Deryk Engelland w listopadzie 2017 roku podpisał z Vegas Golden Knights nowy kontrakt. Był ulubieńcem publiczności, bo grał w Vegas w hokej na długo przed tym zanim zawitała tu NHL, i mocno utożsamia się z tym miejscem. Obrońca opowiada o wielkiej przygodzie, jaką była dla niego gra w Mieście Hazardu.

Wszyscy pamiętają, gdzie byli, kiedy nadeszły straszne wieści. Między innymi to zbliżyło do siebie mieszkańców naszego miasta w ciągu ostatnich paru miesięcy. Ja wtedy spałem. Tamtej nocy zagraliśmy przeciwko Sharks ostatni mecz preseasonu, po czym pojechałem do domu i położyłem dzieci do łóżek. Czasami sprawienie, żeby zasnęły wymaga więcej wysiłku niż rozegranie meczu hokejowego, więc byłem padnięty. O 23:00 już mocno spałem.

O wpół do pierwszej w nocy telefon mojej żony zadzwonił. Zawsze na noc przełącza komórkę w tryb „nie przeszkadzać”; na specjalnej liście są najbliżsi przyjaciele i rodzina, więc tylko oni mogą się wtedy dodzwonić. Obydwoje się zbudziliśmy. Byłem zdezorientowany, powiedziałem: „Po jaką cholerę twój budzik teraz dzwoni?”. Nie odpowiedziała na pytanie; spojrzała na wyświetlacz. „To Chelsi. Jest wpół do pierwszej w nocy. Coś jest nie tak”.

Chelsi to jedna z jej najlepszych przyjaciółek. Pierwsze, co powiedziała to: „Natychmiast włączcie telewizję”. Wyczułem zmartwienie w jej głosie. W takich chwilach umysł podrzuca ci milion różnych scenariuszy. Przyzwyczajamy się do tragedii zdarzających się w tym kraju, ale nic nie może cię przygotować na moment, kiedy dzieje się to w miejscu, które uważasz za swój dom. Kiedy włączyliśmy telewizję… Nic nie miało sensu. Zobaczyliśmy hotel-kasyno Mandalay Bay. Na nagraniu zrobionym telefonem zobaczyliśmy uciekających ludzi. Zobaczyliśmy rannych przenoszonych z daleka od miejsca zdarzenia. Zobaczyliśmy atak na nasze miasto.

Natychmiast pomyślałem o moich znajomych służących w straży pożarnej w Las Vegas. Wciąż nie wiedziałem co się dzieje ani dlaczego to się dzieje. Ale wiedziałem, że strażacy będą jednymi z pierwszych osób, które pobiegną na ratunek. Chwyciłem komórkę i zrobiłem to, co wszyscy w Vegas zrobili tamtej nocy – napisałem wiadomość do wszystkich przyjaciół i bliskich, których miałem na liście kontaktów. Wysłałem im wszystkim dokładnie tę samą wiadomość:

„Wszystko w porządku? Byliście tam, kiedy się zaczęło?”

A potem czekaliśmy na odpowiedzi.

***

Kiedy byłem mały w życiu bym nie pomyślał, że kiedykolwiek nazwę Las Vegas moim domem. Jestem chłopakiem z Edmonton. Pierwszy raz przyjechałem do Nevady w 2003 roku, żeby grać dla Las Vegas Wranglers w ECHL. Dalej od NHL już chyba być nie można. Nasza hala mieściła się w kompleksie kasyna The Orleans, a że nie mieliśmy tam porządnej siłowni, cała drużyna chodziła to Gold’s Gym na tej samej ulicy co kasyno. Oto opinie ekspertów o kasynach online. Mały chaos, ale też niezły ubaw. Zarabialiśmy jakieś 500 dolarów tygodniowo, a drużyna wypracowała sobie fajny układ z właścicielami irlandzkiego pubu McMullan’s. Znajdował się on dokładnie naprzeciwko The Orleans, więc zwykle po meczu tam właśnie chodziliśmy na kolację. Umowa była taka: dostajesz darmowy posiłek jeśli zostawiasz pięciodolarowy napiwek. Prawdopodobnie zjadłem tam dobrze ponad 500 porcji angielskiej zapiekanki z jagnięciną.

