Przedstawiamy kolejne tłumaczenie fenomenalnych tekstów ukazujących się na łamach portalu The Players Tribune, tym razem jest to smutna i wzruszająca historia Adama Estocleta, który opowiada o poważnych skutkach zwykłego zderzenia na lodowisku. Przekład oryginalnego tekstu możecie przeczytać poniżej.

To były moje pierwsze święta Bożego Narodzenia w domu od 10 lat. Moja rodzina tradycyjnie organizuje wielkie rodzinne spotkanie – zjeżdżają się ciocie, wujkowie, babcie. Jest indyk, piwo, opowieści i mnóstwo śmiechu. Słyszę, jak wszyscy wchodzą i pytają: gdzie jest Adam? Dźwięk ich stóp jest jak grzmot. Łamie mi mózg. Miałem być tym super zawodowcem, który grał w hokeja w Europie i miał same szalone historie. Zamiast tego chowam się w piwnicy. Wszystkie światła są wyłączone, a ja dosłownie leżę w pozycji płodowej z zatyczkami w uszach, mam zamknięte oczy i nie mogę opanować płaczu.

Schodzi do mnie moja mama – widzi, że akurat jestem w trakcie kolejnego nerwowego załamania. Wie, że nic nie może zrobić. Po prostu siedzi obok i przytula mnie jak każda mama. “Przepraszam. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje.” “Nie, to ja przepraszam. Chciałabym ci jakoś pomóc…”. Siedzimy i płaczemy razem.

Nie mam depresyjnej historii. Nigdy nie brałem sterydów, nigdy się nie biłem, nie jestem jakimś półgłówkiem. Jestem zawodowym hokeistą, mam dyplom z Dartmouth, uczelni zaliczanej do Ligi Bluszczowej. A jednak dzisiaj jestem cieniem samego siebie.

image18

6 miesięcy temu, po zderzeniu z kolegą, moje życie przewróciło się do góry nogami. Rozpoczynałem mój piąty sezon w karierze, przygotowywałem się do ligi z moim zespołem, BIK Karlskoga ze szwedzkiej ligi Allsvenskan. To była super sytuacja – fajne miasto, świetni koledzy, niezłe pieniądze, miałem tylko 26 lat. Liczyłem na sezon życia. Tego feralnego dnia na treningu zderzyłem się z kolegą. Nic spektakularnego, niewielka kolizja, w której uderzył mnie w szczękę, lecz z jakiegoś powodu pozbierałem się dopiero po trzech sekundach. Pomyślałem: hmm, to było dziwne… Wróciłem do gry, ale w moich uszach cały czas słyszałem dzwonienie. Pamiętacie szkolny dzwonek, ten głęboki, niski ton? Grając w hokeja często go słyszysz, ale zwykle szybko przechodzi. Tym razem nie przeszło. Kiedy obudziłem się rano, słyszałem przeraźliwy dzwonek, miałem tunelowe widzenie, czułem… Niepokój. Obawę. Strach.

Najlepiej ujmę to w ten sposób: czułem się tak, jakbym dzień wcześniej balował do 6 rano i obudził się na ogromnym kacu. Chciałbym napisać, że poszedłem prosto do lekarza. Cóż – jestem hokeistą. Żartujecie sobie? Co miałbym mu powiedzieć? “Wiesz co, dziwnie się czuję, słyszę dźwięki i jestem zdenerwowany. Chyba dziś odpuszczę” Dajcie spokój, śmieję się od samego czytania. Grałem ze złamanym nosem, szczęką, pękniętymi kośćmi, szwami i bez zębów. Byłem na rocznym kontrakcie w Szwecji, najlepszym możliwym europejskim kierunku. Nie mogłem ryzykować posady, zwłaszcza, że miałem bardzo delikatne objawy. Nie wymiotowałem, jakoś specjalnie nie bolała mnie głowa… A więc nie przestawałem grać.

