W kraju nad Wisłą wybuchło w mediach sportowych niemałe poruszenie, bowiem zawitał do nas trener z solidną przeszłością w NHL. Kevin Constantine objął drużynę Re-Plast Unii Oświęcim. Pora zatem przybliżyć postać tego szkoleniowca. Amerykanin do dziś cieszy się sporym szacunkiem kibiców San Jose Sharks. Dokonał dla tego klubu rzeczy historycznej.

Cudotwórca

Rekiny mają za sobą 28 sezonów w NHL. W tym czasie drużynę prowadziło tylko siedmiu trenerów, nie licząc tak zwanych opcji tymczasowych. Jednym z head coachów kalifornijskiej ekipy był pochodzący z Minnesoty, Constantine.

Właściciele młodej organizacji byli zdegustowani faktem, że zespół w swojej drugiej kampanii wlókł się gdzieś w ogonach ligowej tabeli, więc postanowili dokonać zmiany na stanowisku trenerskim. Padło na Constantine’a, który był im znany, bowiem prowadził filialny zespół tego klubu.

O ile Sharks nie zaliczyli jakiegoś olśniewającego wejścia do NHL, to już Kansas City Blades w IHL pod wodzą bohatera tej opowieści, tak. W swoim premierowym sezonie w Ostrzach Amerykanin wywalczył Puchar Turnera i został wybrany trenerem roku za co otrzymał Trofeum Komisarza.

Pod dowództwem Constantine’a Rekiny doznały niesamowitej metamorfozy. Sezon 1993/94, skończyły z dorobkiem o 58 punktów większym niż w drugiej kampanii w ich historii w NHL. Coach z Minnesoty był wynoszony pod niebiosa. Zespół zaczął wreszcie grać. Cóż, trzeba przyznać jasno i otwarcie, że do Polski przyleciał rekordzista najlepszej ligi świata. Nigdy przedtem, ani potem, żaden z trenerów nie wpłynął tak mocno na wynik zespołu, porównując jego dorobek sezon do sezonu.

Pod koniec kampanii Rekiny miały serię dziewięciu gier bez porażki. Podczas tego zwycięskiego pochodu największe wrażenie zrobił mecz, w którym Sharks przegrywali 1:3 z Toronto Maple Leafs, a zdołali zakończyć go triumfem 5:3. Na koniec fazy zasadniczej Kalifornijczycy mieli bilans 33-35-16. Warto zaznaczyć, że w dwóch pierwszych edycjach potrafili łącznie wygrać zaledwie 28 gier.

Constantine spełnił marzenia fanów i właścicieli Sharks, wprowadzając ten klub pierwszy raz w jego dziejach do play-offów. Stało się to w jego debiutanckiej kampanii w NHL. Sukces trenerskiego rookie został dostrzeżony i nagrodzony nominacją do Nagrody Jacka Adamsa przyznawanej najlepszemu head coachowi NHL. Constantine znalazł się w ścisłym gronie finalistów.

Wszyscy – słowo to nie jest nadużyciem w tym miejscu – przypuszczali, że faza pucharowa dla Kalifornijczyków zakończy się bardzo szybko. Nie mogło być w zasadzie inaczej, skoro naprzeciwko stanęły „potwory” z Detroit, mistrzowie Konferencji Zachodniej z wynikiem 100 punktów. Rekinki zgromadziły tylko 82 „oczka” i weszły z ostatniego miejsca.

Seria była trenerskim pojedynkiem legendarnego Scotty’ego Bowmana z debiutantem z Minnesoty. Zdziwienie wzbudził fakt, że rywalizacja zabrnęła aż do siódmego starcia. A to co się tam działo przeszło do historii Sharks na zawsze. W 47. sekundzie Johan Garpenlöv dał prowadzenie gospodarzom, a na 2:0 podwyższył Siergiej Makarow. Red Wings dogonili rywali, ale w 54. minucie Jamie Baker sprawił, że sensacja stała się faktem. Komentator telewizyjny oznajmiał, że doszło do cudu. Taki wymiar miało tamto zwycięstwo.

Sharks odpadli w kolejnej rundzie, ale tanio skóry nie sprzedali, bo Maple Leafs potrzebowali aż siedmiu gier, żeby ich wyeliminować. W następnej kampanii Rekiny znów zameldowały się w play-offach i zaliczyły kolejną wygraną. Tym razem nad Calgary Flames. Stało się to w rywalizacji na pełnym dystansie z golem Raya Whitneya w drugiej dogrywce. Constantine nie przypuszczał wtedy, że to właśnie klub z Alberty przyjmie go, po tym jak skończy się jego przygoda w Kalifornii. Ale w Płomieniach nigdy nie był głównym trenerem, a jedynie asystentem Pierre’a Pagé.