Pewnego wieczoru zauważyłem ładną dziewczynę siedzącą przy barze ze znajomymi. No, nie mam gadanego, przyznam się bez bicia. Ale zrobiłem, co mogłem. Podszedłem do niej i przedstawiłem się. Ona powiedziała, że ma na imię Melissa i że robi magisterkę na Uniwersytecie Nevady. Odpowiedziałem, że ja gram w hokeja dla Wranglers – jakaś część mnie była przekonana, że to jej zaimponuje. Ale jej twarz wyrażała największą obojętność, jaką do tej pory widziałem.

– Las Vegas ma drużyn hokejową? (Tak.)

– I oni ci płacą, żebyś dla nich grał? (No, w pewnym sensie tak.)

Wiecie, coś w tym stylu. Nic nie wiedziała o hokeju. Więc dałem jej mój numer telefonu i zaprosiłem na nasz kolejny mecz, żeby zobaczyła, o co w tym wszystkim chodzi. Ale kiedy wracałem do swojego stolika, dopadła mnie ta myśl: „Wiesz co? Ta dziewczyna na pewno do ciebie nie zadzwoni”.

Nota redaktorska od Melissy: Prawdopodobnie tak by się stało. Wtedy myślałam, że jest zbyt młody.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale nagle się do niej odwróciłem i powiedziałem: „Hej, sorry, ale yyy… Wiem, że do mnie nie zadzwonisz. Może jednak to ty mi dasz swój numer i ja zadzwonię do ciebie?”. Dostałem jej numer. Najlepsza rzecz, jaka mnie kiedykolwiek spotkała.

Nota redaktorska od Melissy: Istotnie, najlepsza rzecz, jaka go kiedykolwiek spotkała.

Parę dni później siedziała na trybunach w hali The Orleans na naszym meczu. W tamtych czasach dość często zrzucałem rękawice. I w tamtych czasach byłem dobry w pojedynkach na pięści. W pewnym momencie meczu któryś z przeciwników zapytał, czy mam ochotę na bójkę; wiedziałem, że Melissa jest na trybunach, więc to chyba oczywiste, że mam ochotę na bójkę. No i wiecie, nie mogłem przegrać walki, kiedy dziewczyna patrzy.

Całkiem nieźle urządziłem tego kolesia. Kibice szaleli – przynajmniej tak ja pamiętam te chwile – uwielbiali to. Z pociętymi dłońmi siadłem więc na ławce kar, myśląc sobie: „Ona pewnie uważa, że jestem cool”.

Po meczu udałem się do McMullan’s – Melissa miała tam na mnie czekać, żebyśmy potem poszli na miasto. Czekam i czekam. Wreszcie do niej zadzwoniłem i zapytałem:

– Hej, gdzie jesteś?

– Czy ty… oszalałeś?

– Co? Nie!

– No to dlaczego pobiłeś tego kolesia? Trochę niedorzeczne, nie sądzisz?

Chyba tak właśnie to ujęła: „niedorzeczne”.

Próbowałem opanować jakoś tę alarmową sytuację. Powiedziałem: „Nie, nie, nie rozumiesz! Taka moja robota! On zachowywał się jak dupek! Takie są zasady!”. Wydaje mi się, że przekonałem ją co do mojej normalności, bo w końcu się poddała i przyszła na spotkanie.

Piętnaście lat i dwójkę dzieci później Melissa wciąż uważa moje chodzenie do pracy, żeby pobić się z innymi dorosłymi facetami za niedorzeczne, ale mocno się razem trzymamy. Mimo że moja kariera hokejowa rzucała nas po całym świecie – od Karoliny Południowej przez Hershey, Wilkes-Barre, Pittsburgh, Norwegię (znowu Pittsburgh), a potem i Calgary – każdego lata wracaliśmy do Las Vegas. Zbudowaliśmy tu dom. Mamy tu bliskich przyjaciół. No i Vegas to po prostu Vegas. The Strip w centrum to po prostu The Strip. To jest rewelacyjne. Ale ludzie nie rozumieją, że pod tą świetlno-brokatową warstwą Las Vegas jest właściwie jak niewielkie miasteczko. Wydaje się, jakby mieszkańcy znali się nawzajem, przynajmniej na zasadzie „znajomy znajomego”. Pod wieloma względami to bardzo zżyta społeczność.

