Rozczarowanie tygodnia: chłopcy do bicia

Czekaliśmy na kończące hokejowy rok 2020 półfinały Pucharu Polski. Tymczasem pierwszy z nich, rozegrany w Jastrzębiu-Zdroju rozczarował, a dokładniej mówiąc, rozczarowała postawa gości. KH Energa Toruń był tłem dla JKH GKS-u. Czym dalej w las w tym spotkaniu, tym bardziej Juryj Czuch tracił cierpliwość i dawał temu upust w boksie dla rezerwowych. Białorusin groźnie „ryczał” na swoich podopiecznych, którzy ze zwieszonymi głowami słuchali tej narracji.

Gospodarze rozpracowali rywali już przed meczem. To było widać najbardziej w momentach, gdy kluczowe postacie toruńskich Pierników znajdowały się przy krążku. Wtedy następowała natychmiastowa „kasacja” akcji i o rozwinięciu skrzydeł nie było mowy. Dobrym przykładem tego, o czym piszę był „gong” otrzymany przez Artioma Osipowa. Swoją drogą, Rosjanin prezentował się mizernie tego dnia, podobnie zresztą jak krajowi liderzy torunian.

Filozofia tygodnia: tak się robi drużynę

JKH GKS zaczyna przypominać walec, który konsekwentnie toczy się do przodu, równając z ziemią, to co napotka. Tymczasem do zespołu przed sezonem lub w jego trakcie doszło aż ośmiu nowych zawodników. Każdy z nich stał się fundamentem na swojej pozycji. W bramce Patrik Nechvatal, autor shutoutu w półfinale Pucharu Polski, w obronie Jiří Klimíček i Mariss Jass, który wykonuje świetną pracę nie tylko na lodzie, ale również w szatni, a gdy odchodził z Katowic nikt za nim nie wylewał łez. Podobno nie spełnił oczekiwań. W defensywie od niedawna hasa również jego rodak, Eriks Sevcenko. W spotkaniu z Energą zdobył swoją debiutancką bramkę w Polsce.

Nowymi w ataku jest duet najskuteczniejszych w PHL, czyli Marek Hovorka oraz Zack Phillips, a także 30-letni Słowak Roman Rác. Z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że każdy z wymienionych wyżej hokeistów okazał się wzmocnieniem drużyny. Dyrektor Leszek Laszkiewicz może nosić głowę wysoko. Ani jednej „wtopy” transferowej.

Tak właśnie powinno się budować zespół. Jeśli sprowadzasz zawodników zza granicy, to niech to będą klasowi gracze i nauczyciele dla miejscowych hokeistów, a nie tani zaciąg, o którym można jedynie marzyć, że coś pokaże.

– Myślę, że to kwestia tego, że jesteśmy naprawdę dobrymi zawodnikami – tak o postawie idealnej aklimatyzacji wszystkich nowych zawodników w Jastrzębiu mówił Phillips w rozmowie z naszą redakcją. – Jeśli do tego doda się ciężką pracę każdego dnia i mądrą taktykę serwowaną przez trenera, to można liczyć na sukces. Każdy z nas już z nie jednego pieca jadł chleb. Wiemy na czym polega rywalizacja. Jesteśmy głodni triumfów, mistrzostw. Mamy parcie na sukces.

Kanadyjczyk nie owija w bawełnę i mówi jasno, że on i jego koledzy mają odpowiedni warsztat, a to przekłada się na wyniki. Tacy zawodnicy są w stanie pokazywać, to czego się od nich wymaga już po relatywnie krótkim czasie wspólnych występów.

– Grałem w wielu ligach. Każdy klub to nowe doświadczenia i umiejętności – kontynuuje Phillips – To czego nauczyłem się przez lata, teraz oddaje w Jastrzębiu. To samo dotyczy innych zawodników, którzy doszli przed sezonem do JKH. Wystarczy spojrzeć na Hovorkę, czy Jassa.

Trener Róbert Kaláber ma wszystko dobrze poukładane. Wykonuje przemyślane ruchy, a co najważniejsze pokazał, że potrafi zapanować nad grupą dobrych i doświadczonych zawodników.

