Informacja o tym, że czołowy polski hokeista Alan Łyszczarczyk dostał kontrakt w lidze ECHL i powalczy o miejsce w składzie jednej z drużyn AHL obiegły media kilka dni temu, liczyły po mniej więcej 500-600 słów. W naszym Raporcie Specjalnym sięgamy jednak dużo głębiej. Przybliżamy wam ligę ECHL i nową drużynę Polaka. Zaglądamy do AHL i do ekipy, w której Alan będzie przechodził testy.

Wyjaśniamy jakie zasady rządzą tymi rozgrywkami, jak funkcjonują ‘powołania’ do klubów NHL, z którymi współpracują te drużyny. Sprawdzamy z kim będzie grał Łyszczarczyk, kto będzie jego trenerem, ile ma szansę zarobić i przede wszystkim jakie jest prawdopodobieństwo, że przebije się do najlepszej ligi świata. Autorami raportu liczącego sobie cztery tysiące słów są Dawid Antczak, Adrian Kowal i Michał Ruszel.

Wiedza ogólna, czyli wstęp

Czołowy polski hokeista Alan Łyszczarczyk podpisał kontrakt z Fort Wayne Komets z amerykańskiej ligi ECHL. Polak powalczy też jeszcze o grę na zapleczu NHL, będzie testowany przez Chicago Wolves z AHL. W poprzednich latach urodzony w Nowym Targu zawodnik, występował w jednej z najlepszych juniorskich lig świata Ontario Hockey League.

Mimo kilku dobrych sezonów, okraszonych 251 meczami, 87 bramkami i 118 asystami, nie został doceniony przez skautów i menadżerów NHL. W drafcie, czyli naborze młodych zawodników, nie został wybrany przez żaden z klubów najlepszej ligi świata. 21-latek nie rezygnuje jednak z marzeń i nie chciał wrócić do Europy.

Do tej pory było czterech Polaków wybranych w drafcie NHL (Mariusz Czerkawski, Patryk Pysz, Krzysztof Oliwa i Marcin Kolusz). Dwóch z nich zagrało w tych rozgrywkach. Krzysztof Oliwa zdobył Puchar Stanleya w sezonie 1999/2000 w barwach New Jersey Devils.

ECHL przedsionkiem najlepszej ligi świata

Liga Hokejowa Wschodniego Wybrzeża, czyli East Coast Hockey League (ECHL) uważana jest powszechnie za trzecią najważniejszą w Ameryce Północnej, zaraz po NHL i AHL. Większość drużyn to „farmy” ekip grających wyżej, stąd też można powiedzieć, że ECHL to najniższy stopień, który pozwala marzyć w realny sposób o grze w najlepszej lidze świata.

Jakie są na to szanse? Spójrzmy w liczby. W chwili rozpoczęcia poprzedniej kampanii NHL w składach klubów tej ligi było 66 graczy z przeszłością w ECHL. Była to 16. edycja z rzędu, w której sezon w NHL rozpoczęło ponad pół setki zawodników z przeszłością w ECHL.

Byłych zawodników tej ligi zabrakło tylko w jednej drużynie z NHL. Aż 25 z 31 zespołów najlepszej ligi świata ma swoje filialne drużyny w ECHL. Poprzednia kampania była 22. z rzędu, w której ponad 20 ekip z NHL miało swoje „farmy” w rozgrywkach Wschodniego Wybrzeża.

W NHL pracuje 42 trenerów, którzy wcześniej zajmowało się prowadzeniem ekip z ECHL. Wśród nich są takie gwiazdy jak Bruce Cassidy z Boston Bruins, Jared Bednar z Colorado Avalanche, Bob Boughner – były szkoleniowiec Florida Panthers, a obecnie asystent w San Jose Sharks, Bruce Boudreau z Minnesota Wild, Peter Laviolette z Nashville Predators, czy Todd Reirden z Washington Capitals. Trzydziestu trzech sędziów najlepszej ligi świata wcześniej gwizdało w ECHL.

Licznik graczy, którzy w całej historii współzawodnictwa na Wschodnim Wybrzeżu trafiło później do najlepszej ligi świata wskazuje liczbę 661, w tym 19 zadebiutowało w rozgrywkach 2018/19. Przełomowym momentem w dziejach ECHL, istniejącej od 1988 roku, był sezon 2002/03, kiedy przyjęto założenie, że głównym celem tych rozgrywek będzie wyszkolenie zawodników dla ekip AHL i NHL. Od tego czasu na tafle najlepszej ligi świata trafiło przez ECHL 468 hokeistów.

Z ECHL po Puchar Stanleya

To, że awans do składu drużyny z NHL jest możliwy bezpośrednio z ECHL świadczy wiele różnych historii. My wybraliśmy trzy niedawne, które pokazują, że jest to możliwe również w przypadku Łyszczarczyka. Bramkarz Ken Appleby najpierw spędził trzy sezony w lidze OHL w zespole Oshawa Generals, a następnie będąc w takim samym miejscu jak Alan obecnie, skierował swoje kroki do Adirondack Thunder, jednocześnie starając się załapać do AHL, co poskutkowało ośmioma meczami w Albany Devils. W następnym sezonie proporcje już się odwróciły. Pojawiło się nawet powołanie do składu New Jersey Devils, ale jeszcze bez debiutu. W trzecim sezonie Appleby wreszcie doczekał się pierwszych trzech spotkań w barwach „Diabłów”. W ostatniej kampanii Kanadyjczyk dzielił swoją grę pomiędzy Manitoba Moose w AHL i Jacksonville IceMen w ECHL. Historia na razie nie ma szczęśliwego zakończenia w postaci regularnej gry na taflach NHL, ale 24-latek wciąż pozostaje w kręgu zainteresowania najlepszych ekip świata.

