Dla jednych pozostaje niesławnym bohaterem zmagań kontraktowych z Colorado Avalanche sprzed kilku lat. Inni na dźwięk jego nazwiska przypominają sobie o samochodzie, którym wjechał do jednej z restauracji. Znajdą się pewnie i tacy, którzy pamiętają go z dobrych występów w kanadyjskiej kadrze na trzech kolejnych turniejach o mistrzostwo świata. Dla wszystkich powinno być jednak jasne, że Ryan O’Reilly to po prostu znacznie więcej niż tylko solidny ligowy środkowy, a jego postawa na starcie obecnego sezonu jest naprawdę godna uwagi.

Latem tego roku doszło do znaczącej wymiany na linii Buffalo Sabres – St. Louis Blues. Na wschodnie wybrzeże wysłano tercet Vladimir Sobotka-Patrik Berglund-Tage Thompson, dokładając do pakietu także dwa wysokie wybory w drafcie (pierwszą rundę w 2019 roku oraz drugą dwa lata później). Szable w zamian za to zdecydowały się oddać ekipie z Missouri swojego czołowego gracza z minionych trzech kampanii. O’Reilly musiał się pogodzić z tym, że rola pierwszego centra w drużynie z Buffalo definitywnie przechodzi w ręce Jacka Eichela, ale dzięki transferowi do Blues otworzyła się dla niego szansa, by zająć taką pozycję w nowym otoczeniu.

Z klubem ze stanu Nowy Jork pożegnał się jednak w niezbyt miłej atmosferze. Wiosną tego roku głośno było m.in. o jego wywiadzie dla “Buffalo News”. Powiedział wówczas w rozmowie dziennikarzowi Johnowi Voglowi, że “kultura przegrywania”, jaka zaczęła towarzyszyć w jego opinii zespołowi, doprowadziła do tego, iż odechciało mu się grać w hokeja. Wydźwięk tej wypowiedzi miał być zapewne dramatyczny, wyszło jednak tragikomicznie. Zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie, że sam wywiad nastąpił tuż po tym, jak doszło do specjalnego spotkania wszystkich graczy Sabres, którzy we własnym gronie mieli sobie wyjaśnić wszystkie wewnętrzne nieporozumienia.

Stało się jasne, że drogi zawodnika i klubu z Buffalo niebawem się rozejdą. Rozpoczęła się gra jego agenta, problemem wydawało się przede wszystkim znalezienie chętnego, który zechce sowicie opłacić ten transfer. Menedżer Jason Botterill zdołał się ostatecznie porozumieć z St. Louis Blues, dla których 5-letni jeszcze kontrakt O’Reilly’ego, obciążający budżet płacowy klubu kwotą 7,5 miliona każdego roku, okazał się do przełknięcia. Gdy trwały decydujące rozmowy, gracz odpoczywał właśnie po swoim własnym weselu, spędzając czas z rodziną. Jak sam przyznał, wieści o transferze bardzo go ucieszyły, a kierunek przypadł mu do gustu. Zapowiedział już wówczas, że wejście do nowej drużyny nie powinno być wielkim kłopotem, bowiem znał już kilku zawodników Blues ze wspólnych gier m.in. w kadrze Kanady. Podkreślał też oczywiście, że perspektywa występów dla kochającej hokej publiczności w St. Louis ma dla niego szczególne znaczenie. Jednak mówienie tego, gdy odchodzi się z Buffalo, o którym nie sposób powiedzieć, by była to społeczność nie zainteresowana hokejem, zabrzmiało komicznie.

O O’Reillym od lat powtarza się, że to nie jest najbardziej błyskotliwy zawodnik w lidze, ale na pewno jeden z najbardziej pracowitych. W czasach juniorskich stał się bardzo wszechstronnym graczem, który potrafił godzić dobrą postawę w ofensywie i gromadzenie niezłej liczby punktów z niesamowicie pożyteczną pracą wykonywaną na całej długości lodowiska. Zderzenie z rzeczywistością NHL nie było dla niego jednak łatwe i dwa pierwsze sezony miał co najwyżej poprawne. Już wówczas jednak dał się poznać jako gracz potrafiący się odnaleźć w grze defensywnej, a przy tym grający bardzo czysto. Od kilku lat jego nazwisko regularnie przewija się przy okazji rozmów o szerokim gronie kandydatów do nagród im. Franka Selke’ego oraz Lady Byng (raz nawet został nią uhonorowany).