– Musimy jednak codziennie, ciężko i odpowiedzialnie pracować na sto procent, aby nie powtórzyć błędów z poprzednich lat, gdy po sukcesie pojawiał się pewien zastój spowodowany głównie plagą kontuzji – opowiadał w wywiadzie udzielonym klubowym mediom (jkh.pl). – Dlatego właśnie robimy wszystko, aby mieć możliwie szeroką i ograną kadrę. Z tego wynika rotowanie składem. Zmiany w trzeciej czy czwartej piątce nie są „karą” dla danego zawodnika, a rezultatem naszej strategii, której celem jest utrzymanie możliwie największej liczby chłopaków w meczowym tempie. Dzięki temu, jeśli ktoś nam wypadnie z tego czy innego powodu, automatycznie znajdziemy równie dobrze ogranego następcę.

Słowak wytłumaczył we wspomnianym wyżej wywiadzie, co się takiego stało, że przerwana została hegemonia tysko-krakowska. Jego zdaniem pełne otwarcie ligi na obcokrajowców było momentem zwrotnym, choć to nie stranieri stali się języczkiem u wagi tej sytuacji.

– Pełne otwarcie rozgrywek spowodowało, że dwa najbogatsze kluby, czyli GKS Tychy i Comarch Cracovia, nie mogą być już tak bardzo pewne gry w finale – tłumaczy Kaláber. – Przed epoką ligi open to właśnie Tychy i Cracovia skupowały najlepszych polskich zawodników, którzy „robili różnicę” w walce o medale. O ile pozostałe kluby mogły pozwolić sobie na pozyskanie świetnych obcokrajowców, to „rynek” wyróżniających się Polaków był siłą rzeczy zawężony. W rezultacie otwarcia ligi do walki o tytuł mogą włączyć się też inne kluby. Dziś o medalach decyduje nie budżet przeznaczony na reprezentantów Polski, ale odpowiednie poukładanie i zgranie zespołu.

Nie zapominajmy, że Słowak przez lata pracy w Jastrzębiu wychował sobie własne zastępy młodych, zdolnych zawodników. Wystarczy wspomnieć Jakuba Michałowskiego, Patryka Matusika, Dominika Jarosza, Patryka Pelaczyka, Jana Sołtysa, Kamila Wróbla, czy Damiana Pasia i Kamila Wałęgę, autorów akcji, po której padła bramka ustalająca wynik półfinałowego starcia z Energą. Wałęga rozegrał tego dnia fenomenalny mecz, a przy wspomnianej sytuacji najpierw wygrał pojedynek na buliku, a następnie pokonał Antona Svenssona.

Wracając na chwilę jeszcze do przedsezonowych wzmocnień JKH GKS-u nie sposób pominąć osobę Mateusza Bryka, który lideruje w defensywie. Jego powrót z Tychów okazał się dobrym ruchem, zarówno dla klubu, jak i indywidualnie dla 31-latka, który wyrósł na kluczową postać wśród obrońców PHL.

Jaka jest zatem recepta na sukces? Okazuje się, że chodzi o zgranie dwóch elementów. Do tej pory z tym zadaniem poradzili sobie jedynie w Jastrzębiu, co podkreślił Phillips, który podjął się również scharakteryzowania całej PHL.

Moim zdaniem styl prezentowany przez JKH to połączenie ciężkiej pracy i dużych umiejętności poszczególnych graczy – twierdzi Kanadyjczyk. – Mam wrażenie, że pozostałym zespołom brakuje zgrania tych dwóch elementów. Albo jeden, albo drugi kuleje i dlatego są za nami. Polska liga charakteryzuje się niezłą techniką i szybkością. Tutaj nie gra się tak jak w NHL, ECHL, czy w brytyjskiej ekstraklasie. Tamte rozgrywki są znacznie twardsze, jest w nich więcej walki.

Pytanie tygodnia: o co chodzi w Tychach?