Jeszcze lepiej wyglądała sprawa z grającym na tej samej pozycji Collinem Delią, który już w pierwszym roku gry w Indy Fuel zdołał rozegrać dwa spotkania w Chicago Blackhawks. W poprzednim sezonie aż 16 razy stawał między słupkami „Czarnych Jastrzębi”, a w pozostałym zakresie występował już tylko w Rockford IceHogs z AHL. Tam najprawdopodobniej rozpocznie najbliższą edycję, ale ekipa z Chicago postanowiła podpisać z nim kontrakt.

Swoją przeszłość w ECHL mają tacy zawodnicy jak Josh Brown, Jordie Benn, Ben Chiarot, Antoine Roussel, Luke Glendening, Nathan Walker, Yanni Gourde, niemiecki dwukrotny zdobywca Pucharu Stanleya – Tom Kühnackl i wielu, wielu innych. W rozgrywkach 2018/19 były trzy przypadki zawodników, którzy w tej edycji ligowej zaliczyli mecze zarówno w NHL, jak i w ECHL. To Kaden Fulcher z Detroit Red Wings, Marcus Hogberg z Ottawa Senators i Kole Sherwood z Columbus Blue Jackets.

Ostatni sezon był 19. kolejnym, w którym wśród zdobywców Pucharu Stanleya znaleźli się byli zawodnicy ECHL. W ubiegłym roku to grono tworzyli: Jay Beagle, Philipp Grubauer oraz Braden Holtby, natomiast w barwach St. Louis Blues w tej lidze występowali bramkarze Jordan Binnington i Evan Fitzpatrick. W ostatnich play-offach NHL wystąpiło 32 byłych graczy ECHL oraz 20 trenerów pracujących kiedyś w tej lidze. Był to 14. kolejny sezon, w którym ponad 30 graczy ECHL dostąpiło zaszczytu uczestniczenia w rozgrywkach postsezonowych w NHL. To jednocześnie 15. rok z rzędu, gdy w play-offach pojawiło się co najmniej sześciu byłych szkoleniowców ekip ECHL.

O kokosach zapomnijmy, czyli ile zarobi Alan

ECHL podlega wzorem NHL ograniczeniom płacowym, ale „czapka zarobków” działa w tym przypadku nieco inaczej, ponieważ limity są rozliczane tygodniowo. Jest to wywołane rotacjami w składzie, które następują w związku z powołaniami zawodników przez drużyny wyższych lig.

W ubiegłym sezonie obowiązywały dwie kwoty. Przez pierwszy miesiąc rozgrywek maksymalna suma zarobków mogła wynosić 13 470 dolarów. Dla wyjaśnienia dodam… na zespół. W dalszej części sezonu okrągłe 13 tysięcy. To górna granica, natomiast dolną określono kwotą 9 850 dolarów. W tej sumie zawierają się również zarobki graczy dołączających z klubów AHL. Maksymalna liczba zawodników w danym momencie w składzie drużyny z ECHL nie może przekraczać 20 hokeistów.

Podobnie jak w AHL zawodnicy ligi ECHL dostają wynagrodzenia nie tylko w czasie trwania sezonu zasadniczego, ale również w fazie play-off. W innym wypadku chyba dochodziłoby do zagłodzeń i innych wypadków śmiertelnych. Niskie pensje w ECHL trochę ratuje sytuacja, że kluby tej ligi mają obowiązek zapewnić swoim hokeistom zakwaterowanie. Biorąc pod uwagę, że sezon trwa 30 tygodni, średniej klasy zawodnik zarabia w ECHL coś koło 20 tysięcy dolarów. W przypadku rookie nie będzie to kwota wyższa niż 16,5 tysiąca.

Z punktu widzenia Łyszczarczyka istotne są progi zarobkowe pierwszoroczniaków. Tu warto zaznaczyć, że mianem rookie określa się zawodnika mającego na koncie mniej niż 25 meczów w hokeju profesjonalnym. Jego płaca w ECHL nie może być niższa niż 470 dolarów tygodniowo. Tak zwani gracze powracający są chronieni na poziomie wyższym o 40 dolców. Kim jest gracz powracający? Chodzi tutaj o zawodników, którzy widnieją w składzie zespołu na zakończenie fazy zasadniczej lub zostali zgłoszeni do play-offów, albo też rozegrali co najmniej 25 gier w profesjonalnym hokeju.

