Ani Danton Heinen, ani André Burakovsky nie należeli do czołowych postaci swoich zespołów. Zarówno jeden, jak i drugi dotarł do finału ligi. „Burak” w zeszłym roku zdobył Puchar Stanleya, a napastnik z Kolumbii Brytyjskiej w ostatnim sezonie w decydującym tarciu musiał uznać wyższość chłopaków z St. Louis. Jednego z tych dwóch działacze chcieli mieć na dłużej, a z drugim kombinowali jakby się go pozbyć.

Kiedyś jest ten pierwszy raz

Burakovsky do NHL trafił przez draft w 2013 roku. Miał dość wysoki numer. Znalazł swój klub jako 23. hokeista tamtego naboru. Po jego usługi sięgnęli działacze Washington Capitals. Chłopak był obiecujący, bo przychodził jako srebrny medalista mistrzostw świata juniorów młodszych. Zdobył dla Szwecji w pięciu meczach pięć punktów, w tym cztery z tytułu strzelonych bramek. Poza tym jako zawodnik Malmö Redhawks okazał się najskuteczniejszym hokeistą U17 w szwedzkiej ekstraklasie juniorskiej, w której musiał rywalizować z gośćmi starszymi nawet o trzy lata.

Osiadł w Waszyngtonie na sześć lat, ale na więcej już klub nie miał ochoty. Mając status zależnego wolnego agenta przeszedł do Colorado Avalanche w zamian za napastnika Scotta Kosmachuka i prawa wyboru w drugiej oraz trzeciej rundzie przyszłorocznego draftu. Finansowo wyszedł na tym na lekkim plusie. Oznacza to podwyżkę o 250 tysięcy w stosunku do tego, co otrzymywał przez ostatnie dwa lata, grając w Capitals. Kontrakt obowiązywać będzie przez najbliższy sezon.

Więcej się nie wykrzesze

Urodzony w austriackim Klagenfurcie hokeista może poszczycić się Pucharem Stanleya zdobytym w ubiegłym roku wraz z Capitals, ale jeżeli chodzi o jego statystyki to nie napawają one optymizmem. Od kiedy zadebiutował w „Stołecznych” ciągnęła się za nim liczba 12 i nie było sposobu, żeby skutecznie się jej pozbyć.

W rozgrywkach 2014/15 wystąpił w 53 meczach Capitals, zdobywając dziewięć goli. Jeśli dodamy do tego trzy trafienia w „farmerskich” Hershey Bears w AHL, to wychodzi dokładnie 12 bramek w sezonie. W następnej edycji było 17 goli, ale proszę sobie z tego nic nie robić. Kolejne trzy kampanie bez żadnych zakłóceń przyniosły po 12 trafień każda i to niezależnie od liczby zagranych meczów. Dwadzieścia mniej, czy dwadzieścia więcej różnicy nie robi, tuzin bramek musi być i tyle.

We wspomnianym sezonie 2015/16 uzbierał 38 punktów i to jak na razie wydaje się pułap nie do przeskoczenia. W następnej edycji było 35 „oczek”, więc jakoś ten poziom nie został zakłócony, ale już dwa następne lata to ćwierć setki punktów. Tendencja jest zatem spadkowa.

W Waszyngtonie nie dostawał zbyt dużo minut. Nie pasował do układanki Todda Reirdena i często był rzucany pomiędzy różnymi liniami. Caps otwarcie handlują nim już od jakiegoś czasu. Według „Washington Post” przed wymianą włodarze klubu ze stolicy Stanów Zjednoczonych zaproponowali młodemu Szwedowi 3,25 miliona dolarów, czyli dokładnie tyle, ile otrzymał od „Lawiny”.

Przez kibiców „Stołecznych” zapamiętany będzie najprawdopodobniej z ubiegłorocznego półfinałowego starcia z Tampa Bay Lightning, kiedy to w meczu numer siedem zdobył dwie niezwykle ważne bramki.

Niestety tego typu wyjątkowych w jego wykonaniu gier nie było zbyt wiele. Trenerzy byli sfrustrowani jego ciągłymi błędami, długimi okresami bez trafień, czy słabą formą i zdarzało się, że byli zmuszeni wysyłać go na trybuny. Do tego nierzadko dochodziły kontuzje.

Walczył o godziwą pensję

24-letni Heinen zakończył właśnie wypełniać swój trzyletni kontrakt wejściowy, który zapewniał mu niecały milion dolarów każdego roku. W ostatnim sezonie dał bostończykom 34 punkty w 77 meczach. Była to taka sama liczba spotkań jak rok wcześniej, ale wtedy na jego koncie było 13 „oczek” więcej.