Niemal od początku zawodowej kariery jest wysokiej klasy specjalistą od gry na buliku, tylko w debiutanckim sezonie nie przekraczając granic 50 % wygranych wznowień. W następnych latach ten wskaźnik w jego przypadku miał niemal stale tendencję wzrostową, osiągając w minionym sezonie 60 %, co stawiało go w jednym rzędzie z najlepszymi fachowcami w tym elemencie gry w całej lidze (obok takich nazwisk jak Patrice Bergeron, Antoine Vermette czy Jonathan Toews). Pytany niedawno o swoją receptę na tak znakomite wyniki w tym elemencie gry (po miesiącu gry legitymuje się jeszcze lepszą skutecznością niż w zeszłym sezonie), wspomniał, że używa znacznie sztywniejszego kija niż większość graczy w NHL. Mniejsza elastyczność wpływa na skuteczność jego strzałów, ale daje znaczącą przewagę na buliku. Wygrywa bowiem, jak sam mówił, nie tym, że ma świetny refleks i dopada pierwszy łopatką do krążka, ale siłą fizyczną i właśnie mocniejszym kijem.

Sezon w nowym klubie rozpoczął od 4 asyst w dwóch pierwszych meczach, dwukrotnie punktując w trakcie gier w przewadze. Od trenera Mike’a Yeo dość szybko otrzymał szansę, by pełnić rolę pierwszego centra, mając na skrzydłach Jadena Schwartza i Władimira Tarasienkę. Z tym ostatnim gra mu się szczególnie dobrze. O’Reilly wspominał w jednym z niedawnych wywiadów, że granie z Rosjaninem to czysta przyjemność i przychodzi mu ono niezwykle łatwo ze względu na ogromne możliwości i umiejętności Tarasienki. Sam jednak też potrafi odpowiednio ułożyć krążek na kiju i posłać idealne uderzenie.

W drugiej dekadzie października nowy środkowy Blues złapał jednak lekką zadyszkę punktową, ale przełamał się w końcu asystą przy golu Vince’a Dunna w trakcie jednego z PP w meczu przeciwko Canadiens. Od tego spotkania punktuje regularnie, ustanawiając swój osobisty rekord ośmiu kolejnych występów ze zdobyczą punktową. W tym czasie trafił aż 7 razy, notując nawet pierwszego w karierze hat tricka w starciu przeciwko Hurricanes. Ma też na koncie 8 asyst. Co ciekawe, tylko 6 punktów (2G i 4A) zanotował w trakcie gier w przewadze, większość zdobywając w trakcie gier 5 na 5. Z 19 punktami w trzynastu pierwszych występach w niebieskich barwach pozostaje nie tylko jednym z liderów  ligowej klasyfikacji kanadyjskiej, ale znalazł już swoje miejsce w historii Blues.

Świetna indywidualna postawa O’Reilly’ego nie idzie jednak w parze z wynikami osiąganymi przez drużynę. Ekipa z St. Louis nawet jak wygrywa, traci stosunkowo dużo goli. Tylko Ottawa Senators legitymują się gorszą statystyką w tym względzie. Nutki depczą im jednak po piętach. Zawodzą póki co bramkarze, broniąc z bardzo słabą skutecznością i popełniając sporo prostych, indywidualnych błędów. Mnóstwo cierpkich (zasłużenie) słów słyszą również defensorzy, z wyłączeniem Joela Edmundsona. Pomimo przyzwoitej postawy formacji grających w PK (80 % obronionych sytuacji) i świetnej linii grających w PP (ponad 31 % przewag zamienionych na gole), podopieczni trenera Yeo pozostają nie tylko najsłabszą ekipą w Central Division, ale i jedną z najgorszych w całej konferencji.

Ryan O’Reilly może więc na razie nie być zbyt zadowolonym z przenosin do Missouri. Chciał wyrwać się z “kultury przegrywania” i póki co wygląda na to, że trafił z deszczu pod rynnę. Środkowy prezentuje się indywidualnie świetnie, jego formacja w trakcie gier w przewadze (z Maroonem, Tarasienką i Dunnem) może się podobać, a on sam chętnie angażuje się do walki na całej długości lodu. Cóż z tego, skoro golkiperzy i defensywa Blues pozwalają przeciwnikom na tak wiele. O’Reilly nigdy nie imponował statystykami hitów i zablokowanych strzałów, ale trudno mówić, by nie grał fizycznie. Nie przekłada się to na jakieś znaczące liczby w tych kategoriach, jednak widać, jak co rusz wchodzi z kontakt z rywalami, toczy boje pod bandami, wraca do własnej tercji. Tradycyjnie też zalicza sporo przechwytów, tracąc przy tym niewiele krążków. Szesnaście zanotowanych przechwytów stawia go w jednym rzędzie z takimi specjalistami wśród napastników jak Connor McDavid, Dylan Larkin czy Mark Stone. A przecież środkowy Blues jest zupełnie innym typem gracza, szybkością mocno ustępując każdemu z wymienionych. Wielkim zaskoczeniem to jednak nie jest, pamiętając, że w klasyfikacji obejmującej minione pięć sezonów usadowił się na drugim miejscu.

