Paraliż tygodnia: premia co kije wiąże i nogi plącze

Jesteśmy po dwóch odsłonach finałowej rywalizacji w PHL i można powiedzieć, że w połowie drogi JKH GKS-u Jastrzębie po złote medale. Rywalizacja przenosi się teraz pod Wawel, a jeśli ekipa ze Śląska wygra tam zarówno we wtorek, jak i pojutrze, to sezon 2020/21 będzie trzeba uznać za zakończony.

Profesor Janusz Filipiak, szef krakowskiego klubu, wpisywany do protokołu meczowy przy okazji finałów jako “osoba towarzysząca”, ogłosił ekstra premię za zdobycie tytułu mistrzowskiego. Comarch Cracovia do podziału rzuca półtora miliona złotych, czyli całkiem poważną kasę jak na realia rodzimego hokeja. Widać, że profesor potrafi sporo zapłacić za powrót na tron po trzech sezonach przerwy.

Wizja grubej mamony jak na razie usztywniła zawodników w pasiastych strojach. W jastrzębskim dwumeczu oddali 79 strzałów, z czego tylko w sobotę udało im się znaleźć sposób na Patrika Nechvátala.

W obu finałowych starciach tercje otwarcia były bardzo szybkie, ale i chaotyczne. Dopiero po ochłonięciu z emocji w szatni działo się na tafli znacznie więcej. W sobotę to „Pasy” jako pierwsze umieściły krążek w siatce. Świetna robota Damiana Kapicy z kończącym akcentem Jewgienija Sołowjowa. Reprezentant Polski ściągnął na siebie większość rywali, co otworzyło drugą stronę, gdzie z łopatką kija czekał Rosjanin. Jego zadaniem było trafić w odsłoniętą siatkę i tak też zrobił.

Cracovia z soboty to znacznie lepiej grający zespół niż „Pasy” w wydaniu piątkowym. W pierwszym meczu goście nie potrafili trafić w żadnej sytuacji, a mogli wyjść na 1:0 na początku drugiej odsłony. W akcji wziął udział Sołowjow, który w play-offach ma już na koncie sześć trafień. Żenia zagrał do Jeremy’ego Welsha, będącego tuż przed Nechvátalem i chwała Czechowi za to, iż wyszedł obronną ręką z tej sytuacji. Kluczowy okazał się powrót Kamila Górnego, który najpierw zagapił się, prokurując spore zagrożenie, a potem pomieszał szyki krakowian.

Przedstawiciele jastrzębskiej drużyny śmiało mogliby się obrazić, twierdząc, że to właśnie ich zespół w każdym ze spotkań, czyli nie tylko w pierwszym, powinien otwierać wynik i to już przed przerwą obowiązującą po 20 minutach. W sobotę oko w oko z Robertem Kowalówką stanął Martin Kasperlík, natomiast w piątek hokeiści JKH uraczyli telewidzów błyskawiczną akcją, z której krakowianie nie wyciągnęli wniosków. Kamil Wróbel zagrał na drugą flankę do Zackary’ego Phillipsa, a Kanadyjczyk wypuścił Marka Hovorkę.

W Polskich Zmianach często można przeczytać o wyrównanym składzie JKH i wskakiwaniu w buty liderów przez różnych zawodników tej drużyny. O ile w piątek na takie miano zasłużył Kasperlík, o tyle w sobotę pałeczkę przekazał Dominikowi Pasiowi. To właśnie wychowanek jastrzębskiego klubu był tym, który doprowadził do remisu na 1:1. Oddał w miarę słaby strzał, ale nie zatrzymał się, poszedł za ciosem, objechał bramkę Kowalówki i zaskoczył go totalnie, pakując krążek z drugiej strony. A tam golkiper „Pasów” nie zdążył się przemieścić.

 

– Kluczowym momentem tego spotkania, zresztą podobnie jak wczoraj, była druga tercja – Kasperlík oceniał sobotni występ w rozmowie z PHLwPL. – Tyle z podobieństw, bo sama sytuacja była zgoła odmienna. Wczoraj to myśmy pierwsi strzelili gola, a dziś trzeba było gonić wynik i udało nam się jeszcze przed drugą przerwą odwrócić rezultat.

