Początek dnia: Niuch i pięści w ruch. A potem porażka
Brady Tkachuk wiedział dokładnie, co robi, gdy sekundę przed pierwszym wznowieniem sięgnął po sole trzeźwiące, wciągnął głęboko powietrze, a następnie rzucił rękawice na lodowisko Lenovo Center wprost przed nosem Jordana Staala. To nie była spontaniczna decyzja rozgrzanego emocjami młodzieńca, to był starannie wyreżyserowany sygnał dla całej drużyny i piętnastotysięcznej widowni w Raleigh, że Ottawa Senators nie przyjechała tu jako statystyczny przegrany, ale jako zespół gotowy walczyć o każdy centymetr tafli. Kapitan gości uderzył z pełną premedytacją, a gdy pięści już poszły w ruch, ławka rezerwowych „uwielbiała” tę energię. Jak później przyznał trener Travis Green. Problem w tym, że Carolina Hurricanes również pokochała to starcie, i to oni ostatecznie przekuli emocjonalny ładunek w dwubramkowe zwycięstwo.
Bo choć Tkachuk dostarczył show, to Logan Stankoven dostarczył punkty. Młody napastnik Hurricanes zmienił tor podania kolegów z drużyny tak sprytnie, że Linus Ullmark mimo że czuł gumę na łopatce – znalazł ją dopiero w siatce za swoimi plecami. „Widziałem pierwszy strzał i czułem, że tak dobrze go sparowałem, że wyląduje przede mną” – opowiadał po meczu szwedzki bramkarz, jakby relacjonował scenę z horroru, a nie bramkę w play-offach. Druga bramka przyszła po stłuczce przed bramką, gdy Ullmark najpierw obronił, a potem stracił orientację w gąszczu ciał. 29 strzałów, 27 obron – dobre liczby, ale niewystarczające przeciwko Frederikowi Andersenowi, który tego popołudnia przypominał ścianę nie do przebicia.
Statystyki nie pozostawiają złudzeń: Carolina przejechała się po Ottawie jak walec po asfalcie. W pierwszej tercji gospodarze wygrywali próby strzałowe 71 do 29 procent, mieli przewagę 14 do siedmiu w groźnych sytuacjach, a sześć do czterech w najbardziej niebezpiecznych okazjach. Pierwszego celnego strzału kibice doczekali się dopiero po sześciu minutach gry – to Dylan Cozens w końcu przełamał impas, ale do tego czasu obie drużyny blokowały i niwelowały praktycznie wszystko, co tylko mogły. „Niewiele przestrzeni dla obu zespołów przez cały mecz” – podsumował Jake Sanderson, młody obrońca Senators, a jego słowa brzmiały jak zapowiedź tego, czego możemy spodziewać się przez całą serię. 96 hitów, 51 strzałów, z czego 27 dopiero w ostatniej tercji.
Dla Ottawy porażka jest tym boleśniejsza, że w pierwszej tercji „świetnie przetrwali burzę”, jak ujął to Sanderson. Problem zaczął się w szczegółach: checking line Nick Cousins – Shane Pinto – Michael Amadio zanotowała zero procent w próbach strzałowych i zero w oczekiwanych golach. Pinto, który przez cały sezon regularny wygrywał ponad połowę wznowień, tym razem zdobył zaledwie dwa z sześciu pojedynków na kole. A jakby tego było mało, kontuzja Artioma Zuba po niefortunnym hicie na Setha Jarvisa oznacza, że w drugim meczu obrona może wyglądać jeszcze bardziej prowizoryczna. Dennis Gilbert, zazwyczaj rezerwowy, już teraz gra jako obrońca trzeciej pary i spędził na lodzie zaledwie osiem minut z hakiem. Tkachuk podsumował to wszystko jednym zdaniem: „Są po prostu zawsze na tobie. Zawsze we właściwych miejscach. Frustrują całą ligę swoim stylem gry.”
Wyniki meczów NHL z soboty i niedzieli:
Carolina Hurricanes – Ottawa Senators 2:0
Dallas Stars – Minnesota Wild 1:6
Pittsburgh Penguins – Philadelphia Flyers 2:3
Colorado Avalanche – Los Angeles Kings 2:1
Tampa Bay Lightning – Montreal Canadiens 3:4ot
Buffalo Sabres – Boston Bruins 4:3
Vegas Golden Knights – Utah Mammoth 4:2
Odjazd dnia: Zespołowość górą
Kiedy w 26 minucie Matt Boldy wbił piąty krążek do siatki Dallas Stars, wynik 5:0 był już tylko potwierdzeniem tego, co dało się wyczytać z lodowiska American Airlines Center: Minnesota Wild przyjechała do Teksasu jako kompletny, zgrany mechanizm, w którym każdy tryb wiedział dokładnie, co ma robić. I zrobili to perfekcyjnie, rozbijając gospodarzy 6:1 w najbardziej przekonującym stylu od ponad dwóch dekad. Największa przewaga Wild w meczu play-offowym od pamiętnego 7:2 przeciwko Vancouver Canucks w 2003 roku. Ale w przeciwieństwie do tamtego pojedynku, teraz nie było jednego bohatera. Było ich pięciu, siedmiu, 10. Był Kiriłł Kaprizow, który w trzeciej minucie pierwszej tercji huknął z krótkiego słupka tak precyzyjnie, że Jake Oettinger nawet nie drgnął. 16 gol Rosjanina w play-offach wyrównał klubowy rekord Zacha Parise, a jego średnia 0.62 bramki na mecz w fazie pucharowej plasuje go na szóstym miejscu w historii ligi wśród zawodników z minimum 10 występami. Był Mats Zuccarello, który zanotował trzeci występ z trzema asystami w historii playoff Wild. Norweg rozgrywał Dallas jak szachownicę, podając gdziekolwiek trzeba było. Był Joel Eriksson Ek, który dwa lata temu opuścił niemal całą serię z tymi samymi Stars przez kontuzję, a teraz dwukrotnie trafił w przewadze, jakby chciał nadrobić stracony czas jednym wieczorem.
Był Matt Boldy z dwoma golami i asystą, Ryan Hartman z golem i podaniem, ten sam Hartman, który zakończył sezon zasadniczy z siedmioma bramkami i 12 punktami w ostatnich dziewięciu meczach i wyraźnie nie zamierzał zwalniać tempa. Ale przede wszystkim był debiutujący w play-offach Jesper Wallstedt, Szwed, który dowiedział się o swoim starcie dopiero po czwartkowej kolacji drużyny i odpowiedział 26 obronami, zachowując zimną krew nawet wtedy, gdy Dallas próbowało się podnieść po trafieniu na 4:1. „Wiem, że jeśli wpuścisz jeszcze jednego lub dwa po takim golu, momentum zmienia się bardzo szybko, więc musiałem być gotowy” – mówił po meczu Wallstedt, który w końcówce drugiej tercji obronił strzał Jamie’ego Benna po stracie Kaprizowa, a kilka minut później perfekcyjnie rozegrał sytuację dwa na jednego, łapiąc strzał Wyatta Johnstona. To był wybór odważny posadzić na ławce bardziej doświadczonego Filipa Gustavssona na rzecz juniora – ale John Hynes i jego sztab wiedzieli, co robią. Wallstedt pozwalał na dwa gole lub mniej w ośmiu z dziewięciu ostatnich spotkań sezonu zasadniczego. Teraz pokazał, że potrafi to robić również wtedy, gdy stawka jest najwyższa.
