Dziesiątki zdobywanych goli i notowanych asyst oraz setki występów i godzin spędzanych na lodzie – takimi liczbami mogą się pochwalić najwięksi gracze w historii NHL. Liga nie byłaby jednak taką, jaką wielu z nas ją pokochało, gdyby nie zaskakiwała nas sytuacjami niecodziennymi czy postaciami znacznie mniej znanymi, ale wartymi, by o nich pamiętać. Czas na krótkie wspomnienie jednego z takich zawodników.

Hokejowa przygoda Kena Doraty’ego rozpoczęła się w Saskatchewan, gdzie jako nastolatek rywalizował najpierw w barwach Rouleau Athletic Club w jednej z niżych lig juniorskich, by tuż przed uzyskaniem pełnoletności otrzymać propozycję występów w Regina Pats. W zespole w pierwszej połowie lat 20. minionego stulecia pojawiło się kilku świetnych zawodników, a Doraty okazał się idealnym uzupełnieniem tej wybuchowej mieszanki kadrowej. Czołowe role odgrywali w Pats m.in. Johnny Gottselig oraz Frank Ingram i choć żaden z nich nie imponował warunkami fizycznymi, to przy popularnym “Cagie’em” obaj jego rówieśnicy wyglądali i tak niczym giganci.

Ten bowiem był niziutki i chudziutki, mierząc ok. 170 cm wzrostu i ważąc raptem jakieś 60 kilogramów. Od dzieciaka starał się jednak uczyć się takiego grania, by niwelować swoje ograniczenia fizyczne. W rywalizacji juniorskiej nie miało to aż takiego znaczenia, stąd jego osiągnięcia były wówczas znakomite. Stał się wiodącą postacią ekipy z Reginy, gdy tamta w 1925 roku wygrywała dwumecz z Toronto Aura Lee w ramach rywalizacji o Memorial Cup. W drodze po to trofeum Doraty zdobył w dwunastu meczach 13 goli i dołożył 7 asyst. Wydawało się, że drzwi do wielkiej kariery zawodowej stoją przed nim otworem.

Niestety, zderzenie z NHL okazało się brutalne. Trafił do Chicago Black Hawks, w barwach których brylowali tacy gracze jak Babe Dye, Dick Irvin czy High Lehman. Doraty otrzymał kilkanaście szans od trenera Pete’a Muldoona, ale nie potrafił zdobyć choćby punktu. Zdaniem obserwatorów, nie umiał odnaleźć się w rywalizacji ze znacznie lepiej zbudowanymi rywalami, a jego skromne gabaryty wydawały się wówczas barierą niemal nie do pokonania. Na kilka lat zniknął, grywając w niższych ligach seniorskich i starając się na nowo przygotować się do podboju NHL.

W Cleveland Indians (IHL) stał się na przełomie lat 20. i 30. XX wieku czołowym strzelcem drużyny oraz całej ligi, ale jego mizerny wzrost mocno zniechęcał menedżerów NHL, by ponownie dać mu szansę na najwyższym poziomie. Doraty zdawał się nie być tym zrażony, mocno pracując nad swoją motoryką. Stał się szybszy i zwinniejszy, skutecznie unikając fizycznie grających, znacznie lepiej zbudowanych rywali. Gdy skończył 26 lat, przypomniał sobie o nim jego były kolega z czasów gry w Jastrzębiach, Dick Irvin. Pełniąc wówczas funkcję szkoleniowca Toronto Maple Leafs namówił menedżera Conna Smythe’a, by dać szansę pochodzącemu z Stittsville w Ontario, ale wychowanemu w Rouleau w Saskatchewan mikrusowi.

W sezonie zasadniczym 1932/33 rozegrał w barwach Klonowych Liści niespełna 40 meczów, notując w nich mocno średnie statystyki (5 goli i 11 asyst). W fazie play-off był już jednak znacznie bardziej istotnym ogniwem zespołu Irvina. W wygranej 3-2 serii z Bruins zdobył dwa gole, by trzy dołożyć w przegranej finałowej rywalizacji z New York Rangers. Miejsce w historii NHL Doraty wywalczył sobie jednak w piątym, decydującym spotkaniu przeciwko ekipie z Bostonu. Mecz rozpoczął się wieczorem 3 kwietnia 1933 roku, a zakończył dopiero chwilę przed godziną drugą w nocy następnego dnia.

