Każda faza play-off niesie ze sobą nowe wrażenia i analizy dotyczącego tego jak drużyny z NHL powinny budować swoje zespoły. Zazwyczaj opiera się to na tych ekipach, które zaszły najdalej, a śledztwo dotyczy sposobu w jaki zbudowały swoje kadry. Każdy chce kopiować styl ekipy, która wygrała, a nie tych, które już dawno siedzą w domu.

Nowym kierunkiem do wygrania Stanleya może być praktycznie wszystko. Czasami obraca się to wokół struktur defensywnych, wielkości albo wytrwałości. Czasami wszystko polega na szybkości i umiejętnościach. Zawsze patrzymy w przyszłość i czekamy na tę jedną rzecz, która zmieni postrzeganie formuły na zwycięstwo.

Jaka jest więc ta jedyna rzecz, która wyróżniała się w tegorocznej fazie pucharowej patrząc na nią począwszy od finałów konferencji? Ktoś mógłby powiedzieć że ‘twardość’, inny że fizyczność i wytrzymałość, ale dziś spojrzymy na to pod zupełnie innym kątem… pod kątem zarobków poszczególnych graczy. Żadna z czterech ekip, które pozostały na placu boju po dwóch rundach play-offów, nie miała w swoim składzie zawodnika z wielkim kontraktem. To szczególnie ciekawe, w kontekście nadchodzących inwestycji na rynku wolnej agentury i w temacie tego jak właściciele będą chcieli rozdawać pensje zbliżone strukturalnie do drużyn, które osiągnęły sukces.

Nie było ani jednego gracza w TOP20 zarobków w finałach, a tylko Brent Burns ($8 milionów) znajduje się w TOP25. Z aktualnych posiadaczy Pucharu Stanleya, tylko Władimir Tarasienko i Ryan O’Reilly ($7.5 miliona oboje), a wśród przegranych w finałowej batalii jedynie David Krejci ($7.25 miliona) – tylko oni znajdują się zaledwie w TOP40.

Z kolei najwyższy kontrakt w Hurricanes należy do Jordana Staala ($6 milionów), co plasuje go dopiero na 89. pozycji w rankingu. “Huragany” miały również najniższą kwotę wynagrodzeń z pozostałej czwórki. Jeden z menadżerów wypowiedział się, że w erze ‘salary cap’ potrzeba głębi składu i nie można zabierać dużo miejsca na jednego zawodnika.

Z pierwszą częścią tej wypowiedzi trzeba się zgodzić i jest ona w stu procentach prawdziwa. Natomiast ta druga jest… prawdopodobnie zła. Nawet jeśli w tych konkretnych play-offach, okazało się to wspólnym mianownikiem, na szerszą skalę takie myślenie nie przynosi powodzenia.

Czterech tegorocznych finalistów dotarło tak daleko bez mega pensji swoich poszczególnych zawodników, ale na przestrzeni lat jest to anomalią. Burns jest tylko jednym zawodnikiem, którego kontrakt zajmował 10 procent finansów z całego budżetu drużyny. Blues i Bruins mieli zawodników znajdujących się w obrębie 9 procent, podczas gdy Hurricanes nie mieli nikogo wyżej niż 7,5 procenta. Poniższa tabela to porównanie z ostatnich pięciu lat, ekip które docierały do trzeciej rundy PO. Dowiadujemy się z niej jak kształtowała się średnia najwyższa pensji w drużynach, które grały w finałach.

Z 20 ekip na przestrzeni pięciu lat, 16 z nich miało przynajmniej jednego zawodnika na poziomie wyższym niż 10 procent. 13 drużyn miało więcej niż 10,5 procent, dziewięć miało więcej niż 11 procent i siedem miało zawodnika, który zabierał przynajmniej 12 procent.

Zgarnięcie supergwiazdy za marne pieniądze jest trudne choć nie niemożliwe, jeśli popatrzymy choćby na to, za jakie pieniądze wciąż gra dla Avalanche ich najlepszy gracz czyli Nathan MacKinnon, to okazuje się to czymś super-opłacalnym. To jednak wyjątki, najczęściej trzeba zapłacić swojemu asowi spore pieniądze. Niemal zawsze warto to zrobić.

Tutaj należy też wtrącić – o ile nie jest to bramkarz. Wydaje się że w dzisiejszej NHL nie można osiągnąć sukcesu grając ze znakomicie opłacanym golkiperem. Jordan Binnington to żółtodziób na minimalnych zarobkach, Braden Holtby grał dla Capitals za rozsądne 6,1 miliona, Matt Murray w mistrzowskich sezonach kosztował dwukrotnych zdobywców Pucharu tylko 3,75 milionów . Sprawdźmy jeszcze dwa lata, Crawford bronił za 6 milionów, a Quick za 5,8. Najdroższy “procentowo” był Crawford, jednak nijak się to wszystko ma do ewentualnych snów o triumfie ekip z golkiperami-milionerami. Największy problem z tym mogą więc mieć Canadiens (Price zarabiający 10 milionów) i Rangers (Lundqvist z 8,5 miliona).

Jeśli w obecnie trwającym offseason, głównie za pomocą zbliżającego się wolnego rynku, ktoś planuje zbudować podobną drużynę do tych czterech i myśli, że pożyteczne będzie zamienienie jednej gwiazdy na kilku innych zawodników, zejście z wysokich kontraktów i tym podobne, to może to się dla niego skończyć bardzo źle. Przy takich ruchach można zaburzyć relacje w drużynie, ale przede wszystkim stracić zawodnika, który potrafi być game-changerem.

Tylko dlatego, że te play-offy w swojej końcówce nie zawierały zawodników określanych mianem krezusów, siedzących na wielkiej kupce pieniędzy, nie oznacza to, że właśnie ta droga budowania zespołu jest kluczem do sukcesu na przyszłość. Warto mieć supergwiazdy, bo to one nadal znaczą bardzo dużo i tyle samo też kosztują.

 

1 KOMENTARZ