nie dopuszczać do sytuacji, takich jak ta stworzona 26-letniemu Nikolajsowi Jelisejevsowi, mającemu za sobą doświadczenia z gry w KHL.

Teraz kilka zdań o efekcie falowania. Przed Kaláberem zadanie nauczenia kadry równej gry przez całe spotkanie. Na razie mamy do czynienia z okresami mocnymi i słabszymi. O ile przy rywalach z dywizji IB to nie jest duży mankament, o tyle silniejsze ekipy nie wybaczą nam takich okresów odpoczynku.

Z Estonią zaczęliśmy mocno i zdecydowanie, czego efektem był wynik 2:0 do przerwy, ale w drugiej odsłonie gra toczyła się bez goli, które pojawiły się dopiero na 39 sekund przed kolejnym pauzą. Tę część zakończyliśmy remisem 1:1. Z Litwą reprezentacja nie potrafiła udowodnić w żadnym stopniu swojej dużej przewagi w pierwszej tercji. Po 20 minutach było bezbramkowo, natomiast następny period zakończył się naszym prowadzeniem 6:0. Bez goli było również na otwarcie ostatniego meczu, ale tak naprawdę to Łotysze mieli więcej klarownych sytuacji. Dopiero po przerwie Biało-czerwoni zaczęli przejmować kontrolę i udokumentowali ten fakt golami.

Filozofia tygodnia: Szybciej i bardziej zaskakująco

Każdy szkoleniowiec ma swoją ulubioną taktykę, sposób gry, który chce wdrożyć w życie. Kaláber ma świadomość zadania stojącego przed nim. W sierpniu zawita z podopiecznymi do rodzinnej Bratysławy, a tam będzie trzeba stawić czoła trzem ekipom z wysokiej półki. Słowak wymyślił, że reprezentacja ma szybciej pokonywać kolejne metry lodowiska i grać bardziej zaskakująco. Postawił na budowanie akcji z pominięciem tercji środkowej. Uczula podopiecznych, aby kiedy to możliwe krążek wędrował prosto spod bramki do strefy ataku.

Ten mechanizm zaczyna już funkcjonować. W taki sposób Polacy „załatwili” Łotyszy. Najpierw Paś wystrzelił daleko gumę, po którą szczęśliwie sięgnął Bryk, a chwilę później Ciura obsłużył dalekim podaniem Wronkę. Wychowanek Podhala dzięki temu zagraniu zapisał na swoim koncie jedynego gola w turnieju i przy okazji bramkę zwycięską w meczu decydującym o końcowym triumfie.

Kaláber stawia także na posiadanie krążka. To filozofia prosta i oczywista. Skoro nasi mają gumę, to nie mają jej rywale, a co za tym idzie nie mogą stworzyć zagrożenia. Masz krążek, możesz decydować co zrobić. Prawda, że proste rzeczy? A jednak wymagające wiele pracy i konsekwencji. Przede wszystkim we wdrażaniu ich jako DNA kadry.

Mecze z wymagającymi rywalami, o wyższej organizacji gry i umiejętnościach technicznych wymagają twardej, nieustępliwej postawy. Słowacki coach jest tego w pełni świadomy, wymagając takiego zachowania od swoich podopiecznych. Gracze pokroju Pasiuta, Zygmunta, czy Macieja Urbanowicza mogą być przykładem dla pozostałych, jak postępować przy bandach i jak kasować ataki rywali.

Wyjeżdżając z Janowa, towarzyszyło mi dziwnie nieznajome uczucie. Byłem na meczach kadry i wracam pozytywnie nastawiony, z nadziejami na przyszłość i spokojny o kierunek reprezentacji. Osobiście mówię zatem „Dziękuję panie Róbercie i czekam na ciąg dalszy”.