Choćby i największy talent, czy też ulubieniec hal, gdy dopadnie go kontuzja, momentalnie zjeżdża z wyżyn swojej kariery i pokornie czeka na powrót do gry, wykonując żmudne i nieciekawe ćwiczenia, mające przywrócić mu pełną sprawność. Kontuzje to największa zmora wszystkich sportowców, a w tak trudnej i wyczerpującej dyscyplinie jaką jest hokej, to po prostu codzienność.

Każdy kogo dopadła dłuższa niedyspozycja niszcząca ciągłość gry pała żądzą jak najszybszego powrotu i udowodnienia sobie, a przede wszystkim ślepemu losowi, że się nie podda i będzie jeszcze lepszy, niż przed feralnym zdarzeniem.

Trudno wywierać wpływ na drużynę, chwalić się statystykami i marzyć o splendorze, kiedy nie można zagrać wszystkich gier sezonu zasadniczego albo być gdzieś blisko kompletu. Absencje niektórych zawodników mają kolosalny wpływ na wyniki drużyny. Jeżeli wykruszy się tak zwany filar, ciężko się pozbierać. Kilku hokeistów o takim właśnie statusie wraca po kontuzjach do gry i już nie mogą doczekać się rozpoczęcia kolejnej edycji ligowej.

Prześledźmy zatem pięć najbardziej gorących nazwisk, przy których jeszcze niedawno widniał czerwony krzyżyk znamionujący niedyspozycję. Pięciu facetów, którzy byli mocno nieszczęśliwy w poprzednim sezonie, a wraz z nimi ich drużyny, a teraz żyją wielkimi nadziejami i odliczają dni do rozpoczęcia rozgrywek.

Taylor Hall (New Jersey Devils)

Kontuzja kolana jakiej doznał 27-latek rodem z Calgary to chyba najdotkliwsza strata pośród wszystkich jakie przydarzyły się zespołom w poprzednich rozgrywkach. Bez Halla nie było mowy o play-offach, a jego 33 mecze niewiele w sumie pomogły „Diabłom”.

Brak ich lidera spowodował, że drużyna spadła na łeb, na szyję z ekipy znajdującej się w elitarnej szesnastce ligi do poziomu 29. klubu w tabeli. Bez Halla Devils to nie diabły, tylko jakieś dziwne stworki z ogonami, ale bez rogów i jakieś takie bezzębne. Ich wynik strzelecki w porównaniu z kampanią 2017/18, czyli jedyną w ostatnich siedmiu latach, kiedy awansowali do play-offów, był gorszy o 26 bramek.

Czy to były gole Halla, którego zabrakło? Zdecydowanie tak. W rozgrywkach 2017/18 pojawił się na lodzie 76 razy, co poskutkowało 39 trafieniami. Można zatem śmiało prognozować, że w ostatniej kampanii dałby radę uciułać 26 bramek w ciągu blisko pół setki spotkań, w których trudno go było szukać w meczowych protokołach. Ewidentnie dało się odczuć brak tego szybkiego gracza. Nikt nie wszedł w jego buty i nie był w stanie dostatecznie wypełnić powstałej luki.

Młody gniewny, czyli Nico Hischier próbował robić co mógł, żeby nie dało się odczuć aż tak bardzo braku Halla, ale to zadanie zbyt trudne. Szwajcar zrobił naprawdę dużo i chwała mu za to, jednak sukcesu nie udało się osiągnąć. Wychowanek EHC Visp pomimo, iż opuścił 13 spotkań fazy zasadniczej, zdołał osiągnąć bardzo zbliżone wyniki do tych z wcześniejszej kampanii, kiedy u boku Halla zaliczył komplet spotkań i uzbierał 52 punkty. Zdołał nawet zwiększyć swoją średnią meczową, co oznacza w tej sytuacji, że prawidłowo się rozwija i dojrzewa.

Hall wraca do gry z konkretnymi celami. Pierwszy, podstawowy, główny i najważniejszy to wprowadzić z powrotem „Diabły” do play-offów. Drugi, zdecydowanie bardziej osobisty – pokusić się o pierwszą w karierze trzycyfrową zdobycz. W rozgrywkach 2017/18 zabrakło mu naprawdę niewiele, bo zaledwie siedmiu „oczek”. Być może tym razem osiągnie ten cel. Swoją drogą ekipa z Newark zapowiada się przepysznie, jeśli spojrzeć na takie bakalie jak Hall, Hischier i draftowa jedynka Jack Hughes.

Matt Dumba (Minnesota Wild)

Kolejny zespół, który przypłacił „życie” kontuzją jednego z kluczowych zawodników to Minnesota Wild. Seria sześciu z rzędu awansów do fazy play-off skończyła się wraz z awarią górnej części ciała Matta Dumby. 25-latek będący podporą linii defensywnej „Dzikich” zdołał rozegrać raptem 32 spotkania i było to wszystko, co zaprezentował w kampanii 2018/19.