Jest jeszcze coś takiego jak opłata partnerska dotycząca współpracy z klubami z NHL lub AHL. Jej wysokość określona została na kwotę 525 dolarów tygodniowo i pod żadnym pozorem nie może być zwiększana, gdyż uznane to zostanie naruszenie limitu płac. Kluby nie mogą tego zapisu obejść w drodze unormowań przyjętych pomiędzy sobą. Nie ma możliwości, aby zmieniać jej kwotę na przykład poprzez dopłaty do kosztów podróży lub zakupu sprzętu.

W drodze po pierwszy Puchar Kelly’ego

Łyszczarczyk trafił do drużyny ze stanu Indiana, która powstała w 1952 roku. To ekipa, która od momentu powstania związana była z nieistniejącą już International Hockey League (IHL). Zdobyła siedem tytułów mistrzowskich w tych rozgrywkach. W międzyczasie, który trwał osiem lat zespół dołączył do United Hockey League, gdzie zdobył główne trofeum. Co ciekawe, te rozgrywki zmieniły nazwę na IHL, a „Komety” zaliczyły trzy triumfy pod rząd. W dorobku klubu z Fort Wayne jest jeszcze mistrzostwo Central Hockey League, choć Komets występowali tam tylko dwa lata. Zaraz po tym triumfie aktualny klub Łyszczarczyka dołączył do ECHL. Od razu trzeba sobie powiedzieć, że w tej lidze nie udało im się jeszcze wywalczyć głównego trofeum, czyli Pucharu Kelly’ego, choć zawsze uczestniczą w rozgrywkach postsezonowych, za wyjątkiem debiutanckiej kampanii 2012/13.

Zespół z Fort Wayne ma bogatą historię współpracy z klubami NHL. W sezonie 2014/15 rozpoczęli współpracę z Colorado Avalanche oraz z ich „farmerską” ekipą Lake Erie Monsters. Wszystko początkowo wyglądało bardzo dobrze i każda ze stron tego układu była zadowolona, stąd też podpisano umowę na kolejne dwa lata. Przy okazji zmieniono ekipę w AHL na San Antonio Rampage, ale nagle przed sezonem 2016/17 „Lawina” za porozumieniem stron rozwiązała umowę z Komets, choć ta miała obowiązywać jeszcze przez rok.

W związku z takim obrotem sprawy nie udało się już w trybie pilnym znaleźć żadnej ekipy z NHL, z którą można by szybko wejść we współpracę. Dopiero po zakończeniu rozgrywek na horyzoncie pojawili się Arizona Coyotes plus Tucson Roadrunners z AHL. Podpisano roczną umowę o współpracy, która nie została przedłużona. 21 sierpnia ubiegłego roku „Komety” rozpoczęły przygodę z trzecim już zespołem z NHL, którym został najmłodszy uczestniczący w rozgrywkach twór, czyli Vegas Golden Knights.

Dystans pomiędzy Rycerzami i Kometami

Organizacja z Indiany jest właśnie na etapie finalizowania swojego związku afiliacyjnego z Vegas Golden Knights – papierologia jeszcze nie została załatwiona, natomiast sprawa jest przesądzona i pozostaje kwestią czasu. W klubie liczą, że jej zasady będą korzystniejsze niż w poprzednim sezonie. Teoretycznie Fort Wayne podlegali pod Las Vegas już rok temu, lecz w praktyce współpraca była bardzo ograniczona – w głównej mierze dlatego, że struktury zawodnicze Golden Knights dopiero się zawiązywały. W efekcie przed rokiem Komets dostali pomoc w postaci zaledwie dwóch zawodników z ramienia Złotych Rycerzy. Podstawowym bramkarzem był Zach Fucale, a napastnik Matthew Weis zagrał “całe”6 meczów.

Zaplecze kadrowe czy też szeroko pojęta baza prospektów Vegas poszerza się z każdym sezonem, jest więc nadzieja, że w tym sezonie współpraca będzie bardziej owocna, tj. więcej zawodników trafi z Las Vegas bezpośrednio do Fort Wayne. Prawdopodobnie jednym z nich będzie znany Wam Dylan Ferguson – bramkarz, który w szalonym debiutanckim sezonie Vegas zaliczył pierwsze minuty w NHL! Co więcej, ze względu na rozwiązanie klubu Manchester Monarchs, dotychczasowej filii Los Angeles Kings, posiłki właśnie z tego klubu mają dotrzeć do Fort Wayne. Postacią łączącą Kings z Komets jest Robbie Laird, obecnie jeden z najważniejszych skautów Los Angeles, a w przeszłości gracz i trener Komets.

Niedaleko pada jabłko od Boudreau

Trenerem Łyszczarczyka będzie Ben Boudreau. To jego debiut w roli pierwszego szkoleniowca, choć realia klubu z Fort Wayne zna bardzo dobrze, ponieważ przez ostatnie pięć lat asystował Gary’emu Grahamowi, który wyjechał z Ameryki Północnej i poprowadzi na zapleczu KHL chiński ORG Pekin. 34-latek z St. Catharines z prowincji Ontario będzie 29. trenerem w historii klubu z Fort Wayne.