W piwnym mieście dotarcie do finału rozgrywek to już tradycja. Regularnie dzieje się tak od sześciu lat, przy czym w ostatnim sezonie rozgrywek nie dokończono, ale to nie przeszkodziło tyszanom zgarnąć trzeci z rzędu tytuł mistrzowski.

Obronić go będzie bardzo trudno. Zespół z De Gaulle’a w tym sezonie nie przekonuje stylem gry, brakuje chemii i ogólnie rzecz biorąc klimat związany z drużyną jest ciężki. Trofea przechodzą koło nosa po kolei. Najpierw przegrane starcie o Superpuchar z JKH GKS-em, a teraz porażka 1:3 z Re-Plast Unią Oświęcim w półfinale Pucharu Polski. Oba wydarzenia miały miejsce we własnej hali.

GKS w starciu z biało-niebieskimi przeważał, strzelił nawet za sprawą Filipa Komorskiego gola otwierającego wynik, ale na końcu to goście unosili ręce w geście triumfu. Nie pomogła naprawdę aktywna postawa Patryka Wronki, który jak na przekór na początku sezonu zdobywał dużo punktów, a grał jak na niego „tak sobie”, a teraz prezentuje się świetnie, lecz nie powiększa dorobku. Licząc od 16 października reprezentant Polski zapisał na swoim koncie jedynie dwie asysty w starciu ze Stoczniowcem. Oczywiście nie można pominąć faktu, że przez miesiąc zmagał się  z kontuzją. W półfinale Pucharu Polski robił co mógł, jednak nie doprowadziło to do triumfu zespołu.

O ile atak tyszan jeszcze jakoś funkcjonuje, o tyle w obronie jest bardzo pasywnie i bez ikry. Defensorzy zachowują się mało aktywnie w swojej tercji, a goli wpada zdecydowanie za dużo. Do ich siatki zawędrowały już 64 krążki, co jest zdecydowanie najsłabszym wynikiem z całej czołowej czwórki ligi. Drugi najgorszy wynik w tym gronie ma JKH i wynosi on 50 bramek straconych. GKS jest słabszy nawet od szóstego w tabeli Tauron Podhala (56).

Całej sytuacji jest świadomy Krzysztof Majkowski, który objął stery w drużynie po odejściu Andrieja Gusowa. Świadomość to jedno, a znalezienie sposobu rozwiązania, to drugie. Szkoleniowiec stawiający pierwsze kroki w roli głównego trenera nie czuje się jednak niczym zaskoczony i twierdzi, że wie co robić, o czym wspomniał w wywiadzie dla klubowej telewizji.

Mistrzowie Polski starają się zaradzić nękającym ich problemom. W defensywie wprowadzili nowe twarze. Oprócz Fina Konsty Mesikämmena, zwanego po prostu Messim, pojawili się Brycen Martin i Marek Biro. Dla obu półfinał Pucharu Polski był oficjalnym debiutem w naszym kraju. Jak wiadomo pierwsze chwile bywają trudne i ta prawda sprawdziła się głównie w odniesieniu do Słowaka. 32-letni Biro mający na swoim koncie występy w kadrze narodowej naszych południowych sąsiadów nie mógł zapanować nad małym gumowym przedmiotem do gry w hokeja.

Martin jest graczem znacznie bardziej ofensywnym od Słowaka. Kanadyjczyk najbardziej lubi uderzenie spod niebieskiej i przekonał o tym już w sparingowych grach GKS-u przed pucharowym starciem. 24-latek z Calgary zapowiadał się na hokeistę poważnego kalibru. Korzystała z niego kadra narodowa Klonowego Liścia U16 i U17. Zbierał dobre recenzje w renomowanej juniorskiej WHL, czego efektem było wybranie go przez Buffalo Sabres w trzeciej rundzie draftu NHL w 2014 roku. Nigdy nie zadebiutował na taflach tej ligi. Przede wszystkim grywał w ECHL, czyli na trzecim poziomie zawodowego hokeja w USA. Jego przyjazd do Tychów rozpoczyna europejską część kariery tego zawodnika.