Tydzień później przyszedłem na trening i stało się coś zupełnie nowego. Światła w hali mnie oślepiały. Kiedy któryś z kolegów nie trafił w bramkę, dźwięk krążka uderzającego o bandę był dla mnie jak wybuch bomby. Stwierdziłem, że muszę porozmawiać z trenerem. Muszę przyznać, że zachował się świetnie – dostałem mnóstwo czasu, kazał mi wypoczywać aż poczuję się lepiej.

Odczekałem miesiąc. Siedziałem po ciemku z zatyczkami w uszach, nie robiłem absolutnie nic. Myślałem o hokeju, marzyłem o powrocie na lód i usłyszeniu tego “chrupnięcia” pod łyżwami, ale tak naprawdę spędziłem całe cztery tygodnie na kanapie. W mieście zaczęły krążyć plotki, że ten nowy amerykański gracz to alkoholik, klub go zawiesił i dlatego nie gra. Stwierdziłem, że jak najszybciej muszę wrócić na lód, tym bardziej, że bóle głowy odpuściły, a i dzwonienie w uszach było jakby mniejsze. Czułem się… OK.

Zadzwoniłem do trenera i dałem znak gotowości. Zagrałem w pierwszym meczu przed własną publiką, wygraliśmy a ja zdobyłem 3 punkty. Zagrałem w kolejnych 7 meczach, łącznie zrobiliśmy bilans 7-1 a ja zanotowałem 8 oczek. Każdy oglądający z boku mógłby stwierdzić, że jestem w świetnym zdrowiu. Tyle, że nikt nie wiedział co dzieje się w mojej głowie. Po ósmym meczu bóle głowy wróciły z taką siłą, że musiałem trzymać się rękami, a słuch stał się tak delikatny, że nie mogłem wytrzymać w szatni bez zatyczek. Siedziałem na ławce między zmianami i robiłem ćwiczenia na oddychanie, by opanować nerwy.

Po meczu wróciłem do domu i czułem się beznadziejnie. Byłem wykończony, ale nie mogłem zasnąć. Czułem wielki niepokój, nie mogłem złapać oddechu. Wstawałem do łazienki, by za moment znaleźć się w kuchni i zastanawiałem się, co chciałem zrobić. Strasznie się przestraszyłem. Poszedłem do lekarza, który pomacał mnie po twarzy i rękach i stwierdził, że wszystko jest w porządku. Inny doktor diagnozował, że problem leży po stronie psychologicznej. Przesiedziałem cała noc w internecie szukając każdej możliwej informacji o wstrząśnieniach mózgu. Byłem u kręgarza, u osteopaty, na akupunkturze… W aptekach zostawiłem chyba z tysiąc dolarów.

Nikt nie był w stanie mi pomóc. Nie winię szwedzkich lekarzy, to problem ogólnoświatowy. Nikt nie wie, co dzieje się w twojej głowie. Miałem rezonanse, prześwietlenia, tomografie… Nic się nie pokazało. A jednak coś w środku sprawiało, że stawałem się cieniem człowieka. Postanowiłem, że zadzwonię do rodziców: “Rozwiązuję kontrakt. Wracam do domu, potrzebuję pomocy”.

Pomyślałem, że przyjadę do domu, pobędę z rodziną, wypocznę i kłopoty przejdą same. Miesiąc później leżałem w piwnicy podczas wigilii i nie mogłem powstrzymać łez. Nie byłem smutny, nic złego się nie stało, ale i tak się rozkleiłem.

97181037152156_7817756948539146814_n

Mama kupiła na rodzinną imprezę papierowe tacki i plastikowe sztućce, bo dźwięk stali hałasującej o ceramiczny talerz był dla mnie nie do zniesienia. Poprosiła gości, by starali się zachowywać możliwie cicho i porozumiewali się najlepiej szeptem. To nie żart, choć gdybyście znali moją rodzinę to pękalibyście ze śmiechu. A kilka dni wcześniej zacząłem sobie radzić coraz lepiej. Wychodziłem na spacery po sąsiedztwie, poddawałem się coraz to rozleglejszym badaniom neurologicznym, jednak cały czas miałem wypoczywać.