Czech wspomniał o wyjściu na prowadzenie, czyli o sytuacji, w której błysnęła czwarta formacja JKH. Marcin Horzelski uruchomił dobrym podaniem Dominika Jarosza, który „odpalił wrotki” po skrzydle, a całość zakończył dobrym uderzeniem. Miał jednak pecha… bo gola ukradł mu Łukasz Nalewajka. Guma wysunęła się spod Kowalówki, zmierzając do bramki, ale jeden z bliźniaków nie odpuścił i dobił. Wiadomo, że w takich meczach nie można pozwalać sobie na choćby najmniejsze ryzyko, więc decyzja całkowicie usprawiedliwiona.

 

To nie pierwszy wybryk jastrzębskiej czwartej formacji w tych play-offach. Warto przypomnieć, że to właśnie ta linia zadecydowała o wygranej JKH w drugim starciu półfinałowym z GKS-em Katowice. Róbert Kaláber ma naprawdę spory atut w ręce, posiadając tak sprawną i skuteczną linię, dzięki której wyższe ataki mogą łapać oddech w boksie.

Trzeba wspomnieć, że najniższa linia jest również ważnym składnikiem układanki Rudolfa Roháčka. Sebastian Brynkus, Aleš Ježek i Štěpán Csamangó wykonują dużo fizycznej pracy, mającej na celu osłabić przeciwnika, ale potrafią również groźnie zaskoczyć, będąc blisko zdobycia gola. W meczu otwarcia niewiele zabrakło Csamandze mijającemu rywali jak slalomowe tyczki.

JKH GKS prezentuje się naprawdę solidnie i jest to opinia wysnuta na podstawie całego sezonu, a nie jedynie meczów finałowych. Widać, że ostatni rok został w Jastrzębiu mocno przepracowany, choć to efekt nie tylko mijających 365 dni, ale polityki i kierunku konsekwentnie realizowanego od dłuższego czasu. Żadnych nerwowych ruchów, mierzenie sił na zamiary i bez oczekiwania natychmiastowego sukcesu.

– Pamiętam, że kiedy przychodziłem do klubu z Jastrzębia to nie było dobrego połączenia na linii obcokrajowcy a zawodnicy z Polski – mówi Kasperlík będący w tym klubie od kampanii 2018/19. – Zagraniczni nie grali dla dobra zespołu jako całości, tylko starali się każdy dla siebie, żeby jak najlepiej zaprezentować indywidualne umiejętności. Teraz w tej ekipie, którą tworzymy, jest zupełnie inaczej. Wyraźnie czuć ducha drużyny. Stawiamy na zespół, pracujemy jeden dla drugiego i to przynosi efekty. Mogę powiedzieć, że staliśmy się czymś na wzór rodziny.

Sprinterzy tygodnia: Do biegu! Gotowi! Start!

Losy play-offowej rywalizacji potoczyły się w taki sposób, że w finale mamy starcie dwóch prawdziwych torped naszej ligi. W JKH miano super sprintera należy przypisać Kasperlíkowi, natomiast w Craxie ten tytuł należy do Kapicy. Obaj panowie, dosłownie jakby na potrzeby tego tekstu, pokazali próbki swoich umiejętności jeden po drugim. Żadnych cięć, zero montażu. Kamera start.

 

Fakt jest taki, że obaj odgrywają kluczowe role w swoich ekipach w finałowej batalii. Czeski napastnik zapewnił wygraną JKH w starciu otwierającym walkę o złoto. Idealnym podaniem z wykorzystaniem bocznej bandy popisał się Roman Rác. Gromy za tę sytuację spadły natomiast na Maksima Ignatowicza, który dał się zaskoczyć i nie zamknął linii niebieskiej.

Kasperlík miał udział przy wszystkich trzech golach w pierwszym spotkaniu. Przy bramce na 2:0 akcja rozpoczęła się właśnie od jego rajdu, który nie przyniósł bezpośredniego efektu, bowiem Kowalówka nie dał się zaskoczyć. Poprawił Phillips, a na dwa razy krążek do siatki posłał Rác, będący obok zawodnika z Karviny kolejnym mocno wyróżniającym się elementem układanki Kalábera. Dla Kanadyjczyka był to czwarty mecz z rzędu, w którym zdobywał punkty.

Ostatni gol meczu to uderzenie Macieja Urbanowicza do pustaka, ale fakt, że przejął krążek to w dużej mierze zasługa Kasperlíka mocno pracującego do samego końca w tercji rywali.