Wracając do postaci trenera Majkowskiego, wydaje się, że ktoś zbyt szybko wsadził go na niewygodnego konia, którym jest samodzielne prowadzenie drużyny GKS-u. Być może lepiej byłoby poterminować jeszcze trochę u boku doświadczonego szkoleniowca, a tak trzeba wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za sytuację, a przede wszystkim mieć na nią antidotum.  Póki co lekarstwa nie widać, a Majkowski solidaryzuje się ze swoimi podopiecznymi, mówiąc, że nie ma pretensji o przegraną. Tymczasem pretensje mają kibice, którzy wprost żądają trenerskiej głowy.

Nerw tygodnia: klątwa kroczy za nim przez świat

Oświęcimianie drugi rok z rzędu pozbawili tyszan na etapie półfinału złudzeń o zdobyciu Pucharu Polski. Ponownie kamieniem węgielnym tego triumfu była bardzo dobra postawa Clarke’a Saundersa w bramce.

Biało-niebiescy dzięki kanadyjskiemu golkiperowi przetrwali nawałnicę gospodarzy, a do tego zadawali rywalom ciosy w momentach, które mocno podcinały im skrzydła. Daniłł Oriechin szybko doprowadził do remisu po trafieniu Komorskiego, natomiast Luka Kalan strącił krążek po strzale Patryka Noworyty zaledwie 14 sekund przed rozpoczęciem drugiej przerwy. Po tym ciosie mistrz Polski już nie wstał.

Z boksu dla rezerwowych na wszystko spoglądał z charakterystycznym luzem Kevin Constantine. Guma do żucia to jego nieodzowny atrybut. 61-latek cały czas uczy się polskiego hokeja, obserwuje, zbiera informacje, ale jak widać potrafi zadbać o wygrane Unii.

61-letni były trener San Jose Sharks, Pittsburgh Penguins i New Jersey Devils to nie jest jednak dobry wujaszek, który pogłaszcze po głowie i da cukierka. Podobno na treningach przy Chemików 4 potrafi być głośno, gdy Jankes się zdenerwuje.

Ale to co go najbardziej irytuje, to łatka, którą przyszyto mu jeszcze w czasach pracy w NHL. W świadomości Amerykanów i Kanadyjczyków Constantine jest trenerem preferującym defensywny styl gry, wręcz specjalistą od takiego właśnie hokeja.

–  Kiedy słyszę, że jestem trenerem preferującym defensywny styl gry, to nie ukrywam, że aż wszystko w środku mi się podnosi – oznajmił w rozmowie z nami. – Jest to jakaś łatka przypięta do mnie i utrwalana przez lata. Nigdy nie było tak, że wchodziłem do szatni i tłukłem zawodnikom do głowy dzień po dniu, że mają skupić się tylko na obronie. Uważam, że istotny jest właściwy balans pomiędzy ofensywą, a defensywą.

Jak na razie faktycznie nie widać, żeby Unia pod jego wodzą zmieniła mocno swój styl i pilnowała szczególnie swoich tyłów. To co widać, to poprawę gry Saundersa, co może być wynikiem tego, iż Constantine jest byłym bramkarzem, a zatem trafił swój do swego.

Koguty tygodnia: pokrzyczeli i poszli każdy w swoją stronę

Pracowicie przerwę w rozgrywkach spędzają hokeiści Tauron Podhala. Szarotki zdążyły już rozegrać trzy starcia sparingowe. Odwiedzili naszą narodową kadrę juniorów w Tychach, gdzie w pierwszym dniu spotkała ich niemiła niespodzianka ze strony zdolnej młodzieży, ale nazajutrz zafundowali Orlętom srogi rewanż. 8:1 mówi wszystko. Hat-trickiem popisał się Alexander Pettersson, a po dwa trafienia zanotowali Adrian Gajor i Timo Hiltunen.

Szwed z Finem wsparci Bartłomiejem Neupauerem okazali się nie do zatrzymania dla hokeistów Ciarko STS-u Sanok. Podkarpaccy hokeiści dostali w Nowym Targu solidne baty. Podopieczni Gusowa triumfowali 7:1, a spotkanie zakończyło się ostrą pyskówką obu szkoleniowców.