O Constantinie pamiętają w San Jose do dziś. Na 61. urodziny trenera historycy klubu złożyli mu najserdeczniejsze życzenia za pośrednictwem Twittera.

Dziennikarze szanowanego The Athletic w swoim zestawieniu największych ulepszeń w dziejach każdego z klubów, w przypadku ekipy z San Jose jako wydarzenie numer jeden wybrali powierzenie zespołu w ręce Constantine’a, który był jej drugim coachem w dziejach.

W paszczy rekina

Amerykanin w Sharks nie tylko miał dni wielkiej chwały. Początek żadnego z trzech sezonów pod jego wodzą nie wyglądał dla klubu dobrze. W debiucie zaczął od bilansu 12-20-9, czyli od wywalczenia zaledwie 40 procent punktów, co jest czwartym najgorszym startem w dziejach Rekinów. Dosłownie odrobinę lepiej było w 1995, kiedy kampania była skrócona do 48 gier, a Constantine zaczął od 9-13-2. Najgorzej wyszło w edycji 1995/96. Po 25 meczach trener stracił pracę, a zastąpił go Jim Wiley. Pod wodzą Constantine’a zespół osiągnął wtedy bilans 3-18-4 i miał na koncie mniej niż jedną czwartą możliwych do wywalczenia punktów.

Drugi trener w dziejach Sharks oprócz bycia tym, który otworzył przed zespołem rozdział pod nazwą play-off, dostąpił jeszcze jednego historycznego zaszczytu. To właśnie on zakomunikował pewnego dnia w szatni, że w nowej hali przy okazji każdego meczu będzie ceremonia jakiej nikt w NHL jeszcze nie widział.

Constantine stanął na środku i zaczął opowiadać o potężnej paszczy rekina, przez którą zawodnicy wyjeżdżać będą na lód. „Hmm, chłopaki jest coś co powinniście wiedzieć. Chcę was uprzedzić, ponieważ kiedy wyjdziemy z tunelu, to będzie tam taka ogromna głowa rekina z otwartą paszczą całą wypełnioną dymem. No i my przez tą paszczę wyjedziemy na lód. Bardzo was proszę o ostrożność, żeby nikt nie zagubił się w tym dymie, nie skręcił za szybko, albo nie potknął się o zęby tego stwora” ostrzegał Constantine, a Arturs Irbe, Sandis Ozolins, Igor Łarionow i reszta zawodników siedzieli i patrzyli na trenera z niedowierzaniem, bowiem taka oprawa przedmeczowa była w tamtych czasach absolutną nowością.

Wspominając Łarionowa, na myśl przychodzi zaraz anegdotka, którą kiedyś rozbawił całą ekipę Sharks podczas jednej z przemów Constantine’a. Mistrz defensywnej taktyki wykładał właśnie swoim podopiecznym jak ważna jest gra w obronie i jakie cudowne korzyści może przynieść zespołowi, a w tym momencie Rosjanin zaczepił go “Kevin, Kevin”. Trener rzucił tylko “Co Igor?”, a przybysz zza żelaznej kurtyny i doskonały napastnik wypalił: “Najlepsza defensywa jest wtedy jak mam krążek i pędzę na bramkę”.

Z Jágrem było mu nie po drodze

W 1997 roku Constantine został trenerem Pittsburgh Penguins. Dziennikarze The Athletic ocenili go jako siódmego najlepszego szkoleniowca, który pojawił się w klubie z Pensylwanii w zestawieniu TOP 10 ever.

Jeżeli chodzi o liczby z dwóch pełnych sezonów i części trzeciego, to zespół pod jego wodzą osiągnął bilans 86-64-35 w fazie zasadniczej oraz 8-11 w play-offach. Największym zarzutem kierowanym w stronę Amerykanina była ultra defensywna taktyka oraz posunięta do granic wytrzymałości sztywna organizacja gry. To nie był styl, którego akceptacji można było spodziewać się w Pittsburghu. Kapitanem Pingwinów w tamtym czasie był legendarny Jaromír Jágr, a Czech nie pałał miłością do coacha z Minnesoty i specjalnie tego nie ukrywał.