Być może O’Reilly mógłby spróbować nawiązać strzelecko do osiągnięć z przedostatniego sezonu spędzonego w Lawinie, gdy zanotował niemal 30 goli w sezonie. Trzeba jednak pamiętać, że występował wówczas jako skrzydłowy w linii z Mattem Duchene’em i korzystał na współpracy z obecnym centrem Senators. W takiej roli zdarzało mu się również grać w kadrze Kanady, ale O’Reilly to urodzony środkowy i mając u boku takiego snajpera jak Tarasienko, może z powodzeniem koncentrować się na rozprowadzaniu krążka do swojego skrzydłowego. Wypadałoby jednak, by spróbował co nieco rozruszać Jadena Schwartza, który ma dość niemrawy początek sezonu i jeden gol w dziesięciu występach i skuteczność na poziomie niespełna 5 % brzmi jak ponury żart.

O ile przyszłość w St. Louis trenera Mike’a Yeo stoi pod sporym znakiem zapytania, a perspektywa występów Blues w fazie play-off jest póki co bardzo odległa, to drużyna może być zadowolona z tego, jak na lodzie odnajduje się jej pierwszy środkowy. Gdy jest w grze zespół zdobywa najwięcej goli. Jest przy tym napastnikiem, który znacznie częściej rozpoczyna grę w tercji neutralnej lub pod własną bramką, ustępując w tym względzie jedynie Alexandrowi Steenowi. I przede wszystkim wciąż imponuje dokładnością podań. Na koncie ma m.in. występ przeciwko Winnipeg Jets, w trakcie którego podawał w strefie ataku 29 razy i każde z tych zagrań trafiało do adresata.

Do pełni szczęścia zawodnikowi brakuje oczywiście zwycięstw zespołu, ale wygrywać w pojedynkę nie jest w stanie nawet McDavid. Blues muszą ustabilizować sytuację w defensywie i wtedy pogoń za czołówką dywizji oraz miejscem w fazie play-off jest realne, a dla O’Reilly’ego pojawi się szansa, by po 5-letniej przerwie wrócić do decydującej rywalizacji o Puchar Stanleya, nie wybierając się w połowie kwietnia na wakacje bądź kolejne europejskie wojaże z kanadyjską kadrą.

2 KOMENTARZE

  1. Bardzo fajny tekst. Ja przed sezonem gdzieś w komentarzu pisałem, że z bardziej utalentowanymi skrzydłowymi niż ci w Buffalo O’Reilly może zrobić znacznie lepszy wynik punktowy niż w ostatnich latach. Centrów jak Crosby czy McDavid, którzy świetnie punktują nawet bez dobrych skrzydłowych, nie jest zbyt wielu w lidze. Większość jednak musi mieć jakichś pomocników na skrzydłach. Tylko że co do Schwartza, to on zagrał z O’Reillym w linii chyba jeden mecz (o ile dobrze pamiętam). Schwartz gra głównie z Schennem. O’Reilly przez pierwszą część sezonu grał w linii z Tarasenką i Maroonem (choć ten drugi był czasem zastępowany przez któregoś z młodych), a potem z Perronem i Sanfordem. W meczu z Hurricanes Schenn nie wyszedł z powodu kontuzji więc linie przemieszano.

     
  2. Dzięki za komentarz. Zabrakło słowa “ostatnio” we fragmencie dot. wspólnej gry Schwartza, Tarasienki i O’Reilly’ego. Nie zmienia to faktu, że przy takiej formie ROR-a można byłoby się pokusić o ich dłuższą wspólną grę, by spróbować rozruszać JS. W St. Louis powinni z postawy O’Reilly’ego wyciskać jak najwięcej, póki gra jak natchniony. To nie ma prawa potrwać wiecznie, a jeśli i on zejdzie poniżej obecnego poziomu, nie wróżę Blues niczego dobrego.