Co gorsza dla ekipy z St. Paul, grał wyśmienicie zanim dopadła go kontuzja. Zdążył uzbierać 22 punkty, strzelając przy tym 12 goli. Było pewne, że zaliczy swój snajperski rekord ustanowiony edycję wcześniej. Wtedy, zaliczając komplet spotkań pokusił się o 14 trafień, a ostatnio mając na liczniku 32 mecze brakowało mu do wyrównania tamtego wyniku tylko dwóch goli. Najprawdopodobniej Dumba nie tylko pobił swój najlepszy wynik, ale mógłby go wyśrubować do całkiem niezłych rozmiarów. Pewnie przekroczyłby spokojnie pułap 20 bramek, a to oznaczałoby osiągi na poziomie Erica Staala oraz Jasona Zuckera, czyli głównych strzelb „Dzikich”, będących w rankingu zaraz za Zachiem Parisem, czyli najskuteczniejszym hokeistą z St. Paul i klubowym królem strzelców poprzedniego sezonu.

Tak dobrym wynikom Dumby sprzyjały minuty, które dostawał od Bruce’a Boudreau, potwierdzającego jego kluczową pozycję w zespole. Statystycznie w każdym spotkaniu przebywał na lodzie 23 minuty i 23 sekundy. Był w ścisłej czołówce ekipy z St. Paul. Lepsi od niego byli koledzy defensorzy: Ryan Suter ze średnim czasem powyżej 26,5 minuty oraz Jared Spurgeon przebywający na tafli nieco ponad 24 minuty.

Draftowa siódemka z 2012 roku musi być wciąż rozpatrywana w kategoriach gracza perspektywicznego. Ma dopiero 25 lat, a zatem jeszcze najlepsze przed nim. W sezonie przed kontuzją uzbierał swojego dotychczasowego maksa czyli pół setki „oczek”. To szczerze powiedziawszy dość wysoko zawieszona poprzeczka. Czy Dumba jest w stanie przeskoczyć ją w nadchodzącej kampanii? Trudno to stwierdzić szczerze mówiąc, ale na pewno defensywa Wild odzyska swój pazur.

Dustin Byfuglien (Winnipeg Jets)

„Big Buff” odpoczywał blisko połowę rundy zasadniczej. Dokładnie nie pojawił się w 40 spotkaniach. W przypadku „Odrzutowców” brak tego kluczowego zawodnika nie doprowadził do takiej tragedii jak w  New Jersey Devils i Minnesota Wild. Podopieczni 52-letniego Paula Maurice’a spokojnie awansowali do play-offów. Znalazłoby się jednak coś, o czym można podyskutować. Coś co być może przez kontuzję kostki Byfugliena zakończyło szybciutko udział jego zespołu w rozgrywkach postsezonowych.

Otóż Nashville Predators wygrali Dywizję Centralną mając zaledwie jedno „oczko” przewagi nad Winnipeg Jets. Co to oznacza? Gdyby „Big Buff” mógł zagrać trochę więcej, to istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że jego zespół uciułałby jeszcze kilka „oczek”, a wtedy mistrzostwo dywizji byłoby na ich koncie. Nie chodzi o jakieś historyczno-statystyczne sukcesy w postaci liczby triumfów na poziomie grupy rozgrywkowej. Wiadomo, że sednem sezonu są play-offy. Gdyby Jets startowali z pole position Dywizji Centralnej to ominęliby na starcie St. Louis Blues, czyli ekipę, która zaczęła fatalnie, a potem po objęciu sterów przez Craiga Berube szła jak burza, zmiatając co popadnie. Niestety zmiotła również Jets i nie pomógł nawet świetnie usposobiony Byfuglien, który w sześciu meczach błyszczał, strzelając dwa gole i sześciokrotnie popisując się asystami.

Potężnie zbudowany hokeista z Minneapolis miał szansę na pobicie swojego rekordu kluczowych podań. W 42 meczach takich zagrań pokazał 27, a jego najlepszy wynik to 39. Dla zawodnika tej klasy znalezienie 13 asyst w 40 spotkaniach nie stanowi większego problemu.  Naprawdę szkoda, że tak pechowo ułożył się tamten sezon dla zdobywcy Pucharu Stanleya z Chicago Blackhawks z 2010 roku. Było widać, że jest w gazie.

Byfuglien ma już na karku 34 lata, ale trudno mówić o tym obrońcy w kategoriach starzejącego się gwiazdora. Czasu ma już coraz mniej – to fakt, ale jeżeli tylko zdrowie mu dopisze, to ma szansę powalczyć jeszcze o najwyższe trofeum. Tym bardziej, że jest w drużynie, która zasygnalizowała, iż stać ją na wiele, docierając do finału konferencji w sezonie 2017/18 z bardzo dużym wkładem Byfugliena. Skuteczniejsi od niego okazali się wtedy tylko Blake Wheeler i Mark Scheifele.

Vince Trocheck (Florida Panthers)

26-latek rodem z Pittsburgha to jeden z nielicznych przykładów faceta, który nie ma nawet 1,8 metra wzrostu, a radzi sobie świetnie w świecie hokeja zdominowanego dzisiaj przez gladiatorów, którzy mogą patrzeć z góry na takich jak on.