Wydawałoby się zatem, że jest kiepsko, nawet bardzo kiepsko. Uratowały go play-offy. W drodze do finału w 24 potyczkach dwukrotnie pokonał bramkarzy rywali i sześć razy obsłużył kolegów punktowym podaniem.

W jego opinii zasługiwał na znacznie więcej niż zaproponowali mu działacze Bruins, stąd też został jednym z 40 hokeistów, którzy zgłosili się do arbitrażu płacowego. Czasu na wypracowanie kompromisu było sporo, bowiem jego przesłuchanie wyznaczone zostało dopiero na 3 sierpnia. Bruins wiedzieli, że dysponujący dobrymi warunkami fizycznymi, wszechstronny Heinen to facet, którego stać na więcej niż pokazał do tej pory, a zatem co by nie mówić warto w niego zainwestować.

Tym samym porozumienie przyszło dosyć szybko. Kanadyjczyk wytargał od swojego pracodawcy 2,8 miliona za sezon, a tych ma zapewnionych dokładnie dwa. W tym czasie musi przekonać swoich szefów, że warto z nim współpracować dalej.

W porównaniu do innych zależnych wolnych agentów podobnej klasy wypadł nieźle. Z pewnością przebił go Alexander Kerfoot, który przechodząc z Denver do Toronto Maple Leafs zapewnił sobie przez cztery lata co roku po 3,5 miliona dolarów. Z drugiej zaś strony Heinen zostawił daleko w tyle środkowego Tampa Bay Lightning Cedrica Paquette’a, który zawarł dwuletni kontrakt z wynagrodzeniem 1,65 miliona na rok i Kevina Labanca, skrzydłowego z San Jose. W jego przypadku umowa dotyczy tylko jednego sezonu, a pensja to zaledwie milion „zielonych”.

Gdyby władze Bruins pozostały nieugięte, w arbitrażu miałyby dwie opcje, albo kontrakt na jeden rok, albo na dwa lata, ale pozostałyby bez wpływu na kwotę wynagrodzenia. Gdyby nie zgodzili się z orzeczeniem, Heinen stałby się niezależnym wolnym agentem. Kanadyjski napastnik nie był jedynym problemem dyrektora Dona Sweeneya. W kolejce ze swoimi żądaniami stoją jeszcze dwaj inni zależni wolni agenci. To 21-letni obrońca Charlie McAvoy i 22-latek Brandon Carlo. W ich przypadku trzeba będzie szykować cięższe sakiewki.

Zgodnie z tym co podaje portal CapFriendly po zawarciu umowy z Heinenem, Bruins mają do rozdysponowania jeszcze 7,35 miliona dolarów. To chyba trochę za mało, żeby starczyło na McAvoya i Brando, stąd też należy przypuszczać, że handel w Bostonie trwać będzie dalej.

Solidny punkt trzeciej linii

Heinen w klubie z Bostonu znalazł się przez draft 2014 roku. „Niedźwiadki” wzięły go dopiero w czwartej rundzie z numerem 116. Swoją szansę dostał w sezonie 2016/17. Rozegrał wtedy zaledwie osiem spotkań i wciąż czekał na swój debiutancki punkt. To do czego doszedł w czasie swojej kariery w NHL to miejsce w trzeciej linii ataku z całkiem ciekawymi statystykami w pierwszym pełnym sezonie gry, które pozostają jego rekordami kariery: 47 „oczek”, 16 goli, 31 asyst. Wtedy najczęściej ustawiany był obok Davida Backesa i Rileya Nasha, dziś śmigającego w Columbus Blue Jackets.

W ostatniej kampanii najczęściej zajmował miejsce na lewym skrzydle obok Charliego Coyle’a i Marcusa Johanssona, który teraz sposobi się do gry dla Buffalo Sabres. Dużo wskazuje na to, że Heinen dalej będzie przypisany do trzeciej  linii. Bardzo prawdopodobne, że znów u boku Coyle’a, a kto będzie zamykał ten atak tego jeszcze nie wiadomo.

Staraj się chłopaku

Burakovsky z jednej strony spadł na cztery łapy, bo zarobi jeszcze więcej niż w Waszyngtonie, a z drugiej ma bardzo niewdzięczny kontrakt. Jak mawiają za Oceanem to umowa w stylu show-me. Musisz się pokazać, bo inaczej wylatujesz, a nie wiadomo, czy gdzie indziej zaproponują ci sensowne warunki. A zatem presja jest i to niemała.