W debiutanckiej edycji 1997/98 Constantine doprowadził zespół do mistrzostwa dywizji. Był to moment szczególny, bowiem rok wcześniej Mario Lemieux ogłosił swoje pierwsze zawieszenie łyżew na haku, a dla kibiców oznaczało to koniec pewnej ery. Tym bardziej tak dobry wynik zrobiony bez klubowej ikony został mocno doceniony.

W play-offach Penguins zaprezentowali się w 1998 naprawdę słabo. W pierwszej rundzie wyeliminowali ich w serii 2-4 Montreal Canadiens, zaledwie siódmy zespół Wschodu po fazie zasadniczej. Wracając do regular season, Pingwiny miały w nim czwarty wynik w całej lidze pod względem ilości gier w przewadze. Aż 407 razy występowali w takim układzie i strzelili 67 goli, co było szóstym rezultatem tamtej kampanii. To co było zatrważające, to liczba 16 bramek straconych w czasie powerplay. Tak złego wyniku nie zanotowała żadna z pozostałych ekip.

Trzeba przyznać, że taktyczne zagrywki Amerykanina przysparzały niekiedy kibicom Pens siwych włosów na głowach. Do historii przeszła akcja z 4 grudnia 1997, gdy Pingwiny we własnej hali podejmowały New Jersey Devils. Diabły po dwóch tercjach prowadziły już 3:0, co chwilę ktoś siedział na ławce kar, w tym oczywiście nasz Krzysztof Oliwa występujący wtedy w Devils. To nie był dzień Pingwinów. Na 12 minut przed końcem sędziowie odesłali na przymusowy odpoczynek Lyle’a Odeleina z ekipy gości. Przed Pens otworzyła się szansa strzelenia pierwszego gola. Wedy Constantine zaskoczył wszystkich. Zagrał va banque, ściągnął z bramki Toma Barrasso, choć pozostawało jeszcze ponad pół tercji, wprowadził kolejnego napastnika i rozpoczęła się gra sześciu na czterech. Pomysł trenera szybko został skarcony. Bobby Carpenter trafił do pustej, a Pingwinom wciąż pozostało dużo czasu do odrabiania strat, z tym, że zamiast trzech bramek musieli już nadrobić cztery. Skończyło się tak, iż Martin Brodeur wyjeżdżał z Pensylwanii z czystym kontem.

 

W 1999 roku Penguins, w drugim sezonie pod wodzą Constantine’a weszły z ostatniego miejsca do fazy pucharowej, trafiając na mistrzów Konferencji Wschodniej, czyli New Jersey Devils. Diabły miały w dorobku 105 punktów, a ekipa z Pittsburgha tylko 90. Coach z Minnesoty wiedział, że pokonanie jedynki w play-offach jest możliwe. Dokonał już tego w San Jose. Ku zdziwieniu wszystkich wyczyn ten powtórzył również  w Pensylwanii. Tego nie spodziewał się nikt, a jednak on tego dokonał. To jedyny trener w dziejach NHL, który dwukrotnie z zespołem rozstawionym pod ósemką wyeliminował na starcie fazy pucharowej najlepszą ekipę w całej konferencji.

Po kilku miesiącach od tamtych wydarzeń Constantine był już poza klubem, a jego miejsce zajął Herb Brooks. Tak jak w przypadku zwolnienia z Sharks, tutaj również zadecydował słaby początek sezonu. Pingwiny miały bilans 8-10-3-4, a właściciele postanowili spróbować z innym modelem gry, bardziej do przodu, a mniej defensywnie.

Ostatni przystanek w piekle

Ostatnim przystankiem Constantine’a w NHL byli New Jersey Devils. Zatrudnili go w sezonie 2001/02 jako opcję ratunkową za Larry’ego Robinsona, który meldował się z Diabłami w ligowych finałach w dwóch poprzednich kampaniach, jedną kończąc z Pucharem Stanleya. Wiadomym było, że chodzi o grę o najwyższe cele i nikt tego nie ukrywał. Zadanie było trudne, ale okazało się, że Constantine poradził sobie z nim całkiem nieźle, kończąc regular season z dorobkiem 20-8-2-1. Jeden z najlepszych meczów pod wodzą tego coacha Diabły rozegrały w Dallas rozbijając gospodarzy 3:0, choć spotkanie było bardzo wyrównane. Kolejny raz objawił się bowiem kunszt defensywny Amerykanina.

Niestety sen prysł z play-offach i drużyna mająca Martina Brodeura w bramce oraz aspiracje gry trzeci raz z rzędu w finale, potknęła się boleśnie już na pierwszej przeszkodzie, stając się początkową ofiarą Cinderella Story, czyli opowieści o tym jak Carolina Hurricanes niespodziewanie znaleźli w walce o Puchar Stanleya.