Uwielbiamy to miejsce. Vegas jest naszym domem. Wiedziałem, że Golden Knights mogą mnie wybrać tego lata w drafcie rozszerzającym i byłem tym ogromnie podekscytowany. Nasz starszy syn, Cash, miał właśnie iść do przedszkola, a nie chcieliśmy, żeby nagle stracił swoich przyjaciół. Wiedzieliśmy o zainteresowaniu Rycerzy moją osobą, ale niepewność trwała do samego końca.

W ciągu tygodnia przed draftem Melissa wychodziła z siebie. Krzątała się i chodziła po całym domu przez całe dwa dni, co chwilę pytając, czy są jakieś wieści od mojego agenta. Idealnie się złożyło, że Melissa była w pracy kiedy agent zadzwonił i powiedział, że dobił targu z Vegas. Cash wyczekiwał więc powrotu mamy, a kiedy wreszcie przekroczyła próg, mały stanął przed nią:

– Wiesz co, mamo?

– Co?

– Zgadnij, gdzie tata gra w tym roku.

– Gdzie?!

– W Vegassssssssssss!

Mało powiedzieć, że oszalała. Uroniła też parę łez. Spróbujcie zrozumieć… Jeśli w 2004 roku ktoś by nam powiedział, że pewnego dnia zagram w NHL, to już byłoby dużo. Spędziłem w niższych ligach sześć sezonów zanim nadszedł mój debiut w najlepszej lidze hokejowej świata. Bywało, że jechaliśmy z Melissą na drugi koniec kraju na kolejny obóz przygotowawczy albo do mojej kolejnej drużyny i spaliśmy w samochodzie zaparkowanym przy Walmarcie, bo nie chcieliśmy marnować pieniędzy na hotel.

Było ciężko. Więc jeśli powiedzielibyście mi wtedy, że będę kiedyś zawodnikiem NHL… wow. Ale żeby grać w NHL dla nowej drużyny w Las Vegas, w wieku 35 lat? Nie wyobrażaliśmy sobie tego nawet w najśmielszych marzeniach. Było też śmiesznie, bo nasz syn jest gadułą, więc gdziekolwiek szliśmy w ciągu następnego miesiąca – na stację benzynową, do sklepu spożywczego – Cash podchodził do obcych ludzi i mówił: „Mój tata będzie grał w tym roku dla Vegas. Nie gra już dla Flames. Gra dla Golden Knights”. Gdziekolwiek byśmy nie poszli. Zupełnie obcy ludzie. Staruszki. To nie miało znaczenia.

– Mój tata jest Złotym Rycerzem!

Moja reakcja zwykle była w stylu: „Haha, tak, jasne, okej. Chodźmy już. Dzięki. Miłego dnia”. Tak bardzo się cieszył. Cała rodzina się cieszyła. Oczekiwanie na pierwszy mecz sezonu w naszej hali, T-Mobile Arena, było niezwykle wyjątkowym dla nas czasem. Wszystko wydawało się idealne. A potem obudziliśmy się w środku nocy i zobaczyliśmy tragedię rozgrywającą się tuż obok nas. Nagle hokej wydał się zupełnie nieważny. Nie ma słów, by opisać cierpienie, którego tej nocy doświadczyło tak wielu ludzi.

Wielu naszych znajomych było na miejscu tragedii tamtej nocy. Jedna z najlepszych przyjaciółek Melissy, Andrea (która była obecna zarówno przy naszym pierwszym spotkaniu w McMullan’s, jak i na naszym ślubie) poszła na feralny koncert z bratem i bratową. Dwoje ich znajomych zostało postrzelonych, ale obydwoje przeżyli dzięki wysiłkowi tak wielu odważnych ludzi udzielających pierwszej pomocy na miejscu. Historie, które słyszeliśmy o przerażeniu i chaosie na tym koncercie rozdzierają serce.

Ale wśród tragedii znalazło się też wiele historii o odwadze. Znaliśmy asystenta trenera drużyny hokejowej Uniwersytetu Nevady, Nicka Robone’a, którego tamtej nocy kilkakrotnie postrzelono. Jego młodszy brat, Anthony, zaniósł go w bezpieczne miejsce i opatrzył bandażami znalezionymi nieopodal w policyjnym wozie. Anthony nie wiedział, jak poważne obrażenia odniósł brat, ale zamiast jechać z Nickiem do szpitala, postawił swoje życie na szali, wrócił na miejsce koncertu i pomagał zupełnie obcym ludziom.