A czy nazwisko Boudreau nie wydaje Wam się znajome? Oczywiście, że dobrze kojarzycie. Ben jest synem Bruce’a Boudreau, czyli głównego szkoleniowca Minnesota Wild. Jak to się mówi, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Słynny ojciec mniej słynnego syna ostatnie dwa sezony swojej kariery zawodniczej spędził właśnie w Komets. W swojej pierwszej kampanii w pomarańczowo-czarnym stroju w 81 meczach uzbierał 120 „oczek”, a jego 80 asyst było najlepszym wynikiem w zespole. W ogólnej punktacji zajął drugie miejsce w klubie. 64-letni dziś Bruce w Komets pracował jako główny trener w początkach swojej kariery. Prowadził ten zespół przez dwa lata.

Polskie nazwisko elektryzuje fanów w Fort Wayne

Największą radością dla fanów „Komet” jest fakt, że 28-letni Shawn Szydlowski zdecydował się kontynuować karierę w barwach ich ukochanego klubu. Amerykański prawoskrzydłowy trafił tam już przed sezonem 2013/14, pozostawał cały czas w tym klubie, wyskakując na krótkie kilkumeczowe wypożyczenia do różnych ekip z AHL. Przed rozpoczęciem ostatniej edycji zdecydował się na historyczny dla niego krok. Po raz pierwszy opuścił rodzinny kraj i zdecydował się zarabiać na życie w Norwegii jako zawodnik klubu Frisk Asker. Przygoda trwała zaledwie 11 spotkań i skończyła się czterema bramkami oraz trzema asystami.

Szydlowski to absolutny lider „Komet”. Przez trzy ostatnie sezony przed wypadem do krainy fiordów był najskuteczniejszym zawodnikiem ekipy z Fort Wayne, a zanim rozstał się z ojczyzną, odebrał tytuł MVP ligi ECHL oraz okazał się jej najskuteczniejszym jej hokeistą. Oczywiście tytułu najbardziej wartościowego odbierał również w klubowych głosowaniach, gdzie uznawano go także najlepiej defensywnie grającym napastnikiem. Dwukrotnie wybierany był do Drużyny Gwiazd ECHL. W 2011 roku Szydlowski podpisał trzyletni kontrakt wejściowy z Buffalo Sabres, ale nigdy w tej drużynie nie było dane mu wystąpić.

Obecnie z klubem z Fort Wayne kontrakty podpisało już 11 hokeistów. Oprócz Szydlowskiego starty na lodowiskach AHL ma za sobą jeszcze tylko 26-letni skrzydłowy Brady Shaw, który co roku dostaje swoje szanse na zapleczu NHL, ale jak na razie nic z tego nie wynika.  Łyszczarczyk nie będzie jedynym ligowym debiutantem w składzie Komets. Najbardziej zbliżoną sytuację do niego ma bramkarz Stephen Dhillon, który przychodzi do ECHL po pięciu sezonach w OHL. Obrońca Eric Israel ostatnie cztery kampanie spędził w najlepszej akademickiej lidze świata, czyli w NCAA, natomiast środkowy Matt Boudens po trzech sezonach w QMJHL zaliczył pięć edycji ligowych w uniwersyteckiej USports. Ostatni nabytek to 21-letni Taylor Ross z czteroletnią przeszłością w juniorskiej WHL.

Na salony najlepiej przez AHL

Czym jest liga AHL w całej hierarchii hokejowej w Ameryce Północnej każdy z nas wie. To tak jak w dawnych czasach w zamkach i pałacach pomieszczenie, w którym oczekiwało się na audiencję u koronowanej głowy (to patrząc z dołu hokejowej drabinki lig), ale to też miejsce gdzie trafiali ci, których król już nie chciał nigdy więcej oglądać, a niekoniecznie zasługiwali na loch lub ścięcie (to patrząc z perspektywy NHL).

Zamiast opisywać same rozgrywki o Puchar Caldera chyba lepiej skupić się na tym w jakie zasady obowiązują w powoływaniu zawodników tej ligi i ECHL do składów ekip NHL, czyli gorący temat dla każdego polskiego kibica, który chce wiedzieć w jaki sposób i kiedy Łyszczarczyk może zadebiutować na taflach najlepszej ligi świata. Zanim do tego przejdziemy dokonajmy tylko przysłowiowego rzutu oka na to ilu graczy z przeszłością w AHL znalazło się w klubach NHL przed rozpoczęciem ostatniego sezonu. W tym z pomocą przyjdzie nam grafika, a dodajmy, że było ich dokładnie 660, co stanowi blisko 87 procent wszystkich zawodników. Wniosek: oj trzeba się postarać, żeby do NHL trafić innymi drzwiami niż wiodącym z American Hockey League.

Windą do nieba bram

System spadków i awansów indywidualnych jest prosty i czytelny w swojej formule. Na czele piramidy jest NHL, która jest ziemią obiecaną dla każdego hokeisty. Jeśli klub NHL potrzebuje w trakcie sezonu uzupełnić swój skład na skutek na przykład kontuzji, któregoś z graczy, to bierze zawodnika z AHL, a w związku z tym, że to piramida i klocki się sypią, najczęściej ekipa z AHL powołuje wtedy kogoś na wolne miejsce z ECHL, no a ci trzeci w hierarchii sięgają ku pokryciu luk do SPHL, czy jeszcze innej niższej klasy rozgrywkowej.

