Brooks Orpik

Nie będzie sporym nadużyciem, jeśli napiszemy, że liga straciła najprawdziwszego dinozaura, który w pewien niezwykły sposób zdołał przetrwać gruntowne przemiany, jakie zaszły w NHL na przestrzeni ostatnich lat.

Nie tylko udało mu się przetrwać, ale i zaaklimatyzować w nowym świecie na tyle, żeby być jego integralną częścią, a nie tylko biernym mieszkańcem. Brooks Orpik stanowił przykład obrońcy prostego w obsłudze, co początkiem tego milenium nie było rzeczą szczególnie szokującą, bo zawodników o podobnym profilu mieliśmy wtedy sporo.

Wysoki, wielki, dość mobilny (w swoim prime time), wykorzystujący najprostsze i najskuteczniejsze rozwiązania defensor, o kreatywności ograniczonej do absolutnego minimum. Z silnym, aczkolwiek cholernie nieprecyzyjnym strzałem, którego zresztą niezbyt lubił używać (768 uderzeń na bramkę w przeszło 1000 spotkań, co daje grubo poniżej jednego SOG w skali meczu). Podający tylko do najbliższego kolegi. W chwili zagrożenia pragmatyczny w swoim działaniu – wybije krążek jak najdalej od siebie i tym sposobem zlikwiduje problem. Z całą pewnością nie będzie próbował robić kółeczek albo „brać” przeciwnika nawet na tradycyjny zwód, czy balans ciałem. Świadomy swoich gabarytów i nie mający żadnych oporów przed zmasakrowaniem delikwenta przy bandzie, a także na otwartym lodzie. Drużynę stawiający na piedestale.

Jako D z przeraźliwie ubogim arsenałem w ofensywie, typowym dla Stay-At-Home D, paradoksalnie niemal wszystkie jego popisy w ataku warto odnotować:

    • Bramkarzy rywali pokonywał jedynie 18 razy w 1035 (!) meczach
    • Swój rekord w liczbie strzelonych bramek w jednym sezonie (zawrotne trzy trafienia), zanotował w kampanii 2015/16, w której rozegrał najmniej spotkań w całej karierze (licząc pełne sezony), mianowicie tylko 41.
    • W play-offach na listę strzelców wpisywał się cztery razy, z czego aż trzykrotnie jego gole dawały zwycięstwo (GWG)

Hokeista o takiej charakterystyce nie może liczyć na indywidualne wyróżnienia, ale na te zespołowe, przy sprzyjających warunkach,  już jak najbardziej. Brooks był istotnym ogniwem zwycięskiej kadry Penguins z 2009 roku i chyba jeszcze istotniejszym w Waszyngtonie rok temu.

Śmiało można przytoczyć okoliczności w jakich trafił do drużyny ze stolicy USA. Sezon 2014/15, 34-letni wówczas Orpik, mający za sobą mizerną końcówkę długiej przygody z organizacją z Pittsburgha, podpisuje w DC pięcioletni kontrakt o wartości $27,5M. Kwota i długość kontraktu, jak na zawodnika bez dwóch zdań past prime i ogółem coraz gorzej wyglądającego na tle z roku na rok szybszej NHL, zatrważająca. Umowa zgodnie uznana została jako wyjątkowo zła i niekorzystna dla drużyny. Wprawdzie za drobne uporządkowanie szyków obronnych graczem właściwie stworzonym tylko do destrukcji trzeba zapłacić, ale nie tyle i nie na tak długo. Osobiście byłem jedną z osób, które pukały się po głowie, gdy zasilał szeregi Owiego i spółki.

Pięć lat od tego wydarzenia, przy okazji zakończenia kariery sportowej Amerykanina, warto więc podsumować ten okres. Brooks wniósł do szatni Waszyngtonu poziom profesjonalizmu prawdopodobnie nie znany do tamtej pory. Błyskawicznie wkupił się w drużynę, stał się świetnym kompanem dla innych weteranów i wzorem dla tych dopiero rozpoczynających przygodę z hokejem. Dorobił się nawet wszystkim już znanego pseudonimu batya, czyli ojciec. Pomimo tego, że nogi odmawiały już posłuszeństwa, swoim sprytem, zdolnością do minimalizowania zakresu ruchów i maksymalizowania ich efektowności w bezpośrednich kontaktach z rywalem, a także wciąż druzgoczącą siłą fizyczną, udało mu się nie wypaść z tej pędzącej karuzeli NHL, która zrzuca ze swoich skrzydeł każdego, kto zaczyna odstawać od reszty. Na sam koniec zdobył się na jeszcze lepszą postawę i w zwycięskim marszu Capitals prezentował się jak z nut. A już z całą pewnością jak ktoś wart tych 5,5 baniek za rok, o które początkowo tak się awanturowano.

Aktualnie w NHL zaczyna brakować miejsc dla ludzi pokroju Orpika, a nawet gdyby się jakieś znalazło, to zwyczajnie nie ma graczy reprezentujących „starą szkołę”. Współczesny obrońca ma być przede wszystkim szybki i zwinny, podłączać się pod napastników, wykazywać się kreatywnością i z animuszem posyłać krążki w kierunku bramki. Coraz więcej umiejętności, coraz mniej charakteru i zadziorności. Jeden kibic przyklaśnie i powie, że przecież o to chodzi, a inny, zapewne ten trochę starszy, nieco zmarszczy czoło i mruknie pod nosem „kiedyś to było”.

