Zakończony sezon reprezentacyjny upłynął pod znakiem triumfów ekipy “Suomi”, którzy okazali się najlepsi zarówno w mistrzostwach świata seniorów, jak i juniorów. Przypomniał się trochę rok 2016, kiedy to hokeiści z tego kraju byli jeden mecz finałowy wśród elity od pierwszego, historycznego trypletu – złota w kategorii do lat 18, do lat 20 i wśród seniorów. O ile triumfy sprzed trzech lat zostały odniesione z pozycji siły, dzięki niesamowitym talentom, które szturmem zawojowały NHL, te tegoroczne przypomniały o tym, z czego Finowie słynęli od dawna…

Pozbawiony pomocy pięćdziesięciu czołowych nazwisk z ekip zza oceanu i na moje oko blisko dwudziestu ważnych, sprawdzonych reprezentantów z klubów europejskich, w tym zwłaszcza tych z rosyjskiej KHL, trener Jukka Jalonen musiał niejako wrócić do korzeni. Podobnie wykuwało się złoto młodzieżówki w kanadyjskim Vancouver, która nie mogła skorzystać z trzech wielkich indywidualności (Jesperi Kotkaniemi, Kristian Vesalainen, Miro Heiskanen) zajętych podbijaniem hokejowego świata dorosłych. Piszę o powrocie do źródeł, bo przecież długo myśleliśmy o Finlandii przede wszystkim jako o ojczyźnie walecznych, dobrze realizujących taktykę napastników, solidnych, twardych pod względem fizycznym obrońców, i wreszcie najwyższej próby fachowców od bronienia bramki. Na arenie międzynarodowej trzeba było na nich uważać, bo jak nikt inny potrafili korzystać z łatki ekipy niedocenianej, atakującej z drugiego szeregu. Zespołowość, odpowiedzialność z tyłu, stu procentowa robota bramkarzy, pozwalały regularnie wyrywać skromne, często jednobramkowe zwycięstwa. Tak też ułożyły się losy decydujących spotkań słowackiego czempionatu, przecież Finowie w drodze po złoto, patrząc od ostatniej tercji ćwierćfinału ze Szwecją, dali sobie strzelić JEDNĄ bramkę, a rozegrali łącznie sto czterdzieści minut czystej gry przeciwko gwiazdom “Trzech Koron”, Rosji i Kanady.

Jako wieloletni kibic ekipy “Suomi” lubię tym wszystkim triumfom nadawać twarze bohaterów tamtych wydarzeń. To bardzo znamienne, że bratysławski triumf nie będzie miał twarzy piekielnie zdolnych, pociągających wszystkich fanów hokeja, Sebastiana Aho, Patrika Laine, a anonimowego w gruncie rzeczy bramkarza, Kevina Lankinena i znanego do tej pory jedynie ze swoich nieprzeciętnych gabarytów, Marko Anttili. Kapitan tegorocznej reprezentacji zapisał niesamowitą kartę historii, w której zostanie już na zawsze. Z jeszcze jednego grindera, który może wnieść więcej rywalizacji w obsadzie dolnych formacji ataku, urósł do miana męża opatrznościowego i specjalisty od najważniejszych bramek. To musiały być dla niego szalone dni, bo ten 34-letni weteran gwiazdą nigdy nie był i nie będzie. Tymczasem po powrocie do kraju towarzyszyły mu największe owacje, Rodzima federacja i jego klub, Jokerit, zaczęły sprzedawać koszulki z jego podobiznami, no i pewnie zjadł i wypił trochę na koszt lokali, które odwiedził. Ale nie łudźmy się, nastolatki nie będą mdleć na jego widok, nie przeniesie się do NHL, a w głównie rosyjskich halach kolejnych ligowych rywali, na pewno nie będą witały go owacje. Ja jednak tą twarz będę wspominał z dużym sentymentem, bo uwielbiam gdy sport pisze takie scenariusze.

Zdaję sobie jednak sprawę, że romantyczna historia tegorocznego triumfu, to pewna anomalia. Finowie w ostatniej dekadzie zrobili bardzo wiele, by przestać czuć się w towarzystwie najmocniejszych nacji jak ubogi krewny, który sukcesy może osiągać tylko dzięki żelaznej konsekwencji i sprytowi. Począwszy od 2009 roku Finlandia zdobywała medale na mistrzostwach świata do lat osiemnastu we wszystkich edycjach za wyjątkiem trzech, grając w decydującym meczu o złoto w latach 2015-2018, i dwukrotnie go wygrywając. Z kolei w kategorii do lat dwudziestu od 2014 roku doczekali się trzech złotych medali. Kolejny sukces pierwszej reprezentacji – to wszystko układa się w logiczną całość.

Fińskie sukcesy na niemal każdym reprezentacyjnym polu w ostatnim sezonie nie dziwią, gdy przyjrzy się bliżej tamtejszemu planowi rozwoju młodych graczy, który po kilku latach zaczął wydawać owoce. Wcześniej mieliśmy swego rodzaju “wieki ciemne”. Wyobraźcie sobie, że w latach 2007-2009 ani jeden

__________________________________

Aby czytać dalej

Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie. 10 złotych za miesięcznik złożony z 100 stron (średnia ilość artykułów w portalu) to uczciwa cena.

Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów. Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni15 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 180 dni72 zł
Anuluj