Nie tego oczekiwano w Newark. Ktoś musiał zapłacić za to niepowodzenie. Padło na Constantine’a, gdyż właścicielom zamarzyło się ściągnąć prawdziwą gwiazdę trenerską, trzykrotnego triumfatora Nagrody Jacka Adamsa, Pata Burnsa.

Nadszedł czas, w którym Constantine powrócił do juniorskiego hokeja. Objął drużynę Everett Silvertips w słynnej lidze WHL. 15 lat wcześniej został mianowany asystentem głównego szkoleniowca w kadrze narodowej U20 Stanów Zjednoczonych. Po tym jak podopieczni Steve’a Cedorchuka zaliczyli blamaż na przełomie 1989/90, Constantine został ogłoszony jej head coachem. W pamiętnych mistrzostwach świata w Helsinkach Amerykanie zdołali wygrać jedynie 3:2 z Polską, która zajęła ostatnie miejsce z kompletem siedmiu porażek. Ale w następnym roku już pod przewodnictwem naszego bohatera, Jankesi w kanadyjskim Saskatoon byli o krok od medalu, a w świętej wojnie z Klonowymi Liśćmi zanotowali cenny remis 4:4.

Pierwszy taki w Lidze Azjatyckiej

Constantine na skutek braku ciekawych ofert z klubów USA i Kanady zmuszony został szukać zatrudnienia w Europie. Na stary kontynent dotarł w 2010 roku i zabrał się za trenowanie francuskiego Ducs d’Angers, ale szybko skorzystał z okazji przeniesienia się do znacznie prestiżowej szwajcarskiej NLA.

HC Ambri-Piotta najlepsze lata mieli już dawno za sobą, w związku z czym Amerykaninowi w każdej z kampanii przychodziło walczyć o utrzymanie zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej. W końcu Constantine zdecydował się wrócić do ojczyzny, gdyż pojawiła się szansa ponownego szkolenia Silvertips w lidze WHL, gdzie pamiętali jak wprowadził ich zespół w pierwszym roku istnienia do finału ligi. Przez cztery lata drugiej części przygody Constantine’a z WHL, ekipa z Everett zawsze meldowała się w play-offach, ale bez większych sukcesów. Amerykanin przychodził do Silvertips zastąpić Marka Fernera, któremu zarzucany zbyt defensywny styl gry. Eksperci nie rozumieli tego posunięcia. „Dyrektor Garry Davidson chce, żeby drużyna grała ofensywnie i z wysokim tempem, a tymczasem zatrudnia faceta, który uchodzi za specjalistę od hokeja defensywnego” pisała lokalna prasa.

W 2017 roku wybuchła bomba medialna, nakręcana zbliżającymi się Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w Pjongczang. W Lidze Azjatyckiej pojawił się pierwszy w jej dziejach trener z przeszłością w NHL. Tak, to prawda. Constantne zdecydował się objąć południowokoreański Daemyung Killer Whales. W daleką podróż udał się wraz z trenerem przygotowania fizycznego Billem Murrayem, który dwukrotnie z Devils zdobył Puchar Stanleya.

Cóż to był za psikus losu. Trener lubujący się w defensywnych gierkach, wierzący, że właśnie obroną zdobywa się wszystkie trofea trafił do ligi małych, zwinnych i szybkich, którzy nastawieni byli na morderczo wykańczające ataki z założeniem taktycznym, że trzeba strzelić więcej niż przeciwnik i wtedy będzie dobrze.

Orki przed jego przybyciem zaliczyły 37 przegranych za zero punktów w sezonie obejmującym 48 gier. Pod wodzą Amerykanina w ciągu trzech lat uzbierały bilans 41-38-7-12 i dwukrotnie zameldowały się w play-offach.

Jeden z jego podopiecznych, Kim Bum-Jin wspomina, że trener gdy przyjechał do nich, był szczerze przerażony, a na zajęciach zachowywał się jak tygrys. Za to poza lodowiskiem był wyluzowanym facetem. Bo w istocie Constantine to bardzo miły facet w obejściu.

Czego mogą spodziewać się w Oświęcimiu?

61-latek jest wyznawcą ciekawej maksymy. „Największym darem, jaki może wypłynąć od trenera do zawodników jest pomoc w nauczeniu się czegoś, co im po prostu pomoże. Wierzę, że wyzwania, które stawiam przed moimi zawodnikami sprawiają, iż zmienia się ich życie i to w każdym aspekcie, nie tylko hokejowym” opowiadał zaraz po przylocie do Korei Południowej.