Amerykaninowi za lata nieustępliwości, ciężkiej pracy, przywództwa i respektu, jaki wzbudzał u praktycznie każdego gracza za oceanem – serdecznie dziękujemy.

Roberto Luongo

Informacja o odstawieniu łyżew przez kanadyjskiego bramkarza spotkała się ze znacznie większym rozgłosem, aniżeli miało to miejsce w przypadku omawianego wyżej, o rok młodszego obrońcy Penguins i Capitals. Czy można to uznać za zaskoczenie? Zdecydowanie nie. Roberto oprócz kapitalnego bramkarskiego warsztatu oferował także, co równie ważne, czarującą osobowość, którą jednał sobie tłumy. Tej lidze potrzeba znacznie więcej charyzmatycznych jednostek pokroju Lou. Czytając liczne komentarze pod artykułami o  zakończeniu kariery, w wielu z nich ludzie otwarcie przyznawali, że to dzięki niemu zakochali się w hokeju. A takie opinie są równie cenne, co trofea, których – co ciekawe – szczególnie wiele nie zgromadził.

Nigdy nie wygrał nagrody dla najlepszego bramkarza sezonu (pomimo trzech nominacji + jednej do Hart Trophy) i nigdy nie miał okazji wznieść w górę Pucharu Stanleya. Rysa na wizerunku? Dla tych kibiców, którzy wartość gracza oceniają na podstawie półki z wyróżnieniami pewnie tak. Luongo prawdopodobnie całkiem słusznie nie dostąpił zaszczytu odebrania Veziny, ponieważ  w jednym konkretnym sezonie nie był tym najlepszym bramkarzem i tyle. W ramach rekompensaty, utrzymywał się w ścisłej ligowej czołówce przez wiele, wiele lat – i to właśnie dzięki temu przejdzie do historii. 1044 rozegrane mecze plasują go na drugim miejscu w kategorii All-Time, trzecim pod względem ilości wygranych spotkań (489) i dziewiątym w ilości czystych kont (77). Dopiero w zakończonym regular season po raz pierwszy od 19 lat zszedł poniżej 90% obronionych strzałów. W poprzednich 18 zawsze powyżej 90%.

Ta obniżka formy nie powinna nikogo dziwić, bo jak już wiadomo – Luongo aby w ogóle wyjechać na lód w tych ostatnich kilkudziesięciu meczach, musiał pokonać całe mnóstwo przeszkód, jakie postawiła przed nim kontuzja biodra i związana z nią rehabilitacja. Dwie godziny przed każdym treningiem i trzy godziny przed każdym spotkaniem wykonywał szereg ćwiczeń pozwalających mu na w miarę efektywne stawianie czoła przeciwnikowi. Dla jegomościa z czterdziestoma wiosnami na karku to już zbyt wiele wyrzeczeń.

Wraz z reprezentacją o sukcesy mógł być spokojny. Dwa olimpijskie złota to zapewne najcenniejsze zdobycze w jego dorobku.

Jednak nawet tak powszechnie uwielbiana postać jak Roberto, ma swoje grono zaciekłych krytyków. Z pewnością nie pochodzą oni ani z Vancouver, ani z tej części Florydy, w której urzędują Panthers, ponieważ w obu tych lokacjach Lou jest wręcz ubóstwiany. Fani Canucks jednomyślnie uznają go najlepszym bramkarzem w historii organizacji. W przypadku krytyków, za słaby punkt Kanadyjczyka obrali jego niemożność wygrywania ważnych spotkań, a sukces na arenie międzynarodowej sprowadzili do tego, że miał przed sobą nieziemską wręcz plejadę gwiazd i tylko skorzystał na gorszym momencie Martina Brodeura. Ale czy nie o to właśnie chodzi? Być gotowym, aby wykorzystać swoją szansę, bo przy graczu pokroju legendy Devils taka okazja drugi raz się nie trafi?

Wraz z odejściem Roberto tracimy gościa, który prócz wyłapywania krążków, dodawał uroku i kolorów całej lidze. Swoim poczuciem humoru, ironią, swoimi zachowaniami, swoim teatralnym i przerysowanym zadufaniem we własnej osobie, swoim kontem na Tweeterze, znanym nie tylko wśród społeczności kibiców hokeja – a to rzadki obrazek, ponieważ tylko garstka graczy NHL jest szerzej rozpoznawalna na całym świecie.

Jeżeli lidze zależy na poprawieniu swoich zasięgów, w swoich szeregach musi mieć postaci barwne, od których bije energia, na które chce się patrzeć, i których chce się słuchać – nawet nie będąc zapalonym fanatykiem tego sportu drużynowego. Roberto Luongo jest idealnym kandydatem do pełnienia roli eksperta i miejmy nadzieję, że zobaczymy go jeszcze w akcji – tylko tym razem bez parkanów, łapaczki i kija.