Florida wygrała właśnie sześć spotkań z rzędu, czyniąc wyścig o dzikie karty we wschodniej części ligi niezwykle interesującym. Czy ekipa z Sunrise pójdzie za ciosem i siłą rozpędu wjedzie do posezonowej części rozgrywek?

Panthers zbliżają się do ostatniego miejsca premiowanego awansem do play-off, choć jeszcze jakiś czas temu niemal pewne wydawało się, że dzikie karty w tej części ligi podzielą między siebie ekipy z Metropolitan Division. Niezwykła to odmiana dla ekipy, która wydawała się być skazana na kolejny sezon mocno znaczony porażkami i niepowodzeniami. Przed nimi nadal bardzo dużo roboty do zrobienia, ale bilans 13-3 w 16 ostatnich pojedynkach i obecna sześciomeczowa seria wygranych budzi uzasadnione nadzieje.

Co sprawiło, że Koty obudziły się z zimowego snu? Cóż, hokej to sport zespołowy i bohaterów tej efektownej przemiany z pewnością było co najmniej kilku…

Jednym z kluczowych elementów stabilizujących Panthers na pożądanym poziomie jest postawa bramkarza Roberto Luongo. Weteran, który jak mało kto wie, co oznacza grać o najwyższą stawkę, wyleczył się w samą porę i po powrocie wygrał sześć z siedmiu swoich startów. Przez większość bieżącej kampanii z obsadą tej pozycji w Sunrise nie było lekko. Swoje problemy zdrowotne mieli i Luongo, i drugi z podstawowego duetu, James Raimer. W pewnym momencie Panthers musieli sięgnąć po grającego pierwszy sezon w zawodowym hokeju Samuela Montembeaulta, który wspierał trzeciego w klubowej hierarchii Harriego Sateriego. Fin, który obecnie jest już znowu w AHL, też zasługuje na słowa uznania i ma swoją cegiełkę w misji ratowania tego sezonu. Na przełomie stycznia i lutego wygrał cztery kolejne starty, które pomogły uwierzyć, że w Sunrise może jeszcze zaświecić słońce. Sateri wrócił za ocean po trzech latach w KHL, a wcześniej grał niemal wyłącznie w filialnej ekipie San Jose Sharks.

Z przodu wszystko zaczyna się oczywiście od postawy top line, prowadzonej przez Aleksandra Barkova. Dowody na to, że to w tej chwili jeden z najbardziej utalentowanych środkowych, grających kompletną grę na całym lodzie, są diabelnie mocne. Właśnie wybrano go do trójki najlepszych graczy minionego tygodnia. Barkova stać na zapierającego dech w piersi gola, a zaraz potem to on jest pierwszy w ciężkiej harówce, kiedy trzeba bronić wyniku. Jego wkładu w świetne wyniki Panthers nie można przecenić. Napracował się chłopak mocno, wspomnieć można choćby prawie dwadzieścia siedem i pół minuty spędzone na lodzie w zwycięskim po dogrywce meczu w Toronto. Punktuje bardzo regularnie, co w dotychczasowej karierze nie przychodziło mu tak znowu bardzo łatwo. Zaliczał indywidualną zdobycz w każdym z sześciu ostatnich zwycięstw i choć przed nami nadal sporo grania, już ustanowił rekord kariery w liczbie punktów za gole i asysty, po raz pierwszy przekraczając sześćdziesiątkę. Zobaczcie sami, jakie ten chłopak ma ręce. Ciekawe, że to był jego siódmy gol w sezonie po strzale z backhandu; tyle samo mają Rosjanie Radułow i Kuczerow i to najlepsze takie osiągnięcie w lidze.