Zdradził wtedy, iż kluczem do odwrócenia stylu drużyny, która ciągle przegrywa, jest zaszczepienie zawodnikom mentalności przywódców, a sztab trenerski jest po to, aby zarazić resztę drużyny prawdziwą pasją oraz pokazać jak wspaniałą rzeczą zajmują się codziennie, uprawiając hokej.

Dla Constantine’a miernikiem wykonania zadania nie jest zdobyty puchar, czy wywalczone mistrzostwo. „Ja odczytuję sukces inaczej, a mianowicie odpowiadając sobie na pytania: Czy dajemy z siebie maksimum? Czy możemy być jeszcze lepsi? Dążę z moimi zawodnikami do doskonałości. Zrób o najlepiej jak potrafisz. Taki jest mój cel” wyjawił trener.

Unię czeka na pewno wiele zmian, gdyż Amerykanin uważa, że wyzwanie jakie przed nim jest stawiane niezależnie od rodzaju rozgrywek, to zbudowanie „wysokiego budynku”, a to wymaga solidnych fundamentów. „Nauka gry we właściwy sposób jest sposobem na stworzenie prawdziwego skutecznego teamu” tłumaczy trener zza oceanu.

Ten właściwy sposób, to nieustanna walka i gotowość, aby umrzeć za drużynę. „Hokej to sport wojowników. To wojna i rywalizacja. Zanim przejdziesz do prezentacji umiejętności, musisz mi pokazać jak pracujesz i na ile jesteś w stanie rywalizować” te słowa są konkretną wskazówką dla biało-niebieskich, aby widzieć jak ułożyć swoje relacje z nowym szkoleniowcem.

„Uratował mi życie”

Constantine zawsze przedkłada dobro drużyny nad indywidualne popisy, co sprawia, że niełatwo go zachwycić, ale rozumie także siłę liderów, którą otrzymuje cały zespół. „Staram się stworzyć taki styl gry, aby cały zespół stał się mocniejszy, a nie tylko poszczególni gracze w konkretnych meczach” tłumaczy trener. „Jednocześnie zostawiam miejsce na rozwój talentów i indywidualne umiejętności” dodaje.

Kapitan Daemyung Killer Whales, obrońca Kim Bum-Jin wspomina, że dla jego byłego szkoleniowca każdy szczegół na lodzie ma znaczenie. Jeżeli zauważy, iż coś nie funkcjonuje na najwyższym możliwym poziomie, to zaraz stara się wdrożyć konkretne ćwiczenia, aby wprowadzić w życie zasadę „każdego dnia stajemy się coraz lepsi”.

Constantinowi chodzi o to, żeby jego zawodnicy zafascynowali się hokejem i zobaczyli, że zmiany są możliwe, przez co ich poziom pasji oraz zadowolenia pójdzie w górę, a to przełoży się na wyniki.

Jednym z największych beneficjentów pracy z tym szkoleniowcem jest Joel Ward, który w NHL spędził 11 sezonów, będąc zawodnikiem Nashville Predators, Washington Capitals i Rekinów z San Jose. Jego debiut na taflach najlepszej ligi świata miał jednak miejsce w innym zespole, a mianowicie w Minnesota Wild. Było to 11 meczów z jednym punkcikiem za asystę. Przygoda zakończyła się szybką ponowną relegacją w szeregi farmerskich Houston Aeros.

Ward dokończył tam sezon 2006/07, tracąc nadzieję, na to, że nadaje się do gry na wyższym poziomie. W następnej kampanii w Houston pojawił się Constantine, który zrobił z ciemnoskórego napastnika najlepszego strzelca i najskuteczniejszego w zespole. Ward od następnego sezonu był już podstawowym graczem Predators i rozpoczął na dobre swoją karierę w NHL.

Kanadyjczyk nie ma najmniejszych wątpliwości jakim szczęściem od losu było zetknięcie się z Constantinem. „Ten facet uratował mi życie. Tak, naprawdę uratował moją karierę. Byłem załamany po tym, jak nie potrafiłem utrzymać się w składzie Wild, ale on pokazał mi, co to znaczy być profesjonalistą i wyszkolił mnie na zawodnika formatu NHL” otwarcie wyznaje jeden z trzech najlepszych hokeistów Kanady na mistrzostwach świata w 2014 roku.