O Szwedzie krąży opinia, że to taki niespełniony talent. Działacze z Denver uważają, że zatrudnienie solidnego skrzydłowego, który chce, a zarazem musi się pokazać to dobry ruch. Joe Sakic, dyrektor Avalanche szuka jakiegoś rozwiązania, żeby odciążyć pierwszą formację. Burakovsky spada mu zatem z nieba. Oczywiście 3,25 miliona za takiego gracza to niemało, ale „Lawina” ma jeszcze sporo miejsca pod „czapką płac”. W ich budżecie jest do zagospodarowania prawie 39 milionów „baksów”.

Niewykluczone, że zmiana środowiska podziała na Burakovsky’ego w sposób, jakiego oczekują obie strony kontraktu. Przecież ten chłopak dopiero po raz pierwszy znajdzie się w innej rzeczywistości niż ta znana mu ze stolicy USA. Jego atutem jest na pewno spore doświadczenie jak na relatywnie młody wiek. Mając 24 lata za nim już 328 gier w sezonach zasadniczych w czasie, których strzelił 62 bramki i zaliczył 83 asysty. Jeszcze lepiej wygląda jego kariera w play-offach. Tam wystąpił w 56 spotkaniach i na jego koncie jest po dziewięć goli oraz kluczowych podań.

Wielu ekspertów wierzy, że młody Szwed ma umiejętności, których w Waszyngtonie nie był w stanie do końca pokazać. Od Avs dostanie znacznie ważniejszą rolę i szansę na utarcie nosa niedowiarkom. Jeśli jej nie wykorzysta to możemy być pewni, że dołoży przynajmniej dwanaście goli. To zawsze coś.

Sakic wyraża się o swoim nabytku z dużym zadowoleniem, co zwiastuje wiarę w umiejętności i wolę walki Burakovsky’ego. Członek elitarnego Klubu Potrójnego Złota (dwa Puchary Stanleya oraz po jednym mistrzostwie świata i triumfie olimpijskim) ceni sobie zawodników prezentujących się tak jak Szwed, mierzący 187 centymetrów i ważący 90 kilogramów.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni, że do naszego zespołu dołącza duży, szybki i tak utalentowany zawodnik jak André – powiedział dyrektor klubu z Denver. – Dysponuje sporym doświadczeniem jak na swój wciąż młody wiek. Ma na koncie Puchar Stanleya i udowodnił, że potrafi dobrze grać w play-offach. W wieku zaledwie 24 lat wchodzi w swój najlepszy czas, a my czujemy, że będzie wspaniałym dodatkiem do naszej drużyny, w której na pewno odegra znaczącą rolę.

Ryan Clark z „The Athletic” uważa, że Burakovsky zamelduje się w drugiej formacji Avalanche obok środkowego Nazema Kadriego i Tysona Josta. Byłoby ciekawie. Kadri to twardziel, a skrzydła w tej linii chodziłyby naprawdę szybko. Ciekawa opcja. Dziennikarz widzi tez miejsce dla Szweda przy rozgrywaniu przewag.

Różne koleje losu

Dwaj podobni gracze, a tak różne losy. Heinen z kontraktem, który pokazał, że w Bostonie jednak liczą się z jego osobą i wierzą w wartość, którą przyniesie zespołowi. Burakovsky wreszcie wypchnięty z Waszyngtonu z nożem na gardle w postaci „być albo nie być” dla jego dalszej kariery.

Kontrakt Heinena to dobry interes zarówno dla klubu, jak i dla zawodnika. Bruins wiedzą czego mogą się spodziewać, a ich podopieczny dostał sygnał, że działacze nie traktują go jak piąte koło u wozu, co powinno podziałać mobilizująco.

Ocena dla Heinena:

Ocena dla Bruins:

Umowa Burakovsky’ego to jednak trochę lepszy biznes dla samego zawodnika niż dla Avalanche. Dzięki decyzji działaczy z Waszyngtonu, Szwed zyskał możliwość odbicia się od marazmu, w który popadł w stolicy USA. Pozna nowe środowisko, zacznie stąpać po mniej stabilnym gruncie, to może i mobilizacja wzrośnie, żeby wreszcie udowodnić swoją wartość.

„Lawina” pewności nie ma, że te plany, które założyli względem zdobywcy Pucharu Stanleya wypalą, a jednak zaoferowane mu wynagrodzenie do najniższych nie należy. Dokładając do tego przestoje, które Burakovsky zalicza oraz łatwość łapania kontuzji, może się okazać, że to pieniądze wydane nierozsądnie, żeby nie powiedzieć wyrzucone w błoto.

Ocena dla Burakovsky’ego:

Ocena dla klubu: