Dziś ruszył 84. sezon polskiej ligi hokejowej, która jako jedna z pierwszych na świecie wraca do gry. Choć próżno szukać w PHL nazwisk największych gwiazd, to jednak na naszych lodowiskach oglądać można zawodników z ciekawą przeszłością, dobrze zapowiadającymi się karierami, czy ocierających się swego czasu nawet o najlepszą ligę świata. Przedstawiamy historię siedmiu takich hokeistów:

Zabrakło zdrowia na NHL

Parafrazując znane powiedzenie stwierdzam, iż na świecie pewne są trzy rzeczy: śmierć, podatki i to, że Rudolf Roháček prowadzić będzie Comarch Cracovię. Czeski szkoleniowiec w listopadzie obchodzić będzie 16. rocznicę objęcia sterów w klubie pod Wawelem. Od ostatniego tytułu mistrzowskiego Pasów upłynęły trzy lata i widać, iż 57-letni ostrawianin ma chrapkę na zdobycie siódmego złota w naszym kraju.

W tym zadaniu pomóc ma prawdziwy zaciąg z ojczyzny coacha. W kadrze Krakusów jest aż 10 czeskich hokeistów, a wśród nich 30-letni Aleš Ježek, który strzelił nawet dwa gole w renomowanej KHL, gdzie zaliczył 13 gier w nieistniejącym już Lvie Poprad.

To jednak nie jeden z dwóch bohaterów słynnego odejścia z Unii Oświęcim w aferze skandalu i wzajemnych pomówień może poszczycić się najciekawszą karierą spośród czeskich hokeistów Cracovii. Miano to przyznajemy Richardowi Nejezchlebowi.

Prażanin jest młodszy o cztery lata od Jeża i był uważany za jedną z juniorskich nadziei czeskiego hokeja. Występował w młodzieżowych kadrach swojego kraju, a z reprezentacją U18 wziął nawet udział w słynnym Pucharze Hlinki i Gretzky’ego. Jego nazwisko było wpisane w notesy większości skautów NHL, tym bardziej, iż dobrze zbudowany skrzydłowy spakował walizki, udając się za ocean dla zwiększenia szans powodzenia dostania się do najlepszej ligi świata.

Przez trzy sezony regularnie występował w renomowanej juniorskiej WHL, a przed ostatnią kampanią wziął udział w drafcie NHL, po tym jak został najlepszym snajperem Brandon Wheat Kings w edycji 2013/14. Szczęście uśmiechnęło się do Nejezchleba w piątej rundzie. Wtedy dowiedział się, że sięgają po niego słynni New York Rangers. Gdyby tylko dysponował lepszym zdrowiem, to być może w tym roku w „bańce” w Toronto zamiast Oskara Lindbloma, bohatera zwycięskiej walki z rakiem, oglądalibyśmy Richiego. Szwed w naborze znalazł się 16 miejsc za napastnikiem Cracovii. Za nim byli również tacy grajkowie jak Anton Lindholm, Anders Bjork, Victor Olofsson, czy Kevin Labanc. Najbardziej dobitnym porównaniem, bo dotyczącym w obu przypadkach Czechów jest natomiast to, jak potoczyła się kariera Ondřej Kaše, który gdy Nejezchleb poznał już swój klub w NHL, musiał jeszcze nerwowo czekać blisko 100 numerów, żeby usłyszeć, że z jego usług chcą korzystać Anaheim Ducks.

Oczywiście Rangers nie mieli zamiaru wpuszczać Czecha od razu do kadry pierwszego zespołu, ale na obóz przedsezonowy Strażników udał się jako drugi najskuteczniejszy gracz w rankingu Tri-City Americans w poprzednim sezonie.

Sztab trenerski z Nowego Jorku dość długo zastanawiał się co zrobić z młodym Europejczykiem. Nejezchleb odpadł dopiero w drugiej rundzie przesiewu, ale tego samego dnia miał już podpisany kontrakt z „farmą” Strażników w AHL. W Hartford Wolf Pack poszło mu jednak niezbyt dobrze i już po 13 meczach został zesłany na trzeci poziom profesjonalnego hokeja, czyli do ECHL. Po kampanii 2015/16 spakował walizki i wrócił do ojczyzny.

Ciekawostką jest fakt, iż latem 2018 roku jego drogi skrzyżowały się z Alanem Łyszczarczykiem. Obaj walczyli o kontrakt w Energie Karlowe Wary, czeskim ekstraligowcu. Klub z miasta będącego największym uzdrowiskiem naszych południowych sąsiadów nie zdecydował się na usługi żadnego z nich. Nejezchleb wyjechał grać na Słowację, a Łyszczu wrócił do Kanady na ostatni sezon w juniorskiej OHL. Teraz znów spotkają się na tafli, choć nie w tej samej drużynie.

Hokejowy poliglota

GKS Katowice to połączenie doświadczenia z młodością. W szeregach GieKSy można oglądać tak znane postaci polskiego hokeja jak Mikołaj Łopuski, Patryk Wajda, Grzegorz Pasiut. Na Bukową po rocznym rozbracie z tym klubem wrócił 32-letni Jesse Rohtla. Fin bardzo dobrze wspomina grę w katowickim klubie, gdyż to właśnie w jego barwach został najskuteczniejszym zawodnikiem PHL w edycji 2017/18. Będzie to czwarty sezon tego niewysokiego środkowego w Polsce, który w najwyższej klasie rozgrywkowej w swojej ojczyźnie zaliczył o jedną kampanię mniej, występując w Pelikanach z rodzinnego Lahti.

Nową twarzą w naszym kraju jest Janis Andersons epizodycznie pojawiający się w przeszłości na lodowiskach KHL jako zawodnik Dinama Ryga. Uważni obserwatorzy największych światowych imprez hokejowych na pewno kojarzą 33-letniego defensora, bowiem do 2016 roku był to etatowy uczestnik mistrzostw elity. W turniejach tej rangi wystąpił sześciokrotnie. Długi staż reprezentacyjny zawdzięcza przede wszystkim swoim wrodzonym cechom. „Mógłbym być bardziej szalony. Od kiedy pamiętam, byłem zawsze bardzo odpowiedzialny. Czasem aż przesadzam i denerwuje mnie to niekiedy. Sportowcy, którzy są bardziej na luzie mają łatwiej. Po prostu lecą do przodu i nie przejmują się niczym” powiedział w jednym z wywiadów dla rodzimych mediów.

Andersons był jednym z ulubieńców Teda Nolana, późniejszego szkoleniowca reprezentacji Polski. Zdobywca Nagrody Jacka Adamsa za sezon 1996/97 chętnie stawiał na Janisa podczas swojej pracy z kadrą Łotwy. W 2012 roku zabrał go na czempionat do Szwecji, gdzie ryżanin uczył się hokeja w czasach juniorskich. W przegranym 0:4 starciu z gospodarzami imprezy został wybrany najlepszym hokeistą swojej drużyny, a sam przyznaje, że występy w tamtym czasie wspomina najmilej.

Andersons ostatnie sześć lat spędził na Słowacji, gdzie założył rodzinę. W swojej karierze zwiedził już wiele miejsc, a wszędzie szybko aklimatyzował się, w czym pomocne okazywały się jego umiejętności lingwistyczne. Janis oprócz mowy ojczystej zna również język słowacki, czeski, rosyjski, angielski i szwedzki. Pewnie niedługo dołączy do tej listy również polski.

 

Sen prysł jak mydlana bańka

Podhale Nowy Targ wzmocniło się 29-letnim Andriejem Ankudinowem, który ma na liczniku 173 gry w KHL. Rosyjski prawoskrzydłowy zapowiadał się na naprawdę solidnego hokeistę. W 2009 roku wywalczył nawet srebrny medal mistrzostw świata U18.

Takich sukcesów na swoim koncie nie ma Alan Łyszczarczyk, ale w jego przypadku również trzeba mówić o dużych nadziejach i rozwoju w juniorskiej części kariery. Liczyliśmy na wiele, o czym świadczy poświęcony przede wszystkim nowotarżaninowi nasz cykl z poprzedniego sezonu „Pociąg z Polski do NHL”. Przekazywaliśmy w nim comiesięczne raporty z postępów Alana w ECHL, będącą trzecią siłą profesjonalnego hokeja za oceanem.

Łyszczarczyk otarł się o najwyższy poziom. W 2016 roku fiaskiem zakończył się dla niego draft NHL, ale został zaproszony na organizowany przez Toronto Maple Leafs letni obóz dla utalentowanych prospektów. Przed ostatnim sezonem, a jego pierwszym w roli seniora, był na campie Chicago Wolves, czyli AHL-owskiej „farmy” Vegas Golden Knights. Miejsca tam nie znalazł, spadając do Fort Wayne Komets z ECHL, gdzie należał do wiodących postaci, co zakończyło się tytułem Rookie of the Year klubu z Indiany.

Cóż z tego, skoro jego koledzy wędrowali pomiędzy ligami, dostawali szansę wyżej, a Alan nawet nie załapał się na gościnne powołanie do chicagowskich Wilków, gdy te organizowały Polską Noc przy okazji jednego ze spotkań ligowych. Łyszczarczyk skończył jako trzeci snajper Komet i czwarty najskuteczniejszy zawodnik tej drużyny w niedokończonych rozgrywkach edycji 2019/20. Znalazł się również z 46 „oczkami” i 19 golami w TOP 5 ligi w kategorii obejmującej graczy do 22 lat.

W wyniku pandemii i odwołania rozgrywek wrócił do Polski, podejmując najpierw próbę znalezienia zatrudnienia w czeskiej Extralidze, a następnie kierując swoje kroki do Podhala, którego jest wychowankiem. Czy to już koniec snów o występach Alana na najwyższym poziomie? Na razie wiadomo tyle, że od grudnia ma wrócić do ECHL, gdzie prawa do niego nabyli Idaho Steelheads.

W drafcie wyprzedził samego Kuczerowa

Z obecności Łyszczarczyka w PHL skorzysta z pewnością reprezentacja, a skoro mowa o kadrze narodowej, to kłania się postać jej nowego szkoleniowca, Róberta Kalábera. Słowak od 2014 roku prowadzi JKH GKS Jastrzębie, a w tym czasie potrafił również połączyć to z pracą na stanowisku trenera reprezentacji Bułgarii, z którą w ubiegłym roku wywalczył awans szczebel wyżej, czyli do Dywizji II Grupy B światowego czempionatu.

W Jastrzębiu zacierają dłonie z radości, że latem udało im się pozyskać dwa nazwiska, które mogą być magnesem dla kibiców. Pierwszym jest Marek Hovorka, wicemistrz globu z 2012 roku. Słowak dwukrotnie uczestniczył w imprezie pod nazwą IIHF World Championships, ale szczególnym przeżyciem był dla niego udział w Igrzyskach Olimpijskich w Soczi, które zaowocowały przenosinami na rok do ligi KHL. Do Jastrzębia zawita jednak jako grający ostatnio u boku samego Jaromira Jágra. Legendarny Czech zdecydował się na pozyskanie go do należących do niego Rytíři Kladno.

Jeszcze nie umilkły echa transferu Hovorki, a kibice JKH dostali kolejny prezent w postaci Zacka Phillipsa. Kanadyjski napastnik to numer 28 draftu NHL z 2011 roku!!! Pierwszorundowiec z naboru najlepszej ligi świata w polskiej lidze – to wydarzenie dużej skali. Były prospekt Minnesota Wild wyprzedził dziewięć lat temu samego Nikitę Kuczerowa i to aż o 30 pozycji. Czymże przy tym jest pozostawienie za plecami takich postaci jak Brandon Saad, Scott Mayfield, Tobias Rieder, Jean-Gabriel Pageau, czy Johnny Gaudreau?

Phillips nie wyszedł nigdy poza AHL, a historia jego pozyskania przez Dzikich jest do dziś wspominana jako flagowy przykład słabej polityki transferowej tego klubu w początkach tej dekady. Działacze z St. Paul podczas ceremonii draftowej przeprowadzili szybki deal z San Jose Sharks, oddając Brenta Burnsa za pakiet w postaci Charliego Coyle’a, Devina Setoguchiego i pick pierwszej rundy spożytkowany na pozyskanie Phillipsa.

Skarpetkowy potwór ma chrapkę na kolejny laur

Podobną historię do Łyszczarczyka ma nowy nabytek GKS-u Tychy, naszego jedynaka w Hokejowej Lidze Mistrzów. Jean Dupuy podobnie jak Polak występował przez kilka lat w OHL, nie znalazł szczęścia w drafcie i musiał zadowolić się grą na niższych poziomach zawodowego hokeja, po czym trafił do PHL. To co odróżnia go od Alana, to fakt, iż przez trzy sezony udało mu się grać na bezpośrednim zapleczu  najlepszej ligi świata. W AHL uzbierał 137 występów i 36 punktów.

Epizod z tym szczeblem rozgrywkowym zaliczył 11 lat temu golkiper naszej kadry narodowej John Murray, który w swojej karierze występował nawet w tak egzotycznym hokejowo miejscu, jak serbski Partizan Belgrad.

Do ojczyzny powraca Patryk Wronka, jeden z największych talentów polskiego hokeja ostatnich lat. Kromka podjął już drugą próbę zrobienia kariery zagranicznej, ale tak jak za pierwszym razem po jednej kampanii wraca do kraju. W sezonie 2016/17 próbował sił w lidze EBEL, a teraz zaczął od ekipy mistrzów Wielkiej Brytanii, Belfast Giants, by zakończyć po południowej stronie kontynentu, we francuskim Repaces de Gap.

W Tychach oczekują na podjęcie jakichś wiążących decyzji w sprawie rozgrywek HLM. Pojawiają się różne pogłoski w tym temacie, a te najmniej optymistyczne zakładają nawet zmniejszenie liczby uczestników. Na pewno z przykrością przyjąłby tę wiadomość Michael Cichy, zwycięzca głosowania na najładniejszą bramkę tych rozgrywek w sezonie 2018/19.

30-latek, którego matka jest Polką, a ojciec Amerykaninem wychowywał się za oceanem. To tam będąc zawodnikiem młodzieżowych drużyn Boston Bruins nauczył się władać kijem i krążkiem. W 2009 roku zakończył przygodę z juniorską USHL, najlepszą „niepełnoletnią” ligą w USA i przeniósł się na tafle uniwersyteckie NCAA. Zanim to nastąpiło, doszło do ważnego epizodu w postaci draftu NHL. Cichy przypadł do gustu trenerom Montreal Canadiens, choć stało się to dopiero w ostatniej, siódmej rundzie, a od zwycięzcy, Johna Tavaresa dzieliło go 199 pozycji. O tym jak ważne jest szczęście w karierze świadczy chociażby fakt, że Nic Dowd, będący „oczko” wyżej od reprezentanta Polski, ma już na koncie ponad ćwierć tysiąca gier w NHL. Z całą pewnością nie posiada jednak tak pokaźnej kolekcji skarpetek jak Michael, który właśnie tę część garderoby traktuje z największą atencją, będąc jej zapalonym zbieraczem.

Przychodząc do Unii zhańbił swój naród

Prawdziwą hokejową wieżę Babel przygotowano nad Sołą. W Re-Plast Unii Oświęcim słoweński coach Nik Zupančič ma w składzie trzech rodaków z Klemenem Pretnarem na czele, uczestnikiem Igrzysk Olimpijskich w Soczi, dwóch Kanadyjczyków, trzech Słowaków, tyle samo Rosjan, dwóch Finów, Izraelczyka i byłego reprezentanta Francji. Ostatni z wymienionych to Teddy Da Costa, którego brat Stéphane występował w Ottawa Senators. Teddy mieszka niedaleko Oświęcimia, ma żonę pochodzącą z naszego kraju, a jego związki z Polską są znacznie większe niż to, o czym napisaliśmy do tej pory. Matka braci Da Costa to z krwi i kości potomkini Słowian żyjących niegdyś między Odrą a Wisłą.

Teddy nie zaszedł tak daleko jak Stéphane, obecnie występujący w KHL, ale przez dwa sezony rywalizował w renomowanej fińskiej Liidze. Kiedy Francuz pożegnał się z tymi rozgrywkami, to pojawił się w nich Jere Helenius. Teraz ich ścieżki przecięły się w PHL. Przez lata w Finlandii występował kanadyjski weteran, Ryan Glenn. Defensor mający za sobą cztery sezony gry w AHL był dość blisko debiutu w NHL, do której draftowali go Canadiens w 2000 roku w piątej rundzie.

Rosyjska kolonia w Oświęcimiu budzi szacunek, jeśli spojrzeć na ich dotychczasowe dokonania na naszych lodowiskach, a także, gdy zerkniemy na wykaz klubów, w których uczyli się hokeja: Siemion Garszin w Mietałłurgu Magnitogorsk, Daniłł Oriechin w Łokomotiwie Jarosław i Aleksiej Trandin w Siewierstalu Czerepowiec.

Prawdziwym celebrytą w tej międzynarodowej drużynie znad Soły jest Eliezer Sherbatov. Gwiazda reprezentacji Izraela to bardzo utalentowany hokeista, dysponujący niezbyt imponującymi warunkami fizycznymi, natomiast dużą szybkością i wysokim wyszkoleniem technicznym. Nie ma się co dziwić skoro jego mama prowadzi w Kanadzie renomowaną szkołę powerskatingu, a jej stałymi klientami są Michael Chaput i Simon Després. To właśnie dzięki przyjaźni z ostatnim z nich, izraelski napastnik uczestniczył w obozie przedsezonowym Canadiens. Jego pojawieniu się w Oświęcimiu towarzyszyła prawdziwa burza medialna wywołana przez jednego z rabinów, który uznał, że to hańba dla całego narodu żydowskiego, aby przedstawiciel tej nacji rozsławiał miasto-symbol bólu i cierpienia Hebrajczyków. O Sherbatovie i aferze związanej z podpisaniem przez niego kontraktu z Unią pisaliśmy w poniższym tekście.

Burza w polskim hokeju “Każdy w Oświęcimiu winny Holokaustowi”

 

Ponownie w walce o najwyższe laury

Ligową stawkę uzupełniają zespoły z Torunia, Sanoka, Gdańska oraz Sosnowca. W ich składach nie ma zawodników takiego pokroju jak opisywani wyżej, co nie oznacza, iż w trakcie rozgrywek, ktoś nie zaprezentuje umiejętności wyróżniających go na poziomie PHL.

W KH Toruń kolejny już rok drużynę poprowadzi Juryj Czuch. Białorusin, co zrozumiałe, ze szczególnym upodobaniem kieruje wzrok na rynek wschodni. Stąd też w składzie Pierników znajduje się pokaźne grono Rosjan oraz reprezentant Litwy, 21-letni Kostas Gusevas.

W większości zaciąg od naszych sąsiadów składa się z młodych zawodników, ale jest w nim również doświadczony defensor Dmitrij Kozłow z epizodem KHL, podobnie jak sześć lat młodszy od niego Dienis Sierguszkin.

Swoich przedstawicieli w grodzie Kopernika ma również północ Europy. To szwedzki „rodzynek” Anton Svensson, który będzie bronił dostępu do bramki torunian oraz trzej Finowie. Konsta Jaakola próbował swoich sił nawet w Liidze, lecz szybko okazało się, że to za wysoki poziom dla niego.

W Gdańsku po wycofaniu się z rozgrywek drużyny Lotos PKH, ich miejsce zajął Stoczniowiec, ostatnio występujący na drugim froncie. Działacze tego klubu wykupili dziką kartę i sprawili, że nad Bałtykiem dalej można emocjonować się walką o tytuł mistrza kraju. W młodej ekipie Krzysztofa Lehmanna prawdziwy prym wiodą doświadczeni Mateusz Rompkowski, kapitan Stoczni oraz blisko 40-letni Josef Vitek, multimedalista polskiej ekstraklasy, mający za sobą również pięć sezonów gry w najwyższej klasie rozgrywkowej w Czechach.

Drugim z beniaminków PHL jest Ciarko STS Sanok. Hokej na Podkarpaciu czekał cztery lata na powrót do PHL. Wraz z tym wydarzeniem pojawił się ponownie w Sanoku Marek Ziętara, który poprowadził z ławki trenerskiej STS do tytułu mistrzowskiego w 2012 roku. Zawiłe losy tego klubu prowadziły później przez drugą ligę słowacką, zaplecze naszej ekstraklasy, aż w końcu udało się zebrać budżet pozwalający na rywalizację z najlepszymi. Do młodych zawodników Niedźwiadków dokooptowano powracających w rodzinne strony weteranów: Bogusława Rąpałę, Marka Strzyżowskiego i Mateusza Wilusza. Nadzieją na lepsze jutro jest między innymi 19-letni Jakub Bukowski, który wyjechał z Sanoka i rozwijał swoje umiejętności w Szwajcarii, notując całkiem niezłe rezultaty. Polak znalazł się w TOP 10 najlepszych strzelców juniorskiego trzeciego frontu. Bukowski strzelił 23 gole w 12 meczach.

Zagłębie Sosnowiec wybrało wersję oszczędnościową, opierając swój skład o wychowanków. Tylko dwóch z nich (Tomasz Kozłowski, Łukasz Rutkowski) przekroczyło 30. rok życia. Dość dużą grupę stanowią natomiast niedawni reprezentanci naszego kraju w kategorii U18, którzy wywalczyli w 2019 roku awans na bezpośrednie zaplecze światowego czempionatu tej kategorii wiekowej.

Zapraszamy do śledzenia naszego profilu facebookowego PHLwPL, w którym znajdziecie wszelkie informacje dotyczące polskiej ligi, jak również reprezentacji narodowej oraz występów naszych rodaków zagranicą.

https://www.facebook.com/phlwpl

Opublikowany przez PHL w PL Czwartek, 10 września 2020

1 KOMENTARZ