Marek Ziętara, znany z krewkiego charakteru wykrzykiwał w stronę swojego białoruskiego kolegi obelgi z tytułu tego, że Gusow zezwala zawodnikom na grę nie fair. Oczywiście były szkoleniowiec tyskiego GKS-u nie pozostał mu dłużny i poinformował go, co o tym myśli. Dobrze, że wszystko odbywało się z zachowaniem dystansu społecznego i to w odległości znacznie większej niż zalecana przez epidemiologów. Inaczej mogłoby nie skończyć się tylko na słowach. Bezpośrednim zarzewiem konfliktu był atak Michala Vachovca na głowę Eemeliego Pippo, po którym Fin doznał wstrząsu mózgu.

Mecz tygodnia: żonaci kontra kawalerowie

W grudniu w Nowym Targu działo się bardzo dużo, pomimo, iż rozgrywki ligowe wyhamowały do zera na ponad pół miesiąca. Jednym z wydarzeń był powrót na lód w roli zawodników, Gusowa i Tomka Valtonena, byłego trenera Szarotek. Okazja była szczególna i zacna, bo owiana ponad 80-letnią tradycją. Tak długo już kultywuje się na Podhalu wigilijne potyczki hokejowe pomiędzy żonatymi, a kawalerami.

W obu zespołach pojawili się nie tylko czynni zawodnicy, ale również działacze z prezesem Marcinem Jurcem na czele oraz grono sponsorów. W składzie poważne roszady. Gajor zajął miejsce między słupkami, choć to nominalny obrońca, a Paweł Bizub zdjął parkany, poszedł do ataku i strzelił cztery gole.

Martwi tylko, dlaczego Valonenowi przyprawiono pokaźne rogi. Biorąc pod uwagę, co to oznacza w przypadku żonatych mężczyzn, to nie zazdrościmy, ale szczery uśmiech na twarzy poprzedniego selekcjonera naszej kadry narodowej uspokaja, że chyba jednak nie należy wyciąg zbyt pochopnych wniosków z jego nowego atrybutu.

foto (x2): Andrzej Pabian / sportowepodhale.pl

Nazwiska tygodnia: NHL znają lepiej niż własną kieszeń

Sezon zasadniczy kończy się 19 lutego, a zatem najwyższy czas dozbroić drużyny przed play-offami. Lepszego czasu niż długa przerwa grudniowa już nie będzie. Z takiego założenia wyszło kilka zespołów zamierzających bić się o koronę mistrza Polski. Nowe twarze pojawiły się w Tychach, o czym już wspomniałem, ale także w Oświęcimiu, Krakowie i Katowicach.

Dwóch przybyszów to znajomi Alana Łyszczarczyka. Unia sięgnęła po 23-letniego napastnika Bretta McKenziego, który zaprezentował się z bardzo dobrej strony w półfinale Pucharu Polski, zaliczając pierwszy punkt w europejskim hokeju. Dla zawodnika z Ottawy był to debiut na Starym Kontynencie. W poprzednim sezonie występował razem z Łyszczarczykiem i Martinem (GKS Tychy) w Fort Wayne Komets w ECHL, gdzie był wiceliderem wszystkich najważniejszych statystyk ofensywnych. McKenzie cztery lata temu został wybrany przez Vancouver Canucks w drafcie NHL.

Mariusz Sibik, prezes Unii poszedł za ciosem i sięgnął po prawdziwy hit jak na polskie realia. Chcąc wzmocnić obronę zaprosił do współpracy Victora Bartleya. To kolejny hokeista z Ottawy. Postarał się o chińskie obywatelstwo, co jest bardzo istotne w kontekście możliwości startu na olimpiadzie w Pekinie. 32-latek przez pięć sezonów śmigał po taflach NHL, gdzie zaliczył 121 meczów. Prawie wszystkie rozegrał w barwach Nashville Predators, ale był też krótki epizod w Montreal Canadiens. To typ zawodnika o innej charakterystyce niż na przykład Ryan Glenn, który solidnie punktuje i udziela się w ofensywie biało-niebieskich. Bartley w NHL zdobył tylko 23 punkty, strzelając jedną bramkę. Wygląda na to, że Unia wreszcie pozyskała defensywnego obrońcę, który na swoim koncie ma również dwa sezony w KHL i jedną kampanię w szwedzkiej SHL.