Słyszałem moją całą rodzinę na piętrze, wszyscy chodzili na paluszkach i mówili do siebie półgłosem. To ludzie, których kocham, a po prostu nie mogłem się ruszyć. Nie poszedłem do góry. Zamroziło mnie. W tym momencie przeżywałem chyba doświadczenia pozacielesne – widziałem samego siebie leżącego na kanapie i myślałem: Boże, to ja jestem tym gościem, o którym się czyta. Jak do tego doszło? Zawsze byłem przyjacielskim, otwartym człowiekiem, a dziś jestem wrakiem. Byłem całkowicie świadomy tego, co się ze mną dzieje, mimo to niczego nie potrafiłem zrobić. To było przerażające.

Przez kolejne 2 miesiące miewałem wzloty i upadki. Czułem się w porządku, kiedy nagle kompletna drobnostka sprowadzała mnie na samo dno. W styczniu obejrzałem film “Wstrząs”, po którym przez tydzień bolał mnie brzuch. Zastanawiałem się, czy ci ludzie z filmu byli zapowiedzią tego, co czeka mnie za 20 lat. Oglądanie TV bolało. Chodzenie bolało. Sprawdzanie wyników ligi szwedzkiej doprowadzało mnie do szału. Kiedy raz zobaczyłem na Instagramie zdjęcie bawiących się kumpli, przez cały dzień nie mogłem się pozbierać. Zabijałem czas układając puzzle z wielką ciężarówką Pepsi albo grałem w karty z rodzicami i babcią. Doktorzy w tym czasie ciągle powtarzali: “Cóż, wstrząśnienia mózgu to kłopotliwa sprawa. Konsekwencje mogą utrzymać się przez tydzień, a mogą przez rok. Po prostu nie wiemy. Wypoczywaj”.

Któregoś dnia dostałem maila od byłego profesora z Dartmouth, który dziś jest szefem badań nad wstrząśnieniami przy NCAA (związek uniwersytecki zrzeszający wszystkie ligi – przyp. red.). To zmieniło moje życie. Opowiedziałem mu o swoich codziennych problemach, a on skierował mnie do Jeffa Kutchera, neurologa z Uniwersytetu Michigan. Wg niego dr Kutcher był wielkim fachowcem, który ponadto właśnie otworzył neurologiczną klinikę sportową.

Popytałem o niego w środowisku i usłyszałem same pochlebne opinie. Wyleczył naprawdę wielu zawodników – już wówczas zdałem sobie sprawę, że to on będzie TYM, który mi pomoże. W moim położeniu każda pozytywna informacja była jak wygrany los na loterii. Wysłałem mu maila w piątek wieczorem, a już po kwadransie dostałem odpowiedź z zaproszeniem na poniedziałkowy poranek.

Kiedy dotarłem na miejsce, nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem. W klinice był wielki pokój, w którym stał stół do ping-ponga, elektryczna deska surfingowa i wielki ekran, na którym leciał mecz NHL. Spojrzałem na doktora z pytającą miną. Odpowiedział wzrokiem, że wkrótce się przekonam. Pierwsze trzy godziny spędziliśmy na klinicznej ocenie mojego zdrowia oraz chronologii występowania symptomów. Od razu go polubiłem, bowiem był pierwszą osobą, która zapytała mnie: “Dlaczego uważasz, że emocjonalne rozbicie to coś dziwnego? Oczywiście, że jesteś rozbity. Masz uraz mózgu. Od 20 lat codziennie wychodziłeś na lód. Twój umysł jest na to zaprogramowany, a teraz całe dnie spędzasz w ciemnościach. Naprawmy to”.

Obiecał, że da radę mi pomóc, ale wcale nie poprzez odpoczynek, tylko przez powolną rehabilitację i odbudowywanie organizmu. W tym momencie do gry weszła elektryczna deska surfingowa. Kazał mi na nią wejść, a kiedy włączył pierwszy bieg ledwo zdołałem ustać i nie zemdleć. “Nie obawiaj się. Za kilka tygodni będziesz balansować jak na morzu, jednocześnie odbijając piłeczki pingpongowe i opowiadając mi kto strzelił gola w oglądanym meczu. Twoja głowa musi zacząć łączyć ze sobą kilka czynności. W ten sposób cię naprawimy”.