System jest dobrze skrojony pod potrzeby wszystkich, o ile ci z niższych lig od NHL rozumieją swoją funkcję usługową względem „Królowej”. Przede wszystkim to duża szansa dla zawodników, którzy nie dostali się przed sezonem do składów ekip z NHL, na to, aby jednak zasmakować tego raju, a może i osiedlić się tam na stałe. Nawet jeśli tak się nie stanie, to chwilowe powołanie do drużyny NHL pozwala zobaczyć jak funkcjonuje hokej na najwyższym poziomie, posłuchać rad i opinii trenerów z top level, a poza tym to znak, że ktoś tam w tym NHL ma na danego gracza oko i warto się przyłożyć jeszcze bardziej do pracy, bo w przyszłości spełnienie marzeń jest całkiem realne.

Jak to zwykle w życiu bywa, w przypadku wypożyczeń z wyższej ligi do niższej problemów nie ma żadnych. Zdegradować kogoś można łatwo i szybko. Żadnych ceregieli. Ale aby pójść szczebel wyżej, to już nie jest takie proste, lecz z drugiej strony nie niemożliwe.

Zawodnicy z ECHL, aby móc wystąpić w kilku spotkaniach AHL muszą mieć z zawarty z klubem wyższej ligi kontrakt próbny. Jeżeli miałaby to być współpraca dłuższa wymagana jest standardowa umowa, którą posiadają hokeiści z American Hockey League.

Jeżeli chodzi o kolejny szczebel, czyli przejście z AHL do NHL w grę wchodzi zawarcie normalnego kontraktu w najwyższej lidze świata, stąd też nie ma możliwości, aby hokeiści filialnego klubu, ci którzy pozostają tam na kontraktach AHL, nagle tak po prostu wskoczyli do składu zespołu z NHL. Oczywiście zasady te dotyczą meczów ligowych, a nie spotkań przedsezonowych, w których jest miejsce na dowolne konfiguracje składów.

Wolna amerykanka płacowa

Nie każdy zawodnik grający w lidze AHL ma kontrakt zawarty z klubem w niej występującym. Jest całkiem spora grupa hokeistów, którzy są na umowach w ekipach NHL, ale na zasadzie nazwijmy to degradacji, znajdują się w składach American Hockey League.

Minimalna płaca w AHL wynosi 47,5 tysiąca dolarów. Kwota ta z roku na rok jest podnoszona. W przeciwieństwie do NHL, gdzie wynagrodzenie wypłacane jest tylko w sezonie zasadniczym, w AHL zawodnicy dostają je również w play-offach w zależności od liczby rozegranych spotkań.

American Hockey League znajduje się w samym środku drabinki profesjonalnego hokeja, stąd też możliwe są zarówno awanse, jak i spadki w kontekście ruchów kadrowych. Zawodnicy przychodzący na wypożyczenie z ECHL muszą otrzymywać wynagrodzenie w kwocie co najmniej 48 tysięcy dolarów kanadyjskich.

Co ciekawe w AHL nie ma czegoś takiego jak „czapka płac”. Nie obowiązują również limity zarobków. Nie ma ograniczeń co do liczby zawodników w składzie w sezonie zasadniczym. Nie występują również zakazy co do tego, aby współpracujące z klubami American Hockey League zespoły z NHL wspierały je finansowo w takiej kwocie jaką uznają za słuszną.

Ze względu na tę nieunormowaną sytuację płacową, AHL jest prawdziwą „wolną amerykanką” i dochodzi w niej do finansowych absurdów. Na przykład gracz będący na kontrakcie wejściowym w NHL, którego kwota nie przekracza miliona dolarów, zesłany do AHL, często jest czołową postacią swojej drużyny, a nawet całej ligi, ale równocześnie jest jednym z najgorzej opłacanych hokeistów. Gorzej zarabiają tylko zawodnicy z ECHL, którzy trafiają do AHL na wypożyczenie.

Wilczy apetyt

Gdyby Łyszczarczykowi udało się we wrześniu przebrnąć pomyślnie testy w Chicago to trafiłby do drużyny finalisty ostatniej edycji AHL. „Wilki” zdobyły już Puchar Caldera, ale było to w ich debiutanckim sezonie w 2002 roku, a także po raz drugi w 2008. Wcześniej dwa razy triumfowali w IHL.

Klub z Rosemont w ostatniej edycji świętował swoje ćwierćwiecze. O tym, że to czołowa ekipa AHL świadczą nie tylko dwa Puchary, ale także sześć tytułów czempionów konferencji i dziewięć zwycięstw w dywizji. „Wilki” od trzech sezonów kończą rozgrywki rundy zasadniczej jako najlepsza ekipa liga. Ekipa z Illinois jest „farmerskim” klubem Vegas Golden Knights. Od 2001 przez dekadę „Wilki” były „farmą” Atlanta Thrashers, a na skutek rozwiązania tego klubu „podpięły” się pod Vancouver Canucks na kolejne dwa lata. Współpraca nie okazała się na tyle owocna, żeby potrwała dłużej niż przez okres pierwotnie zaplanowany. Później nadszedł czas na bycie „farmą” St. Louis Blues, stąd też przeglądając stare składy ekipy z przedmieść Chicago można się natknąć na wiele postaci, które w tym roku wzniosły Puchar Stanleya. Przygoda „Wilków” z ekipą z Las Vegas zaczęła się od momentu, gdy „Rycerze” pojawili się w NHL, czyli od rozgrywek 2017/18.