To nie koniec NHL-owców w naszej lidze. Swój czteroletni epizod z najlepszą ligą świata miał Jeremy Welsh. W tym czasie zdołał rozegrać tylko 27 gier, ale co ciekawe zdołał się zapisać w annałach renomowanych rozgrywek. Jest posiadaczem osobliwego rekordu finansowego NHL, który zaprezentujemy szerzej w oddzielnym tekście.

Świąteczne zakupy Pasów to nie tylko Welsh. Krakowianie pozyskali również innego napastnika zza oceanu. 28-letni David Goodwin odniósł sporo sukcesów w hokeju akademickim i na tym zakończył amerykańską część kariery. To co ważne dla Cracovii, to fakt, że środkowy z St. Louis jest wypróbowanym „towarem” na rynku europejskim. Przez dwa sezony grał w fińskiej Liidze, co zawsze wiązało się z dorobkiem punktowym w okolicach 30 „oczek” i co najmniej 10 trafieniami.

Rośnie fińska kolonia w Katowicach. Do trzech zawodników, którzy już znajdowali się w kadrze GKS-u dołączył Jyri Marttinen. To obecnie najstarszy gracz w talii Andrieja Parfionowa. O jego karierze można by pisać wiele, ale ja zaznaczę dwa wydarzenia. Sześć lat temu dostąpił zaszczytu wyjazdu z Suomi na mistrzostwa świata elity. Doszło do tego rok po zdobyciu mistrzostwa kraju z Ässät Pori. Marttinen w szóstej grze serii finałowej postawił kropkę nad „i” sukcesu klubu, w którym spędził blisko siedem edycji. Defensor z Jyväskyli zabrał się z krążkiem zza własnej bramki, przemierzył z gumą całe lodowisko i zdobył mistrzowskiego gola.

Trzeba podkreślić, że ciekawi zawodnicy zaczynają trafiać do PHL. To są nazwiska o klasę lepsze niż te, do których zdążyliśmy przyzwyczaić się w przeszłości. Przeciętni grajkowie zagraniczni zaczynają być gośćmi niepożądanymi. Słabe w tym sezonie Zagłębie Sosnowiec szybko zrezygnowało ze swoim zaoceanicznych „wzmocnień” w osobach Lucasa Bombardiera i Cody’ego Portera. Szczególnie cieszy powrót do ustawienia z dwoma polskimi golkiperami, którzy są „towarem deficytowym” w reprezentacji i należy zapewnić im jak najwięcej gry.

Pechowcy tygodnia: kości strzelają

W Katowicach nie ma mowy o pełnej radości, gdyż z jednej strony jest Martinnen, a z drugiej ze składu wypadł na półtora miesiąca Patryk Wajda. To efekt złamanej kości w stopie podczas jednego z treningów.

Fin zdążył już nawet zaliczyć jeden występ w GieKSie. Okazją do tego był sparingowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec wygrany przez katowiczan 5:3. Oprócz Marttinena w składzie pojawił się młody Karol Sterbenz korzystający z bardzo długiej przerwy w austriacko-węgierskiej ekstraklasie U20, gdzie notował w tym sezonie świetne wyniki w barwach akademii Okanagan Hockey Club Europe. 17-letni wychowanek Naprzodu Janów jest współliderem klasyfikacji punktowej klubu z St. Pölten. Sterbenz swój epizod w GieKSie okrasił golem.

