Keith Tkachuk zawsze pozostanie moim największym idolem. Za całokształt twórczości. Jego syn, Matthew, już zalazł za skórę połowie ligi, co zupełnie nie przeszkadza mu być fenomenalnym, twardym napastnikiem. Jeśli masz nadzieję na wyciszenie nieco temperamentów w NHL w przyszłym sezonie, to zapraszam na wyścigi ślimaków, bo National Hockey League cię rozczaruje. Nadchodzi kolejna Tkachukokalipsa – tym razem o imieniu, którego nie powstydziłby się żaden siejący grozę huragan czy tornado – Brady.

Któż to?

Nazwisko zobowiązuje i podobnie jak Matthew, Brady gra w juniorach z numerem 7 ku czci ojca, jednak zapowiedział już, że w NHL planuje grać z numerem 27.  Co otrzyma drużyna, która zaprosi go w pierwszej rundzie? A tak się stanie, bo Brady długo na swoje nazwisko czekać raczej nie będzie.

90 kilogramów i 190 centymetrów starej szkoły hokeja. Brady, podobnie jak jego rodzina, to typowy napastnik dominujący – doskonale przygotowany technicznie, lepiej wydolnościowo, a do gry fizycznej się zwyczajnie urodził. W programie rozwojowym zagrał 24 razy, zdobywając łącznie 23 punkty i ponad 70 minut kar. W tym samym roku grając w USA U18 w 61 spotkaniach uzbierał 54 punkty i grubo ponad 100 minut kar. Wnioski nasuwają się same – Brady będzie jeszcze wredniejszy niż jego brat z Calgary Flames.

Atuty?

Doskonałe podania. Tutaj najmłodszy z rodziny Tkachuków preferuje styl swoich krewnych, czyli gramy bardzo prosto, ale bardzo szybko i bardzo zdecydowanie. Jego podania są teoretycznie czytelne, ale niespecjalnie przeszkadza im to w docieraniu dokładnie tam, gdzie zażyczy sobie tego młody Amerykanin. Strzelanie w jego wykonaniu wygląda tak samo – bardzo prosto, ale w punkt, piekielnie szybko i bardzo zdecydowanie. Tkachuk nie zakłada, że strzał się nie uda i w tym tkwi tajemnica jego skuteczności

Siła fizyczna

Staruszek ponownie pęka z dumy. Brady przyznaje, że ze swoim bratem rozmawia praktycznie dzień w dzień i ogląda wszystkie jego mecze. Najbardziej imponuje mu fakt, że numer 19 w Calgary wtrąca się we wszystkie potyczki, zawsze można znaleźć go pod bramką, gdzie wnerwia bramkarza rywali, a pod bandami zachowuje się jak samiec alfa i ma w planach rozgromić wszystko i wszystkich.

W lidze juniorskiej Brady póki co zachowuje się względnie grzecznie, oczywiście jak na niego, ale ewentualne zaczepki od razu powodują u niego wewnętrzną potrzebę odpłacenia się rywalowi. Nie mam wątpliwości, że na poziomie NHL narobi wokół siebie tyle samo szumu, co Matthew i niegdyś Keith.

Trzeci element to zdolności przywódcze. Nie bez kozery reprezentacja juniorów ma za kapitana właśnie jego. Charakter lidera jest u niego zaszczepiony genetycznie i podobnie jak reszta Tkachuków, Brady budzi duży respekt w szatni, a jego umiejętności w połączeniu z dużą siłą fizyczną dają mu posłuch. Nie boi się krzyknąć, zaczepić, ale też staje w obronie kolegów z drużyny. Nie unika starć i to sprawia, że zespół czuje się przy nim bezpieczniej. Jest bardzo dobrym kandydatem do literki “C” w NHL w bliższej lub dalszej przyszłości.

Wady?

Prawdę powiedziawszy, jego największe zalety mogą być jego bolączką. Brady niewielu rzeczy się boi, a to zgubiło wielu fenomenalnych prospektów. Przy całym szacunku dla niego, wydaje się być najmniej “lotny” z całej trójki utalentowanych hokeistów w rodzinie Tkachuków – nie za bardzo kalkuluje, nie wycofuje się, gdy grozi mu uderzenie kijem ani też nie szuka innego rozwiązania, gdy pakuje się w sam środek kotłowaniny pod bramką.

Jego stary taką grą przypłacił przedwczesnym zakończeniem kariery, sporymi problemami z kolanami oraz utratą większości zębów. Prawda jednak jest taka, że ta gra zapewnia Brady’emu miejsce w NHL i wysoki wybór w drafcie. O Tkachukach można powiedzieć to samo, co mówili o sobie wiedźmini: “nikt nie obiecywał nam spokojnej starości”.

Kariera?

Nieunikniona. Brady już grał w juniorach St.Louis Blues, NHL ma na niego chrapkę, bo mimo całej paplaniny o zbyt brutalnych zagraniach ludzie łakną tej starej szkoły w NHL, która odróżniała hokeistów od brydżystów. Brady, podobnie jak Keith i podobnie jak obecnie Matthew, będzie podnosić ciśnienie kibicom rywali i będzie maskotką fanów drużyny, którą zasili.

W zeszłym roku los mnie strolował i Matthew trafił do Flames – jeden wybór w drafcie przed Kojotami – choć ciężko mi narzekać, skoro do nas trafił Clayton Keller. W tym roku ponownie będę siedzieć podczas draftu jak na szpilkach – kolejnego Tkachuka żądam w Kojotach!

1 KOMENTARZ