Kolumbem nie będzie, nim był Borzęcki

Gdyby Łyszczarczyk zawitał do klubu z Rosemont to co ciekawe nie byłby pierwszym Polakiem w nim. Szlaki przetarł tam Adam Borzęcki, który po dwóch sezonach w QMJHL i jednym w ECHL, szukał swojej ścieżki do wielkiego hokeja. Kampania 2000/01 była dla niego wyjątkowa. Zdążył wystąpić  w pięciu klubach, w tym w czterech za Oceanem oraz w jednym meczu gdańskiego Stoczniowca. Najwięcej spotkań rozegrał wtedy dla Idaho Steelheads z ligi WCHL, ale zdążył również wpaść na dziewięć meczów do wilczej ekipy, która wtedy rywalizowała w IHL. Pobyt był krótki i nie można powiedzieć, że treściwy. Niestety Borzęcki nie wywalczył ani jednego „oczka”, a zatem jakikolwiek punkt Łyszczarczyka będzie debiutem dla biało-czerwonych w tym klubie.

Borzęcki kariery w „Wilkach” nie zrobił i na pewno niewielu kibiców z Illinois go pamięta, ale za to z całą pewnością zapamiętani zostaną albo ze swoich występów w Wolves, albo z tytułu późniejszych osiągnięć, takie tuzy jak: Jake Allen, Siergiej Andronow, Jordan Binnington, Iwan Barbaszow, Jay Bouwmeester, Chris Chelios, Joel Edmundsson, Dmitrij Jaškin, Kari Lehtonen, Colton Parayko, Zach Sanford, Shea Theodore i jeszcze kilku innych, których można podziwiać na taflach NHL.

Wietrzenie szatni

Najskuteczniejszym zawodnikiem Wolves w tak udanym ostatnim sezonie był 27-letni skrzydłowy Daniel Carr. Kanadyjczyk podpisał kontrakt z Nashville Predators, a jeżeli przebije się do składu meczowego tej drużyny, to będzie jego piąty sezon, w którym pojawi się na taflach NHL, jednakże nigdy nie udało mu się to w wymiarze pełnego etatu.

Klub z Rosemont opuścił również drugi z graczy, który miał w ostatnim sezonie na koncie 71 punktów, czyli najlepszy wynik w zespole. T.J.Tynan to mocna postać AHL z dorobkiem ponad 360 meczów w tej lidze i tytułem najlepiej asystującego hokeisty poprzedniego sezonu. W NHL jak dotychczas dostał tylko trzy spotkania w Columbus Blue Jackets trzy sezony temu. Vegas Golden Knights wytransferowali go do Colorado Avalanche, a w organizacji z Denver skierowany został do Colorado Eagles, będących ich „farmą” w AHL.

Szatnia Wolves uległa dość gruntownemu przewietrzeniu. Spośród pierwszej dziesiątki najskuteczniejszych graczy, dokładnie połowa zmieniła miejsce pracy. Najbliżej z nich pozostał Brandon Pirri, który poszedł wyżej w hierarchii organizacji i jest dołączony do składu „Rycerzy” z Las Vegas.

Inną drogę wybrali natomiast Tomáš Hyka i Brooks Macek. Obaj zdecydowali się na kierunek rosyjski i dołączyli do ekip z KHL. 26-letni Czech zagra w Traktorze Czelabińsk, natomiast Macek będzie zawodnikiem Awtomobilistu Jekaterynburg. Ten doświadczony Kanadyjczyk z niemieckim paszportem przed ostatnią kampanią wrócił do Ameryki Północnej po pięciu latach gry w DEL, gdzie dwukrotnie z Red Bullem Monachium sięgnął po mistrzostwo. Gra w Niemczech doprowadziła go również do srebrnego medalu olimpijskiego, który zdobył ze swoją nową ojczyzną w Pjongczang.

Kierunek KHL wybrał także Tyler Wong. W jego przypadku chodzi przede wszystkim o przeżycie takiej przygody jaką zafundował sobie jego kolega z drużyny. Macek na igrzyska dostał się jako Niemiec, a Wong liczy na to samo, ale w barwach Chin, które ściągają kogo mogą, żeby zbudować ekipę, która za trzy lata nie zbierze batów przed własną publicznością w Pekinie.

Takie wietrzenie szatni może okazać się korzystnym czynnikiem dla Łyszczarczyka. Jest to sygnał, że działacze są nastawieni na nowe twarze. To plus. Jest też minus. Odeszli liderzy zespołu, a zatem szukani są ich zmiennicy, zawodnicy nietuzinkowi, przez co poprzeczka wymagań idzie mocno w górę. Cóż, w końcu to czołowa drużyna bezpośredniego zaplecza NHL, czego innego zatem oczekiwać.