Co ważne Barkov w swoich osiągnięciach nie jest osamotniony. Świetnie poczyna sobie Jewgienij Dadonow, udowadniając, że nigdy nie jest za późno, by dać sobie drugą szansę zawojowania najlepszej ligi świata. Pisałem w wydanym przez nas przed sezonem Skarbie Kibica, że szybkie znalezienie wspólnego języka przez Barkova i Dadonova może być dla Panthers kluczowe i wygląda na to, że ryzykowny ruch doświadczonego GM-a Dale’a Tallona wypalił.

Rosjanin w czterech z ostatnich pięciu meczów miał więcej niż punkt i jak tak dalej pójdzie zakończy sezon ze średnią oczka na mecz, co byłoby pięknym wynikiem dla gracza, który ostatnio brylował w naszpikowanej gwiazdami ekipie z Petersburga w lidze KHL. Dadonow ma umiejętność, którą posiadają wszyscy dobrzy strzelcy – wie, gdzie się ustawić, by znaleźć się w dogodnej strzeleckiej okazji i umie to wykorzystać. Dwudziesty trzeci atak poprzedniej kampanii latem został mocno przemeblowany, póki co tegoroczna ofensywa Panthers to górna połówka ligowej stawki, a symbolem tej dobrej zmiany jest właśnie Dadonow. Niewiele gorzej poczyna sobie duet z drugiego ataku, tj. Jonathan Huberdeau i Vince Trocheck, a sporo dobrych momentów ma też Nick Bjugstad.

Zaglądam w ligowe tabelki (teraz chyba wszyscy zaczynamy to robić dużo częściej niż wcześniej) i widzę, że Panthers w tym momencie okupują dziewiątą pozycję na Wschodzie, tracąc ledwie oczko do ostatniego dającego awans miejsca. Ich sytuacja wydaje się być jednak bardzo korzystna. Po pierwsze mają do rozegrania jeszcze dziewiętnaście spotkań, z tego aż dziewięć przeciwko ekipom, które zdecydowanie bardziej myślą już o loterii draftowej – Edmonton, Ottawa, Montreal, Buffalo, Arizona i Rangers.

Dwa z trzech ostatnich meczów ich sezonu to z kolei pojedynki z Bostonem, który jest już w zasadzie pewny swego i bardzo możliwe, że ich trener zechce wtedy dać moment oddechu kluczowym graczom – w końcu przecież Bruins sami myślą o dłuższym marszu w fazie posezonowej. Co jeszcze ważniejsze, bezpośredni rywale z Metropolitan, czyli New Jersey i Columbus, mają do rozegrania aż trzy mecze mniej, podobnie jak będąca za plecami ekipy z Sunrise Carolina.

Wszyscy chyba za szybko uznaliśmy, że w tym roku z Atlantic awansują tylko trzy ekipy, szanse Panthers wyglądają bardzo dobrze. Przyczaili się jak prawdziwe Pantery. Są obecnie najbardziej rozpędzoną ekipą całej konferencji; czy zszokują rywali i siłą rozpędu wjadą do posezonowej części rozgrywek?

3 KOMENTARZE

  1. Pamiętam draft, w którym Panthers sięgnęli po Barkova. Wtedy okrzyknięto ten ruch niespodziewanym, a niektórzy nawet ,,ryzykownym”; większość jednak spodziewała się, że Tallon sięgnie po Jonesa albo Drouina. Patrząc na to, w jakim miejscu swoich karier są obaj w/w wypada rzec, że GM miał nosa.

     
    • A ja dalej nie jestem przekonany co do Barkova i nadal wybrałbym wyżej Jonesa. Poza nim jeszcze Monahana no i MacKinnona, także żadnego stealu w draftowaniu Fina nie potrafię dostrzec. Żeby nie było że myślę inaczej, żadnego błędu z jego draftowaniem też nie widzę, bardzo dobry zawodnik, ale po pięciu sezonach nadal ma zero wygranych serii w play-offach. Trochę jest to ścieżka Johna T. z Islanders, taki drugi koszyk jeśli chodzi o “gwiazdy” NHL.