Czeski szybkościowiec zaprzecza teorii, że w obecnych czasach obcokrajowiec w PHL to musi być zawodnik z przeszłością w jednej z najlepszych lig świata. 27-latek już piąty sezon ściga się po polskich lodowiskach, a wcześniej nie pokazał się wyżej niż na trzecim poziomie rozgrywkowym za naszą południową granicą.

– Nasza przewaga nad tymi hokeistami, którzy wcześniej występowali w NHL, czy w KHL polega na tym, że jednak byliśmy cały czas w treningu – tłumaczy były zawodnik oświęcimskiej Unii. – Szczególnie w przerwie między sezonami. Kiedy oni odpoczywali w domach i nie byli pewni jak potoczą się ich dalsze losy, my ciężko zasuwaliśmy pod okiem Kalábera, a zapewniam, że zajęcia z nim w okresie przygotowawczym do łatwych nie należą. To znacznie ważniejszy aspekt niż kwestia naszego doświadczenia na taflach PHL. Liga co roku się zmienia, jej kształt wyznaczają zawodnicy, którzy są ściągani do klubów, więc to nie jest element, który może decydować o tym, że ktoś taki jak ja, czy inny gracz mojego pokroju, lepiej sobie radzi niż ci z przeszłością w NHL, czy KHL.

Ostoja tygodnia: wszystko zależy od bramkarza

Ile w hokeju znaczy dobry bramkarz, wszyscy dobrze wiedzą. Na tej pozycji w finale widać przewagę JKH. Nechvátal jest pewny swego. Pracę wykonuje perfekcyjnie, dając drużynie sporo spokoju. Broni tak jak to powinno się odbywać w grze o najwyższe laury, czyli jego łupem padają krążki zwane łatwymi, jak również te, które zostałyby mu wybaczone.

Tak mniej więcej wyglądała sytuacja w sobotę, gdy kolejny już raz próbkę umiejętności pokazał Kapica, natomiast wykończenie akcji należało do Sołowjowa. Czeski bramkarz znów wspiął się na wyżyny i zatrzymał gumę.

 

Dużo dobrego można powiedzieć także o jego pracy w końcówce spotkania. Sytuacja była trudna, bowiem gospodarze prowadzili zaledwie 3:2. Roháček wziął czas w trzeciej tercji, która prawie cała toczyła się pod dyktando goniących wynik krakowian. Bezpośrednio po powrocie do gry, „Pasy” wygrały wznowienie, a Taylor Doherty lekkim uderzeniem wrzucił krążek na bramkę jastrzębian. Tam w zamieszaniu guma obiła się o Davida Goodwina, no i nagle zrobiło się gorąco, bowiem obie ekipy znalazły się w kontakcie jednego trafienia.

– W sobotę Cracovia zagrała bardziej fizycznie – ocenił przeciwników Kasperlík. – Zdecydowanie więcej ataków ciałem. Walka o każdy metr lodowiska była zarówno wczoraj, jak i dziś, ale nie da się ukryć, że w tym drugim starciu mieliśmy po prostu więcej szczęścia od rywali.

W Cracovii kwestie bramkarskie w ostatnim czasie rozgrywały się dość burzliwie. Wiemy, że Dienis Pieriewozczikow musiał lecieć do ojczyzny na pogrzeb ojca. Jego powrót nie był pewny. W tym czasie na bohatera półfinałów wyrósł Kowalówka. Roháček zaskoczył wszystkim tym, że pomimo, iż Rosjanin przybył z powrotem do Krakowa, to miejsce między słupkami na finał powierzył wychowankowi oświęcimskiej Unii. Można powiedzieć, że w tym momencie zaczął się koniec Kowalówki. Oddech Pieriewozczikowa na plecach oraz stawka meczów zrobiły swoje.

Gdyby w sobotę był w lepszej dyspozycji, to bardzo prawdopodobne, że dziś mielibyśmy wynik 1-1 w serii. Kowalówka dał się zaskoczyć Pasiowi, nie poradził sobie ze strzałem Jarosza, a na dokładkę w początkowej fazie trzeciej tercji Rác wpakował mu gumę przy bliższym słupku, co zakończyło występ polskiego bramkarza w tym meczu, a i najprawdopodobniej w całej finałowej batalii. Dla słowackiego napastnika był to już czwarty zwycięski gol w tych play-offach.

Od tego momentu JKH wyraźnie cofnął się, a „Pasy” szalały szukając nadrobienia rezultatu. Trzeba przyznać, że ta tercja należała do krakowian, co zresztą zauważył i podkreślił Roháček. Czech chwalił swój zespół za sobotni mecz, a przede wszystkim za napór po stracie decydującej bramki.

– Wyszło tak, że już tylko myśleliśmy o obronie wyniku – Kasperlík tłumaczył pasywność JKH w ostatniej tercji. – Zabrakło motywacji do zdobywania kolejnych goli i gdzieś podświadomie włączyło się myślenie o utrzymaniu rezultatu, który wypracowaliśmy. Wiedzieliśmy, że to spore ryzyko, ale teraz już po zakończeniu mogę przyznać, iż nie potrafiliśmy wykrzesać z siebie więcej.

Kowalówka popełnił zbyt dużo błędów, które na tym etapie rywalizacji nie mogły być pozostawione bez konsekwencji dla jego osoby. Nietrafionych decyzji z jego strony było więcej niż strat bramkowych, ale całość dwudniowej rywalizacji pokazywała, że należy dokonać zmiany. Niewiele brakowało, a Paś umieściłby drugi raz krążek w bramce po mylnej ocenie sytuacji przez bramkarza „Pasów”, który wyjechał za swoją świątynię. Skończyło się efektownym rzutem i zablokowaniem krążka.

Motywacja tygodnia: mentalne zakończenie sezonu

Równolegle z finałami rozgrywane są także derbowe boje GKS-ów o brązowe medale. Trudno mówić o tej rywalizacji, że jest ciekawa. Ona się po prostu odbywa i prowadzona będzie do momentu, aż któraś z drużyn wygra swój trzeci mecz.

Wszystko wskazuje, że tym szczęśliwcem zostanie ekipa z Tychów, która prowadzi 2-0 w serii, a jej wygrane nie podlegały żadnym dyskusjom. Katowiczanie najwyraźniej nie potrafią wykrzesać motywacji na godne zakończenie kampanii. Grzegorz Pasiut, kapitan GieKSy zapowiada walkę do końca, lecz również przyznaje, iż drużyna nie była przygotowana na tę rywalizację. Ciekawie i zarazem mądrze wytłumacz brak skuteczności, która w jego opinii bierze się z koncentracji i przedmeczowej mobilizacji. Tych elementów w występach GKS-u nie można było się dopatrzeć.

W każdym ze spotkań katowiczan stać było jedynie na honorowe trafienie. Oczywiście okazji ku temu, żeby poprawić wyniki mieli znacznie więcej, lecz na przeszkodzie stawała wspomniana przez Pasiuta skuteczność oraz doskonała postawa Johna Murraya, który wybronił wszystkie strzały w równowadze liczebnej, a skapitulował raz w podwójnym, a raz w pojedynczym osłabieniu.

Próbkę wysokiej dyspozycji zaprezentował w końcówce drugiej tercji meczu otwarcia. Ten fragment gry należał do Jesse Rohtli. Fina świetnie obsłużył Pasiut, a chwilę później były gracz JKH próbował pokonać Murraya z okolic linii niebieskiej.

Start filmu: dwie akcje z udziałem Rohtli

Katowiczanie walili głową w mur, szczególnie w piątek. Nie potrafili wykorzystywać nawet okazji, gdy znajdowali się w przewadze. Jedną z sytuacji zmarnował Bartosz Fraszko. Oczywiście znów pochwały należą się Murrayowi, który znakomicie odnalazł się w tej sytuacji.

Start filmu: okazja strzelecka Fraszki

W drugim spotkaniu Andriej Parfionow wpuścił między słupki młodego Macieja Miarkę. To dobry bramkarz, który z pewnością potrzebuje występów, a zatem patrząc z jego perspektywy każda okazja jest właściwa do nabierania doświadczenia. O tym, iż zasługuje na takie występy świadczy chociażby sytuacja, w której wybronił akcję sam na sam z Mateuszem Gościńskim.

Start filmu: akcja Gościńskiego sam na sam z Miarką

Trzeba jednak dodać, że Juraj Šimboch nie zawalił GKS-owi meczu, aby powstała konieczność ratowania serii zmianą bramkarza. Słowak w kilku akcjach błysnął nawet niezłymi paradami, tak jak to miało miejsce gdy Jarosław Rzeszutko wypuścił na niego sam na sam Szymona Marca.

