Francois Beauchemin, obrońca Anaheim Ducks, tradycyjnie drzemał sobie w dzień meczowy po południu, kiedy nagle obudziła go żona, Marie. Przeszkadzanie zawodnikowi NHL w jego przedmeczowych rytuałach to nigdy nie jest dobry pomysł, ale tym razem sytuacja była poważna. Władze wezwały właśnie wszystkich z okolicy do ewakuacji z powodu pożarów szalejących w południowej Kalifornii. Ogień nadchodził szybko…

Obrońca, którego kontrakt w przerwie wakacyjnej został wykupiony przez Colorado Avalanche, miał tego dnia sporo na głowie. Ducks grali wieczorem w Honda Center z Calgary Flames. W odwiedziny z Montrealu przyjechali też jego rodzice. Dwoje dzieci było przerażonych. Ledwo co się przecież wprowadzili, wiele spraw było do uporządkowania. Jak sam przyznał, był to początek stresującego tygodnia. Na szczęście do domu mogli wrócić już we wtorek, po zaledwie jednej nocy spędzonej w hotelu. W czwartek znów był w Denver, gdzie Ducks grali z Avalanche. A on oprócz meczu miał do przypilnowania sprzedaż domu w Greenwood Village, gdzie mieszkał przez ostatnie lata, kiedy grał w Colorado.

Beauchemin, którego jest to trzecie podejście do drużyny z Anaheim, kontrakt w Denver podpisał w 2015 roku jako wolny agent. Teraz grał przeciw drużynie, która wskutek wykupu kontraktu zapłaci mu w tym roku 1,5 mln $, a drugie tyle dołoży za rok, kiedy Francois będzie się wylegiwać do góry brzuchem na swojej farmie w Quebec.

Powrót do Denver z Ducks na mecz przeciwko Avalanche nie należał do łatwych. Przed tym meczem Beauchemin wspominał swoje szalone lato. Zaczęło się od telefonu od Joe Sakica, menadżera Avs, który zakomunikował mu, że jego kontrakt, który obowiązywał jeszcze przez trzy lata, zostanie wykupiony. Beauchemin, który ma 37 lat, był w szoku i zdał sobie sprawę, że to prawdopodobnie koniec jego kariery w NHL. Przede wszystkim nie chciał on znów doprowadzać do przeprowadzki swojej rodziny.

– To bardzo ciężka sprawa, grasz całe życie w hokeja i nagle dowiadujesz się, że to koniec. Nie spodziewałem się tego – mówi Beauchemin. – Miałem kilka telefonów z różnych drużyn, co cieszyło, ale naprawdę nie chciałem się ponownie przeprowadzać. Pogodziłem się więc z tym, że nie będę już grać w NHL. Myślałem, że zagram kilka turniejów z Team Canada, może uda się pojechać na Olimpiadę. I potem przyszedł dzień 27 sierpnia…

Dzwonił Bob Murray, menadżer generalny Anaheim Ducks. Chciał, by Beauchemin wrócił do drużyny, w której spędził dziewięć ze swoich 12 sezonów w lidze. Chciał, by był on doświadczonym liderem zespołu, by był wzorem dla młodych obrońców, którzy mogliby się od niego uczyć. Wszyscy, którzy go znają wiedzą, że ten gość nie ma wybujałego ego. To jest zawodnik, którego wszyscy chcą mieć w drużynie. On wie, że nie jest już obrońcą na pierwszą parę. Nie jest nawet na topową czwórkę w drużynie. Ale jest idealnym uzupełnieniem defensywy, a jego zdolności przywódcze i charakter mogą zespołowi tylko pomóc.

– Zawsze kiedy grasz przeciwko swojej starej drużynie, jest dziwnie – przyznaje Beauchemin. – Odkąd wyjechałem z Anaheim minęły dwa lata, ale kiedy znów we wrześniu wszedłem do tej szatni miałem wrażenie, że minęła chwila. Mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy dom w tej samej okolicy, w której mieszkaliśmy kiedyś. Dzieci poszły do tej samej szkoły, gdzie miały już znajomych. W szatni widzę te same twarze, jest zaledwie kilku nowych gości. Czuję się, jakbym wrócił do domu.”

Beauchemin prawdopodobnie nigdy nie powinien był opuścić Anaheim. To zawodnik jednej drużyny, taki typ. To hokeista, którego szanują wszyscy, zarówno koledzy z drużyny, jak i przeciwnicy. Naprawdę każdy chciałby go mieć w swoich szeregach, zwłaszcza za ligowe minimum. Nie w każdym miejscu na mapie NHL jego gra byłaby jednak zadowalająca, ale w Anaheim jest.

3 KOMENTARZE