Wydawało się, że temat najpaskudniejszych logotypów drużyn został wyczerpany, jednak przekonaliśmy się, że marketingowa cebula toczy rynek hokeja z coraz większym impetem. Tragiczne pomysły z gatunku „narysujmy to zwierzę, ale wściekłe” albo „dowolny przedmiot, byle obok był kij hokejowy” nie przestają być wiodącym trendem w świecie hokejowych lig. Kibice NHL z zapartym tchem oczekiwali na logo Vegas Golden Knights bojąc się, że będzie to jakiś rodzaj parodii maskotki Ottawa Senators z zaciśniętymi zębami i na złoto. Na szczęście tutaj projektanci spisali się na medal. Sprawdźmy jednak drużyny, które pod tym kątem zawiodły nawet pomysłodawcę słynnego MS Paint.

Anaheim Bullfrogs

Na rozgrzewkę drużyna z hokeja in-line (na rolkach).  Drużyna, która w debiutanckim sezonie zaliczyła tylko jedną porażkę – i był to jej logotyp (dwie jeśli liczyć nazwę). Ekipa nie przegrała żadnego meczu w pierwszym sezonie w historii i zaliczała  średnio osiem tysięcy widzów na mecz co w tym sporcie było wynikiem wręcz fenomenalnym.  Zupełnie odwrotnie niż ich emblemat.  „8-bitowa” żaba na rolkach trzymająca… a jakże…. kij hokejowy z wściekłą miną i… koroną na głowie.

Nie trzeba chyba długo domyślać się, że kibice rywali nazywali ich „Bullshits”, choć ekipa była najmocniejszą w dosłownie każdej lidze w której grała (łącznie z ligą, która istniała aby zastąpić NHL na czas lockoutu). Postać wygląda trochę jak postać z gry karate z początku lat 90-tych, której nie trzeba odblokowywać, a mimo to nikt nie chcę nią grać (coś w stylu Kabala z Mortal Kombat).  W przeciwieństwie do choćby drużyny  „Błotnych Królików”, nazwa „Bullfrogs” nie jest przypadkowa, choć skojarzenie jest równie miłe dla Kalifornii jak kleszcze w polskim parku.

Bullfrog to nic innego jak żaba olbrzymia. Płaz jest jednym z największych szkodników w Kalifornii, jako że jest w stanie pożreć wszystko co żyje i mieści się w paszczy. Żaby te mordują wszelkie inne gatunki żab pożerając je i przenosząc rzadki rodzaj grzyba, który dla człowieka jest nieprzyjemny, ale dla żab śmiertelny. Paskudztwo z logotypu drużyny odpowiada za wyginięcie 100 gatunków zwierząt od lat 70tych. Czyli to trochę tak, jakby drużynę z parku narodowego nazwać „bobry” albo drużynę reprezentacji szpitala zakaźnego nazwać „Syf”.

New Haven Beast

Jeśli powodem nieistnienia drużyny może być tragiczne logo, to ta drużyna prawdopodobnie zaprzestała działalności właśnie z tej przyczyny. Śmiało stwierdzić można, że logotyp, jakim reklamowały się Bestie z New Haven przypomina nieco Jerzego Urbana po apokalipsie Zombie – lub ewentualnie potwora z polskiej kreskówki z końca lat 80. Coś w rodzaju skrzyżowania nietoperza, Marylina Mansona i władcy pokracznych i schorowanych od nowotworów wojowników w zardzewiałych samochodach z „Mad Maxa” trzyma szpony na czymś, co może być parapetem okiennym w jednej z post PGR-owskich wsi, szyną kolejową po kradzieży w celu wyniesienia na złom, lub karniszem, na których nasze mamy i babcie wieszały firany na tak zwanych „żabkach”.  Napis jest równie zmyślny i w zamierzeniu miał przypominać czołówkę horroru. W praktyce jednak są to bardziej „Opowieści z Krypty” albo logo jakiejś gry na konsolę Pegasus, które z reguły zjeżdżało z góry ekranu w rytmie 8-bitowego wybuchu (kto nie grał w Contra, nie wie co to gry).