Los odpłacił mu w ostatniej kampanii za dwa sezony, w których robił komplety gier i pobił swoje najlepsze osiągnięcia. Zaraz po tym jak ustanowił wszystkie najważniejsze rekordy (75 punktów, 31 goli, 44 asysty) przyszło wielkie bum w postaci problemów z kostką. Z tego powodu był w stanie zaliczyć tylko 55 spotkań. Szczerze mówiąc, nie byłby to kolejny rekordowy sezon, gdyby udało mu się go rozegrać w całości. Na pewno byłby lepszy dla „Panter” z nim niż bez niego.

Zespół z Sunrise to jeden z ligowych outsiderów. Już trzy lata ich walka o play-offy okazuje się bezskuteczna i to nawet wtedy, gdy Trocheck zrobił te swoje niepowtarzalne 75 „oczek”, a Aleksander Barkov dołożył 78 kolejnych. Łatwo sobie wyobrazić, czym dla drużyny takiego pokroju jest strata jednego z liderów, skoro nawet będąc w pełnym zestawieniu nie są w stanie wedrzeć się do najlepszej szesnastki ligowej.

Nie można tracić nadziei… chciałoby się powiedzieć. Ale może to nie będzie tylko pusty slogan dla ekipy „Panter” w nadchodzącym sezonie. Zdrowy Trocheck to oczywiście niepodważalna wartość dla drużyny ze słonecznego stanu, tak jak i solidny bramkarz w osobie Siergieja Bobrowskiego, który właśnie przyszedł z Columbus Blue Jackets oraz specjalista od zdobywania Pucharów Stanleya na ławce w postaci trenera Joela Quenneville’a. Czterokrotny triumfator tego trofeum przychodzi do Sunrise, żeby mocno potrząsnąć zaspanymi kotkami i przypomnieć im, że noszą bluzy, na których widnieje waleczna pantera.

Paul Stastny (Vegas Golden Knights)

Mający 33 lata Stastny to jeden z najstarszych zawodników „Złotych Rycerzy” w poprzedniej kampanii. To również jeden z najskuteczniejszych zawodników tego zespołu pomimo, iż kontuzja dolnej części ciała wyeliminowała go z 32 gier fazy zasadniczej. I tak zdołał zdobyć 42 „oczka”, ustępując w klubowym rankingu jedynie Jonathanowi Marchessaultowi, Williamowi Karlssonowi, Reilly’emu Smithowi i Alexowi Tuchowi.  Dwóch pierwszych zaliczyło komplet gier, a dwóch kolejnych opuściło ich raptem po osiem każdy. Przy czym rekordem Knights było 59 punktów Marchessaulta. To pokazuje w jakiej formie był Stastny oraz jaką odgrywa rolę w ofensywie ekipy z Las Vegas.

Wspomniana kontuzja spowodowała, że Stastny wszedł do gry nieco później, choć trzeba przyznać, że jego koledzy ambitnie walczyli pod nieobecność urodzonego w Kanadzie byłego reprezentanta USA. Tym bardziej kiedy się pojawił i dołożył swoje 13 bramek oraz 29 asyst, stało się jasne, że najkrótsza z możliwych, tradycja występów Golden Knights w play-offach zostanie podtrzymana. Swoją dobrą pracę wykonał również menedżment klubu w postaci ściągnięcia Marka Stone’a z Ottawa Senators. Niestety los nie był łaskawy dla zawodników Gerarda Gallanta, którzy w kontrowersyjnych okolicznościach pożegnali się  z walką o Puchar Stanleya już w pierwszej rundzie, gdzie odpadli z San Jose Sharks.

Stastny jest bardzo ważnym ogniwem całej układanki w stolicy światowego hazardu. Teraz gdy znów jest zdrowy i gotowy do gry od pierwszego dnia sezonu, Golden Knights mogą snuć swoje plany na wywalczenie głównego trofeum, wspominając swój debiut sprzed dwóch lat i awans do wielkiego finału, gdzie Aleksandr Owieczkin i spółka zabrali do stolicy USA pierwszy puchar w dziejach waszyngtońskiego klubu.

Aby „rycerskie” wizje mogły się urzeczywistnić potrzebni będą hokeiści, którzy play-offów nie znają jedynie z telewizji i opowiadań, ale mający spore doświadczenie z tego etapu sezonu. Stastny jest wprost idealny do tego zadania. Zdążył już 79 razy wyjeżdżać na lód w postsezonowej rywalizacji. Ma niezłą średnią punktową w tej fazie. To średnio 0,73 „oczka” na mecz. Od sześciu lat regularnie uczestniczy w play-offach. Członek Drużyny Gwiazd mistrzostw świata w 2013 roku sposobi się do swojego drugiego sezonu w Las Vegas, mając nadzieję na pierwszą kampanię w tym mieście, w której udowodni od początku do końca swoje wciąż niebanalne umiejętności.