A zespołowość? Najlepszym tego dowodem była gra w przewadze: wszystkich pięciu zawodników Minnesota łączyli się jak jedno ciało, podając, szukając luk, aż wreszcie krążek lądował tam, gdzie miał. Defensywa była niemal hermetyczna. Wild oddali rywalom zaledwie trzy groźne sytuacje w całym meczu, pierwszą dopiero w połowie spotkania. Quinn Hughes, który przez tydzień zmagał się z chorobą i nie trenował z zespołem, przyleciał do Dallas prywatnym odrzutowcem w piątek popołudniu i rozegrał 24 i pół minuty, asystując przy bramce Hartmana – była to jego 25 asysta w 31 meczu play-offowym, co plasuje go na trzecim miejscu wśród obrońców w historii NHL pod względem tempa dochodzenia do tego kamienia milowego, ex aequo z Brianem Leetechem. „To jakby błogosławieństwo w przebraniu, że dostałem siedem dni wolnego od lodu o tej porze roku” – mówił Hughes po zwycięstwie. I rzeczywiście, wyglądał jak ktoś, kto wykorzystał każdą minutę odpoczynku.
Nastolatek dnia: Błysnął w derbach
Porter Martone przypuścił szturm na legendę w osobie Sidneya Crosby’ego i nie drgnął ani na moment. Gdy na zegarze pozostawały niecałe trzy minuty, a prowadzenie Flyers wynosiło zaledwie gol, to właśnie najmłodszy zawodnik na lodzie wygrał pojedynek o krążek, jakby miał całą wieczność. Obrócił się z nim niczym doświadczony weteran, zgubił ścigającego go rywala jednym płynnym ruchem, a następnie huknął tak precyzyjnie ponad rękawicą Stuarta Skinnera, że bramkarz Penguins nawet nie zdążył zareagować. To było uderzenie, które pieczętowało zwycięstwo 3:1, odbierało nadzieję rywalom.
Dla 19-letniego Martone’a ten wieczór mógłby być przytłaczający – debiut w play-offach, wyjazd do Pittsburgh, starcie z drużyną, która jeszcze niedawno była symbolem dominacji w lidze. Tymczasem młody gwiazdor Flyers zachowywał się tak, jakby grał w to od dekady. Cierpliwość, z jaką wybrał moment na strzał, spokój, z jakim ograł obrońcę, pewność, z jaką wymierzył – wszystko to mogłoby sugerować, że to nie jego pierwszy mecz o stawkę. A jednak był. I choć wcześniej błysnęli już Jamie Drysdale, przy asyście Trevora Zegrasa, oraz Travis Sanheim, który dziesięć minut przed końcem dał Flyers prowadzenie 2:1, to właśnie Martone wbił ostatni gwóźdź do trumny nadziei Penguins. Jego trafienie było oświadczeniem. Pokoleniowym manifestem, że Flyers nie przyjechali tu po naukę, tylko po zwycięstwo. Że Sidney Crosby może być legendą, ale to nie znaczy, że nie da się go pokonać. Że młodość potrafi być bezwzględna.
Kontrowersja dnia: W meczu męczarni faworyta
__________________________________
Aby czytać dalej
Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie.
Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów.
Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.
Istnieje możliwość zapłaty zwykłym przelewem bankowym. W tym celu proszę wykonać przelew na konto:
NHL W PL
86291000060000000003362403
W tytule należy podać wybrany abonament i adres e-mail. Jak tylko otrzymamy pieniądze, uaktywnimy konto. Można to przyspieszyć przesyłając nam potwierdzenie przelewu na re******@**lw.pl
Formularz zamówienia
| Nazwa | Przelew |
|---|---|
| Abonament 30 dni | 22 zł |
Formularz zamówienia
| Nazwa | Przelew |
|---|---|
| Abonament 90 dni | 60 zł |
Formularz zamówienia
| Nazwa | Przelew |
|---|---|
| Abonament 180 dni | 108 zł |




Według mnie jak najbardziej słusznie nie uznana bramka dla Colorado. Doughty nawet go nie widział i delikatnie przypadkowo go szturchnął. Już myślałem, że zaliczą bramke i będzie cyrk