Młody gniewny

Przez dwa ostatnie sezony drużyną kierował 41-letni Rocky Thompson. Ten szkoleniowiec już od 2010 roku pracował w AHL w roli asystenta w Oklahoma City Barons, a nawet w kampanii 2014/15 na tym samym stanowisku zatrudniony był w Edmonton Oilers. Nie zapoczątkował tym swojej dobrze układającej się kariery w NHL, bo już w następnym sezonie był za sterami Windsor Spitfires. To zespół zaledwie juniorskiej OHL, ale Thompson dobrze wykorzystał ten czas doprowadzając drużynę do mistrzostwa Kanadyjskiej Ligi Hokejowej (CHL), czyli wywalczenia Pucharu Memoriałowego, który śmiało można nazwać odpowiednikiem Pucharu Stanleya w wydaniu juniorskim. Sukces poszedł w świat i po kolejnym roku spędzonym w Windsor, młody szkoleniowiec dostał szansę poprowadzenia drużyny seniorskiej, czyli chicagowskich „Wilków”.

Oby mu poszło jak Oliwie

Krzysztof Oliwa zdobywcą Pucharu Stanleya był. Koniec kropka. Bez dywagacji czy miał duży wkład, czy mały, czy powinien pobić więcej chłopów na lodowisku, czy też nie. Fakt jest faktem i tyle. Ale co to ma wspólnego z Łyszczarczykiem? Wspólny mianownik to magiczne skróty ECHL i AHL.

Życzymy Alanowi takiego doświadczenia w East Coast Hockey League jakie zebrał pan Krzysztof. Zaledwie 29 meczów. W zupełności wystarczy. Problem tylko w tym, że w przypadku Oliwy były to zawsze wizyty kończące dany sezon. Takie przypadki miał trzy, ale nie była to droga w górę, tylko w dół. Na szczęście te historie miały miejsce w początkowych latach jego pobytu za Oceanem. W ECHL zdobył gola oraz cztery asysty. Jeszcze ważny szczegół. W tych 29 meczach przesiedział na ławce kar 150 minut. Niezły wynik.

Jego gra w AHL to prawie w całości występy w Albany River Rats. Oprócz gry dla tej drużyny zaliczył też 14 spotkań w Saint John Flames. W Albany został zapamiętany bardzo dobrze, ponieważ przyczynił się do dwóch Trofeów Macgregora Kilpatricka, czyli odpowiednika Pucharu Prezydentów w NHL, no i dzięki 20 meczom w sezonie zasadniczym, zakończonych bramką i asystą oraz 77 minutami kar miał swój wkład w Puchar Caldera z roku 1995. Taką drogą szedł Oliwa zapamiętany z tego, iż jako jedyny Polak zaliczył triumf w najlepszej lidze świata w barwach New Jersey Devils.

Uzupełnieinie informacji i wywiad z Łyszczarczykiem

Od jednego z dziennikarzy relacjonujących mecze i poczynania Fort Wayne Komets dowiedzieliśmy się, że oczekiwania przed kolejnym sezonem są wysokie. Klub celuje w mistrzostwo, a wszystko poniżej drugiej rundy play-offów będzie ogromną porażką. Podobnie było rok temu, który zakończył się rozczarowaniem. W trakcie poprzedniej kampanii doszło do wielu transferów i nie inaczej może być teraz.

Jako drużyna ECHL ekipa ze stanu Indiana nie dostała zbyt dużego wsparcia ze swoich drużyn partnerskich z AHL i NHL. Problem we współpracy z Vegas stanowi wciąż mniejsza liczba kontraktów i prospektów, jakimi dysponuje najnowszy klub z najlepszej ligi świata. W rozgrywkach 2018-19 do Komets odesłano tylko dwóch zawodników których prawa należały bezpośrednio do Golden Knights. Przed następnym sezonem oczekuje się, że to wsparcie będzie większe, liczy się na 5-7 zawodników w tym jakiegoś bramkarza z doświadczeniem w ligach AHL/NHL.

Porażka z ekipą Toledo w fazie pucharowej, choć po walce 2-4, zakończyła się zwolnieniem poprzedniego trenera. Ruch bardzo odważny, którego istotę może obrazować fakt, że coach ten nigdy prowadząc Komety nie opuścił fazy play-off. Mimo to jego praca została oceniona negatywnie, a w jego miejsce pojawił się Ben Boudreau. To młody fachowiec, który dla wielu stanowi zagadkę. Jego warsztat stanowi jedną wielką niewiadomą, choć był już asystentem w poprzednim sztabie, to postawienie na niego uchodzi za ryzykowne.

Nowy trener to jednak dobra wiadomość dla nowych zawodników, a więc także dla Alana. Jego rządy rozpoczną się od ‘czystej karty’, kadra zespołu jest stosunkowo młoda. W zarządzie klubu nie ma jednak wiele cierpliwości, Fort Wayne gra w najtrudniejszej dywizji w ECHL i już po gorszym wejściu w rozgrywki może zacząć być gorąco.

Jako samo miasto Fort Wayne jest średniej wielkości, około 300 tysięcy mieszkańców to drugi co do populacji ośrodek miejski w stanie po Indianapolis. Położone jest trochę na środku niczego, niedaleko do granicy ze stanem Ohio, ale do najbliższego innego dużego miasta jest prawie 500 kilometrów. Sportowo miasto też gra w drugiej lidze USA, znajdują się tu ekipy G-League (zaplecze NBA), Midwest League (zaplecze MLB).