Kapitalnie w bramkach obu zespołów prezentowali się Tiny Thompson i Lorne Chabot, ale ten pierwszy w końcu musiał uznać wyższość kieszonkowego napastnika Maple Leafs, który trafił na początku szóstej dogrywki. W pomeczowym protokole zapisano, że zwycięski gol (jedyny w tym spotkaniu) padł w 104 minucie i 46 sekundzie gry. Tym samym, “Cagie” trafił do ligowych kronik, nie tylko uczestnicząc w najdłuższym na tamtą chwilę meczu, ale i zdobywając w nim gola na wagę wygranej i awansu do finału Pucharu Stanleya (niemal 3 lata później rekordową liczbę minut rozegranych w jednym meczu poprawili gracze Red Wings i Maroons, przebywając na lodzie o niespełna 12 minut dłużej, nim Mud Brunetau zdobył decydującego gola, pokonując bramkarskiego specjalistę od hokejowych maratonów, Lorne’a Chabota).

W kolejnym sezonie Ken Doraty nadal pozostawał zawodnikiem Klonowych Liści, choć znów nie imponował statystykami. Grał sporo, punktował nieźle, ale do liderów w osobach Charliego Conachera, Bushera Jacksona, Joe Primeau czy Kinga Clancy’ego było mu daleko. To jednak jego wyczyn przeszedł ponownie do historii NHL. 16 stycznia 1934 naprzeciwko siebie stanęły ekipy Maple Leafs i Senators. Pierwsza tercja zakończyła się bezbramkowym remisem, a na początku drugiej na dwubramkowe prowadzenie wyszli gracze stołecznej ekipy (dzięki trafieniom Alberta Leduca i Maxa Kamensky’ego). W pierwszych minutach trzeciej tercji zespół z Toronto wyrównał po golach Primeau i Jacksona, ale na nieco ponad 6 minut przed końcem tej odsłony meczu znów dwoma bramkami prowadzili Senatorowie. Szybkie odpowiedzi Sandsa oraz Jacksona pozwoliły doprowadzić do remisu 4:4 i o losach spotkania miała zadecydować dogrywka.

Do listopada 1942 roku regulamin przewidywał rozgrywanie w pojedynku sezonu zasadniczego 10-minutowej dogrywki, której jednak nie kończył gol zdobyty przez jedną z drużyn. Rywalizacja na lodzie była kontynuowana, aż upłynął cały czas przewidziany na tę dodatkową część gry. W takich właśnie realiach Ken Doraty zasłynął ponownie. Zaprezentował iście snajperską formę w dogrywce przeciwko Senators, trafiając w ciągu niespełna trzech pierwszych minut dwukrotnie do bramki Billa Beveridge’a, w obu przypadkach wykorzystując przewagę liczebną swojej drużyny. Nieprawdopodobnego z dzisiejszej perspektywy hat tricka skompletował na 55 sekund przed końcem dodatkowej odsłony meczu, tym razem zdobywając gola w sytuacji pięciu na pięciu.

Pomimo tych dwóch wydarzeniach trudno mówić, by zawodowa kariera Doraty’ego była szczególnie udana. Po kilku tygodniach sezonu 1934/35 był już w drodze do Syracuse, gdzie stał się czołową postacią występującej w IHL ekipy Stars. W trakcie kolejnych rozgrywek przeniósł się do Pittsburgh Hornets, w barwach których imponował skutecznością, ale wystarczyło to jedynie na epizodyczny powrót do NHL. Dwa mecze w barwach Red Wings były ostatnim akordem jego kariery na najwyższym ligowym poziomie za Oceanem. Niespełna dwa lata później zdecydował się zakończyć zawodniczą karierę w wieku 35 lat. Tuż po II wojny światowej rozpoczął pracę trenerską i choć zdołał doprowadzić Moose Jaw Canucks do finału Memorial Cup, to jednak wytrzymał na ławce tylko 3 lata.

Jego pierwsze rekordowe osiągnięcie (gol w dogrywce przeciwko Bruins) nie przetrwało zbyt długo, za to ustrzelenia hat tricka w dogrywce nikt nigdy nie zdołał powtórzyć. Zresztą, niespełna 10 lat po strzeleckich dokonaniach Doraty’ego, zmieniono zasady dotyczące meczów sezonu zasadniczego. W trakcie wojennej zawieruchy zrezygnowano z dogrywek, pozostawiając je (z zasadą “złotej bramki”) wyłącznie w spotkaniach fazy play-off. Zmiana była podyktowana ograniczeniami na kolei, które przewidywały, że nocą odbywać się będzie przede wszystkim transport dla wojska i linie kolejowe były niemal wyłączone z ruchu osobowego. Dodatkowy czas gry w NHL powrócił dopiero z początkiem sezonu 1983/84, ale z założeniem, że zdobycie gola oznacza koniec spotkania. Imponującego i niecodziennego dokonania popularnego w latach 30. “Cagie’ego” nikt nie mógł już powtórzyć, a on sam, choć w lidze wystąpił w raptem nieco tylko ponad 100 spotkaniach, na zawsze pozostał w ligowych kronikach.