Drużyna istniała zaledwie cztery sezony a 75 procent z nich kończyło się ujemnym bilansem bramkowym, więc nietrudno się domyślić, ze porażek również doznali więcej, niż zwycięstw. Ich największym sukcesem było to, że przez chwilę byli farmą czy to Carolina Hurricanes, czy to Florida Panthers. Ekipa rozpadła się jednak szybciej niż Michael Jackson i kampania 98-99 była ich ostatnią. Kiedy zawodnik drużyny zdobywał gola i odwracał się do kamery, miało się wrażenie że to ta nowa opcja w serii gier NHL, w której można było dodawać własne logo do własnej zmyślonej drużyny. W rzeczy samej wkurzony gremlin wyglądał jak słaby pomysł jeszcze słabszego sześciolatka.

Denver Spurs

Kolejny jakże „morowy, dziarski i w dechę” pomysł na graficzną prezentację swojej drużyny. Wymyślmy cokolwiek, co kojarzy się z naszym położeniem geograficznym lub administracyjnym, i przypie*****y do tego łyżwy. Kiedyś lekcji tej nie odrobili inni geniusze hokeja River Frogs, którzy postanowili wsadzić upośledzoną ropuchę na parę łyżew . W efekcie zostali kilkanaście lat temu okrzyknięci ekipą z 4 najbrzydszym logotypem w historii ligi. Spurs stwierdzili, że ponieważ Colorado to stan mocno kowbojski (w końcu Colorado założyła nikt inny jak Dr. „Mikejla” Quinn) to buty z ostrogami na łyżwach będą wyśmienitym pomysłem. Ekipa aż podłożyła się wszystkim fanom futbolu amerykańskiego i szybko stała się pośmiewiskiem. Pośmiewisko zaczęło się w roku 1968, a skończyło w 76, więc na szczęście długo nie potrwało.

Dość powiedzieć, że wybitnym mózgiem całej operacji był niejaki Ivan Mullenix – człowiek, który stał za sterami potęgi NHL – California Golden Seals – drużyny która zasłynęła dwiema rzeczami. Po pierwsza miała tak paskudne stroje, że wstyd było w tym grać nawet w NHL, a po drugie wypuścili kiedyś na lodowisko żywą fokę w ramach inauguracji sezonu, a foka ze stresu „wzięła i umarła”. Nic więc dziwnego że buty kowbojskie na łyżwach nie przetrwały śmiałych pomysłów właściciela.

Macon Whoopee

Tu proszę Państwa mieliśmy prawdziwy rarytas – drużyna, która pod tą nazwą istniała zaledwie jeden sezon (relokowała się co najmniej trzykrotnie), ale logotyp, jak i nazwa mają swoją historię równie obleśną jak to, co musieli na koszulkach nosić hokeiści klubu. Ekipa pochodziła z Macon w stanie Georgia, które absolutnie nie słynie z występowania tam żurawi – jeśli tam są, to ich liczba nie powaliła na tyle, by z tego słynęli). W związku z tym oczywiście drużyna przyjęła  tego ptaka jako swoje logo. Dlaczego? O tym za chwilę.

Nazwa również nie była przypadkiem. Ekipa, która ostatecznie przestała istnieć w 2001 roku nazwała się „Whoopee” co w pierwszej chwili przywodzi na myśli słowo „hurra”. Nic bardziej mylnego. Macon Whoopee brzmi niemal jak „Makin’ Whoopee” , co było tytułem programu telewizyjnego, którego tematyka sprawiła, że wyrażenie to oznaczało po prostu „ruchanko” albo „robienie bzykanka”. Tak proszę państwa, drużyna nazwała się „Ruchanko”.

Żuraw natomiast pojawił się tam dlatego, że istnieje w USA gatunek tego ptaka o nazwie „Whooping Crane”. Dla nas to po prostu żuraw krzykliwy, ale z poprzedniego paragrafu nietrudno wywnioskować, że dla kibiców był to „żuraw-ruchacz” albo „ruchający żuraw”. Nic więc dziwnego, że frekwencja na spotkaniach nie była powalająca. Absolutnym intelektualnym nokautem był do tego fakt, że maskotka-żuraw była w towarzystwie pszczoły, co również miało swą etymologię seksualną. Otóż „birds and bees” czyli „ptaki i pszczółki” oznacza po prostu stosunek seksualny. I jak tu nie zabrać żony i trójki dzieci na mecz Ruchanka z ruchającym żurawiem i pszczołą?

2 KOMENTARZE