Po wizycie wsiadłem do auta z mamą oraz babcią. Zaczęliśmy długą podróż do domu, a ja znowu nie mogłem powstrzymać płaczu. Na szczęście po chwili przestałem. Pomyślałem, że uda mi się pokonać przeciwności. Stanę na tej cholernej desce, poodbijam piłeczki i obejrzę hokej. Dzisiaj, 6 miesięcy później po najzwyklejszym zderzeniu, wciąż nie jestem w 100% zdrowy, jednak wygrzebałem się z bardzo mrocznego miejsca. To nie jest reklama kliniki dr Kutchera, tu nie ma szczęśliwego zakończenia… jeszcze.

Nadal miewam złe dni. Czasami budzę się i ogarnia mnie strach, że już nigdy wrócę na lód, lecz wciąż wstaję i walczę o powrót do zdrowia, zarówno fizycznego jak i mentalnego. Wierzę, że się uda. Nie piszę tego tekstu by obwinić cały sport, nie sugeruję też, by zabronić ataków ciałem w hokeju. Piszę, bo z identycznymi problemami zmagają się prawdopodobnie setki innych hokeistów i żaden z nich niczego z tym nie zrobi. Żaden. Sto procent z nich zignoruje sprawę, łyknie kilka tabletek, wróci na lód a za kilka dni zapadnie w kompletną ciemność. Wiem, bo sam tak zrobiłem. We wrześniu, już po wypadku, siedziałem w mieszkaniu czytając historię Bryce’a Salvadora i jego zmagań z wstrząśnieniem mózgu. Czytałem o zawrotach głowy, o dziwnym uczuciu, o nudnościach, o żałowaniu decyzji by grać z bólem. Przeczytałem to wszystko a i tak wróciłem na lód.

Pewnie myślicie, że jestem idiotą. Może tak jest, może wpisuję się w stereotyp głupiego sportowca. Może powinniśmy być mądrzejsi, niestety prawdziwe życie tak nie działa. Kiedy mam dobry dzień idę na lodowisko. Czasami uda mi się nie zwymiotować – wówczas dzwonię do ojca i mówię mu, że jestem gotowy do powrotu, a mój agent już szuka klubu. Tata wścieka się i przypomina, że jeszcze dwa dni wcześniej leżałem w łóżku z migreną i trzykrotnie wymiotowałem.

Nie jestem idiotą. Wiem, co się dzieje. Mam dyplom dobrej uczelni, mógłbym dostać prawdziwą pracę. Mógłbym zrezygnować i nigdy nie wrócić do sportu. Nigdy nie zawiązać łyżew, nigdy nie poczuć trzaskającego lodu pod ostrzem. Nie usłyszeć gwaru pełnej hali. Nigdy nie zdobyć ważnego gola w dogrywce. Mógłbym usiąść za biurkiem i cały dzień odpowiadać na maile, ale kogo chcę oszukać? Nie zastąpię tej adrenaliny. Jeśli lekarze powiedzieliby, że za 10, może 100 ataków stanę się roślinką w wieku 40 lat – wówczas byłbym przekonany, jednak nikt tego nie wie i nikt mi tego nie powie.

Pozostaję optymistą. Wierzę, że wrócę do pełni zdrowia i będę mógł robić to co kocham. Cały czas tylko o tym marzę. Jestem szczery. Sto procent zawodników czujących się w tak samo, pewnego dnia się obudzi i rozpłacze się bez powodu. A może choć jeden z nich będzie mądrzejszy, kto wie. Może sięgną po pomoc. Mój e-mail to adam.estoclet@gmail.com. Napiszcie w każdej chwili. I tak tylko tu siedzę układając puzzle.

NHL w PL nie rości sobie praw do oryginalnej treści powyższego tekstu i materiałów foto oraz nie pobiera żadnych korzyści z jego opublikowania. Materiał jest przetłumaczony w celu przybliżenia polskim kibicom NHL wiadomości ze świata najlepszej ligi hokejowej. Tłumaczenie jest własnością intelektualną NHL w PL.