W barwach Zagłębia zameldowali się na tafli Rusłan Baszyrow i Aleksandr Rodionow, czyli duet starający się o angaż w Tauron Podhalu. Póki co, sosnowieckim działaczom udało się zażegnać pożar i Rosjanie zostali w ich szeregach. O ile Rodionow nie zdążył się jeszcze zapisać złotymi zgłoskami w Zagłębiu, o tyle Baszyrow to najskuteczniejszy gracz tej ekipy.

Pech dopadł nie tylko defensywę GKS-u Katowice, ale również ich imiennika z Tychów. Kontuzja łąkotki wyeliminowała z udziału w Pucharze Polski Michała Kotlorza. Kapitan Trójkolorowych w ostatnich dniach roku przeszedł zabieg medyczny i teraz pozostaje jeszcze czas rehabilitacji. Do gry powinien być gotowy za miesiąc.

Kwestie zdrowotne to bieżący i gorący temat w Nowym Targu. Wykurowali się Kacper Guzik i Oskar Jaśkiewicz, ale wciąż w niedyspozycji znajduje się Damian Tomasik, który przechodzi obecnie rehabilitację po zerwaniu więzadeł w kolanie. Dołączył do niego niestety Mateusz Bepierszcz. Absencja tego napastnika to kwestia kilku tygodni. Kontuzji kolana nabawił się w ostatnim meczu ligowym przed przerwą w rozgrywkach. Przypomnijmy, że hokeiści wracają na tafle PHL już 5 stycznia.

Atmosfera tygodnia: w nowy rok w nowym klubie

Przed sezonem emocjonowaliśmy się szansą jaka stanęła przed Marcinem Koluszem, po którego sięgnął Vaasan Sport z fińskiej ekstraklasy. To bardzo rzadki obrazek, że zespół z tak renomowanych rozgrywek zatrudnia zawodnika znad Wisły. W przypadku byłego kapitana reprezentacji Polski zadziałały bardzo pochlebne recenzje Valtonena oraz znajomość tego hokeisty przez Risto Dufvę, trenera konsultanta za czasów polsko-fińskiego selekcjonera kadry, a później przez kilka miesięcy szkoleniowca katowickiego GKS-u.

Niestety Kolusz w Liidze to już historia zapisana zaledwie dziewięcioma spotkaniami i dwiema asystami. Polak długo zmagał się z kontuzją, a później wydawało się, że przed nim już tylko dobre chwile na północy Europy. W ostatnich dniach roku wystrzeliła informacja o rozwiązaniu kontraktu za porozumieniem stron, gdyż 35-latek tęskni za rodziną i chcę być blisko ukochanych osób.

Jego dobry kolega z Szarotek, Krystian Dziubiński jest jedną z gwiazd białoruskiej Parimatch Extraligi. Indywidualnie Polak może być zadowolony ze swoich osiągnięć, ale forma Niomana Grodno pozostawia wiele do życzenia. Zespół w trakcie sezonu objął Andriej Sidorienko, były trener Unii Oświęcim i naszej kadry narodowej.

Po ostatnim meczu w tym roku Rosjanin został zapytany na konferencji prasowej wprost o doniesienia głoszące, iż lider klubowej klasyfikacji rankingu +/- i pierwszy na liście asyst, wraca do ojczyzny. Sidorienko lekko się wzburzył, po czym szybko wyjaśnił, że nie wie skąd biorą się takie plotki. W jego opinii Dziubek przyjeżdża do Polski, ponieważ chce zobaczyć się z rodziną i zaliczyć zaległe święta w czasie, których musiał być do dyspozycji białoruskiego klubu. Tłumaczenie bardzo logiczne, a czy prawdziwe, to okaże się w najbliższym czasie.

/

NHL w PL rozpoczyna sprzedaż kolejnego Skarbu Fana NHL w wersji papierowej. W nowym Skarbie Fana znajdzie się około 110 stron składających się z opisów 31. drużyn, które przystąpią do zmagań, a w nich: zaktualizowane składy, uwypuklone transfery i statystyki, nasze prognozy i analizy. Wejdź i zamów, nakład mocno limitowany!

Zamów “papierowy” Skarb Fana NHL na sezon 2021!