Tych historii jest wiele. Były żołnierz piechoty morskiej, który ukradł pierwszą z brzegu furgonetkę, żeby przewozić rannych do szpitala. Wszyscy ci strażacy, sanitariusze, policjanci, lekarze i pielęgniarki – wszyscy uratowali niezliczone życia.

Całe miasto było w szoku, ale ludzie zjednoczyli się w okresie strachu i żałoby. Następnego ranka zawieźliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do remizy i banku krwi. Trudno mi było uwierzyć, jak wielu ludzi postanowiło oddać krew. W kolejce czekało się sześć godzin. Niektórych odsyłano do domu, ale oni chcieli zostać, chcieli pokazać, że pragną pomóc rannym – nieważne ile czasu by to zajęło. We wtorek i środę spora grupa naszych zawodników odwiedziła po treningu posterunek policji, centrum kongresowe, stację krwiodawstwa i parę szpitali. Chcieliśmy okazać nasze wsparcie dla wszystkich dotkniętych tragedią.

W ciągu ostatnich trzech tygodni poczucie wspólnoty w Vegas było niesamowite. Głupotą byłoby stwierdzenie, że sport pomaga ludziom odżyć po takiej tragedii. Wiemy, że to tylko hokej. Ale parę dni po tych wydarzeniach nasza drużyna spotkała się w szatni i miała mocne poczucie celu. Powiedzieliśmy sobie: „Hej, możemy wyjść na lód i dać temu miastu powód do dumy, możemy odciągnąć myśli kibiców od tych strasznych rzeczy chociaż na parę godzin”.

Sezon rozpoczęliśmy na wyjeździe, w Dallas, zaledwie pięć dni po strzelaninie. Było nam niesamowicie ciężko, bo wszyscy chcieliśmy znaleźć się już w Vegas i pomagać jak tylko możemy. Strasznie chcieliśmy wygrać mecz. Wyszarpaliśmy wynik 2:1; w autobusie w drodze powrotnej do hotelu wstałem i przeczytałem SMS-a od mojego przyjaciela-strażaka w Vegas.

Napisał: „Stary, nie masz pojęcia, jak bardzo podnosicie nas na duchu tutaj, w remizie. Wszyscy oglądaliśmy. Tak trzymajcie”. Wszyscy w busie dostali gęsiej skórki, były owacje i wesołe okrzyki. Nigdy nie widziałem podobnej energii. Poczułem, że w choćby małym stopniu możemy dać mieszkańcom powód do radości.

Parę dni później przyszedł nasz pierwszy domowy mecz w hali oddalonej zaledwie o milę od miejsca tragedii; w szatni czuło się ciężar chwili. Wszyscy się stresowaliśmy, ale ja najbardziej. Przed meczem miałem powiedzieć kilka słów do osób udzielających pierwszej pomocy feralnej nocy. Stresuję się przemawiając przed dziesięcioma osobami, a co dopiero przed 17 tysiącami, więc Melissa pomogła mi napisać te parę zdań, które byłbym w stanie wygłosić; spędziłem cały dzień w kółko powtarzając w myślach słowa przemówienia.

W szatni byłem w rozsypce. Nigdy się tak nie stresowałem. Ale kiedy wyjechałem na lód i zobaczyłem twarze tych wszystkich ratujących – mężczyzn i kobiet, młodych i starych, lekarzy, pielęgniarek, strażaków, policjantów – po moim napięciu nie było ani śladu.

Wszyscy ci ludzie w czasie strzelaniny pobiegli w kierunku zagrożenia. Próbowałem na chwilę zapomnieć, gdzie jestem i mówić tylko i wyłącznie do nich. To prawdziwi bohaterowie. To ludzie, którzy sprawiają, że Las Vegas jest tak wyjątkowym miejscem – miejscem, które dumnie nazywam moim domem. Nasza drużyna wciąż będzie robić co tylko się da, aby pomóc dotkniętym tą bezsensowną tragedią. Nie jesteśmy po prostu silni. Jesteśmy Vegas Strong.