Hokej na poziomie ECHL odbywa się w hali Allen County War Memorial Coliseum, obiekcie który liczy już sobie blisko 70 lat, na który wejść może 12 tysięcy ludzi. Bilety na mecze można dostać od 20 dolarów na trybunie górnej do 60 za boksem kar lub przy bandzie. Rozgrywki ruszają 11 października, a pierwszy mecz Komet odbędzie się 13 dnia tego miesiąca (u siebie).

Co z dostępem ‘telewizyjnym’ do meczów, w których prawdopodobnie będzie brał udział Alan Łyszczarczyk? Istnieje na kilku płaszczyznach. Można wykupić dostęp do pojedynczego meczu, koszt tego w poprzednim sezonie wynosił 9 dolarów (35 zł). Można także zdecydować się na pakiety, wszystkie mecze danej drużyny, lub w ogóle wszystkie mecze ECHL. Ceny takich rozwiązań za nowy sezon będą podane w sierpniu na oficjalnej stronie ligi (https://echl.neulion.com/echl/home). Za 18/19 ceny wynosiły – na wszystkie mecze danej jednej drużyny 150 dolarów, za dostęp do wszystkiego jednorazowa opłata 200 dolarów.

Michał Ruszel: Prześwietliliśmy dosyć dokładnie Twój nowy klub czyli Komety z Fort Wayne. Trenerem jest tam Ben Boudreau, syn znanego Bruce’a szkolącego kluby NHL. A co ty wiesz o mieście i drużynie, z którą podpisałeś kontrakt?

Alan Łyszczarczyk – Dużym plusem jest na pewno fakt, że jest to ekipa z najwyższą frekwencja kibiców na meczach ECHL od trzech lat. Do ich tegorocznego składu dołączył również mój dobry kolega Brett McKenzie, z którym miałem okazje grać w jednym ataku w Owen Sound Attack. Myślę, że więcej na temat miasta dowiem się na miejscu.

MR: Czy były dla Ciebie inne oferty i jeśli możesz zdradzić to jakie one były? Inne kluby z ECHL, Europa, a może pytał ktoś z Polski?

AŁ – Otrzymałem wiele ofert między innymi z filii AHL/ECHL, czeskiej Extraligi. Padły też zapytania z Finlandii i Wielkiej Brytanii. Z Polski żaden klub się ze mną nie kontaktował. Mam jeszcze trochę czasu aby zagrać w Europie.

MR: Wybrałeś ofertę która pozwala na rozwój sportowy, ale czy finansowo także jesteś usatysfakcjonowany warunkami jakie ci zaproponowano?

AŁ – Postawiłem głównie na walkę o przebicie się wyżej. Z reszty też jestem usatysfakcjonowany, Mam szansę więc nadal ciężko pracować i spełnić marzenia.

MR: Tweet o Twojej decyzji został polubiony między innymi przez Nicka Suzukiego, a więc jednego z obiecujących młodych hokeistów walczących o występy w NHL. Dobrze się znacie, utrzymujecie kontakt?

AŁ – Tak z Nickiem się bardzo dobrze znam ponieważ przez dwa lata razem mieszkaliśmy. Do dziś mam z nim bardzo dobry kontakt. Nawet przy podpisywaniu kontraktu z Fort Wayne Komets rozmawiałem z nim o organizacji Vegas Golden Knights.

MR: 21-lat na karku, o Alanie Łyszczarczyku w perspektywie “juniora” musimy już mówić w czasie przeszłym. Jak podsumowałbyś ostatnie lata w swoim wykonaniu? Czy gdybyś mógł coś zmienić, podjąć inną decyzję, co by to było?

AŁ – Niczego nie żałuję. Dziękuje rodzicom, że mi zaufali i w wieku 13 lat puścili w świat. Dało mi to mnóstwo doświadczeń, pozwoliło spełniać marzenia między innymi o grze w najlepszej lidze juniorskiej świata. Poznałem wspaniałych kolegów i pokonałem wiele barier, jakie napotyka się w karierze sportowej. Mogę być naprawdę szczęśliwy, że wiek juniorski zakończyłem tak jak chciałem i oczywiście nie odnosząc żadnych kontuzji.

Chcesz mieć dostęp do całego portalu i wesprzeć naszą inicjatywę?

Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie. 15 złotych za miesięcznik złożony z 100 stron (średnia ilość artykułów w portalu) to uczciwa cena.

Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów. Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni15 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 180 dni72 zł
Anuluj

4 KOMENTARZE

  1. Dzień spóźnienia ale warto bylo, fajnie opisane, jak beda znane ostateczne sklady Wolves albo Komets(zaleznie gdzie Alan będzie gral,) warto wtedy dokładniej przyblizyc jego partnerów. Trzymamy kciuki, jestem dobrej myśli, po campsch dla maple leafs gdzie gral w lini z samym matthewsem camp w Chicago to dla niego pestka.

     
  2. Ode mnie pytanie z nieco innej beczki – nie jestem raczej w temacie lig juniorskich i chciałem dopytać jak wygląda przesiadka z OHL do ECHL pod względem wzrostu/spadku poziomu sportowego? Czy jest to duży przeskok?