Start filmu: akcja Marca sam na sam z Šimbochem

Jeśli w Katowicach nie nastąpi jakieś pozytywne tąpnięcie, to już jutro rywale GieKSy wrócą do piwnego miasta z medalami pocieszenia.

Rehabilitacja tygodnia: o odzyskanie chociaż części honoru

Wiadomo, że w Tychach rywalizacja o brąz nie powoduje przyspieszonego bicia serca u żadnego z członków zespołu, czy też sztabu szkoleniowego. Chwała GKS-owi, że poważnie traktuje sezon do samego końca, chcąc choć w części zmazać plamę, jaką było odpadnięcie w półfinale z Cracovią. Z dużym szacunkiem wysłuchałem słów Krzysztofa Majkowskiego po decydującej przegranej pod Wawelem. Nie było w wypowiedzi trenera żadnego wybielania się, tylko jasne i zgodne z prawdą przyznanie, że rywale byli po prostu lepsi, a przegranej w serii nigdy nie można traktować jako przypadkowej. To wypadkowa formy obu rywalizujących ekip.

Tyszanie rozpoczęli walkę o brązowe krążki od mocnego akcentu. Na otwarcie zwyciężyli 5:1, mając już dwa gole na koncie po pierwszych 20 minutach. Była to tercja, w której szalał Patryk Wronka. Przy golu otwierającym wynik popisał się indywidualnymi umiejętności, przeciągając sprytnie Šimbocha.

Start filmu: gol Wronki na 1:0

„Kromka” nie tylko strzelał, ale i dobrze dogrywał do partnerów. Na 19 sekund przed przerwą tuż przed bramką rywali podał do Paula Szczechury, który podwyższył na 2:0

Start filmu: gol P. Szczechury na 2:0

Co ciekawe, pozostałe trafienia gospodarzy padały już tylko w przewagach. Tyszanie mieli siedem takich okresów, z czego wykorzystali trzy. Pierwszy raz stało się to już w 48. sekundzie drugiej tercji, kiedy precyzyjnym uderzeniem z tak zwanego high slotu popisał się Christian Mroczkowski.

Start filmu: gol Mroczkowskiego na 3:0

Mecz obfitował w dużą ilość kar. Każda z drużyn otrzymała od sędziów po 18 minut. To zaburzało płynność gry i utrudniało zawodnikom utrzymanie właściwego rytmu, na co uwagę zwrócił w pomeczowej wypowiedzi Wronka.

Sobota dla tyszan była dniem nadrabiania indywidualnych zaległości. Gościński i Rzeszutko wreszcie zaliczyli swoje pierwsze trafienia w tych play-offach. Gościński otworzył wynik już w 38. sekundzie spotkania. Rywale nie zamierzali zbytnio przeszkadzać w jego poczynaniach, prezentując bierną postawę w obronie.

Start filmu: gol Gościńskiego na 1:0

Gol Rzeszutki na 2:0 okazał się zwycięskim trafieniem, co tym bardziej godne podkreślenia, że jak już wiemy, wcześniej w tych play-offach nie udało mu się nic ustrzelić. Bramka była efektem dobrej pracy na golkiperze podczas rozgrywania przewagi, a na oddanie strzału zdecydował się Filip Komorski, autor dwóch asyst, dla którego był to już trzeci występ z rzędu ze zdobyczami punktowymi.

Start filmu: gol Rzeszutki na 2:0

Ostatnie trafienie tyszan należało do Bartłomieja Jeziorskiego. Strzał spod niebieskiej całkowicie zaskoczył Miarkę, który zatrudniany był tego dnia 31 razy przez gospodarzy spotkania.

Start filmu: gol Jeziorskiego na 3:0


Podoba Ci się ten artykuł? Wesprzyj nasze dziennikarstwo. Kup dostęp do całego bloga i ciesz się codziennie wartościowymi tekstami, audycjami i wideo na temat hokeja!
Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie. 10 złotych za miesięcznik złożony z 100 stron (średnia ilość artykułów w portalu) to uczciwa cena.
Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów. Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni17 zł
Anuluj

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni45 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 180 dni84 zł
Anuluj