Od sezonu 2008/2009, kiedy Pittsburgh Penguins z Marc-Andre Fleurym w bramce pokonywali Detroit Red Wings w finale Pucharu Stanleya, bramkarze drużyny z Miasta Stali nie dawali swoim kibicom powodów do radości. Postawa każdego z nich pozostawiała wiele do życzenia. Wydaje się jednak, że era kłopotów w bramce Pingwinów to już przeszłość.

Po fantastycznym sezonie mistrzowskim, w bramce Penguins zapanował marazm. Mimo, że zespół z Crosbym, Małkinem, Letangiem i kilkoma innymi gwiazdami dużego formatu rokrocznie typowany był jako jeden z faworytów do tytułu, kolejne lata przynosiły same rozczarowania. Winą za słabą postawę drużyny obarczani byli przede wszystkim bramkarze. Od kampanii 2009/2010 coś pękło we Fleurym, który dobrej formy z sezonu zasadniczego nie potrafił przenieść na play-offy. Kiepsko spisywali się także jego zmiennicy: Brent Johnson, Thomas Vokoun, Brad Thiessen, Jeff Zatkoff czy Thomas Greiss.

Oprócz zmian w rosterze, Penguins dokonali też szeregu zmian w sztabie szkoleniowym, między innymi na stanowisku trenera bramkarzy. Po rezygnacji Gillesa Meloche, która była prawdopodobnie „propozycją nie do odrzucenia” złożoną przez włodarzy organizacji, stołek osoby odpowiedzialnej za przygotowanie Fleury’ego i jego backupa przejął Mike Bales pracujący dotychczas z Wilkes-Barre/Scranton. I chociaż Fleury poprawił swoją grę w pierwszej części sezonu, to wciąż nie wytrzymywał presji, co prowadziło do zawodów w fazie play-off i kolejnych zmarnowanych kampanii.

Zmiana nastąpiła dopiero w kolejnym mistrzowskim sezonie, czyli minionej kampanii 2015/2016. Lekarstwem na problemy drużyny z Pittsburgha nie okazał się jednak cudowny powrót do świetnej dyspozycji Fleury’ego, a pojawienie się w rosterze młodziutkiego Matta Murraya, bramkarza draftowanego przez Pingwiny w 2012 roku z 83 numerem. 22-latek, który od momentu draftu zachwycał obserwatorów świetnymi występami w barwach afiliacji z Wilkes-Barre/Scranton. Murray wskoczył do składu w wyniku kontuzji podstawowego bramkarza przy okazji wygryzając z pozycji backupa Jeffa Zatkoffa. Świetne występy podczas absencji Fleury’ego sprawiły, że Murray nie oddał miejsca w bramce aż do końca sezonu i jako pierwszy w historii bramkarski pierwszoroczniak sięgnął z Pingwinami po Puchar Stanleya.

W drużynie prowadzonej przez Mike’a Sullivana jest więc dwóch świetnych ekspertów. Będący jedną z twarzy organizacji Fleury i młodziutki, uwielbiany przez kibiców Murray. To jednak nie koniec bramkarskiego problemu urodzaju z jakim musi zmierzyć się sztab drużyny i generalny manager Jim Rutherford. Do pierwszej drużyny coraz odważniej dobija się kolejny draftowany z wysokim numerem bramkarz – Tristan Jarry, którego Pingwiny wybrały rok po Murrayu w drugiej rundzie.

Już na poprzednich obozach przygotowawczych, scouci i trenerzy wypowiadali się o Jarry w samych superlatywach. W tym momencie w skutek złamanej ręki Murraya, przed młodym Kanadyjczykiem otworzyła się wielka szansa na powalczenie o stałe miejsce w rosterze drużyny z Pensylwanii, jednak managment drużyny uznał, że korzystniej dla młodego goalkeepera będzie regularnie bronić w AHL, niż siedzieć przez większość czasu na ławce jako backup.

W jego miejsce podebrano z waivers Mike’a Condona, bramkarza, który zaliczył w tamtym sezonie prawdziwe wejście smoka w barwach Montreal Canadiens. Długo notował fantastyczne liczby, jednak w pewnym momencie coś w nim pękło i często spisywał się fatalnie. Canadiens uznali, że nie będzie on dobrym backupem w przyszłym sezonie i postawili na Ala Montoyę. Wydaje się jednak, że Condon ma potencjał aby być solidnym backupem do czasu gdy do zdrowia powróci Murray. Później prawdopodobnie będzie musiał zadowolić się występami w pingwiniej afiliacji.

O ile jeden z problemów Sullivana i Rutherforda się rozwiązał – kontuzja Murraya zakończyła dyskusję który z bramkarzy będzie starterem na początku sezonu jako oczywistą opcję pozostawiając jedynie Fleury’ego, tak stworzył się problem kolejny. Jeżeli Condon stanie się wartościowym backupem, może się okazać, że już nie długo w Pittsburghu będzie aż czterech facetów rywalizujących o miejsce między słupkami.

Wskazuje na to także nowy kontrakt przygotowany przez klub i już parafowany przez Murraya. Za trzy kolejne lata klub zapłaci zawodnikowi w sumie 11.25 milionów dolarów. Taka sytuacja w końcu będzie musiała zmusić Pingwiny do pozbycia się przynajmniej jednego z nich (a kolejny będzie musiał przełknąć gorycz występów w AHL), co może przynieść zysk w postaci ciekawego zwrotu, ale z pewnością przysporzy włodarzom sporego bólu głowy.

Póki co, posiadanie tak szerokiego pola manewru w bramce, pozwala ze spokojem patrzeć na kolejne miesiące. Kontuzja Murraya i jego co najmniej dwumiesięczna absencja nie okazała się dla drużyny wielkim ciosem, bowiem niezależnie czy w bramce stanie Fleury, Murray czy Jarry, grający przed nimi obrońcy mogą czuć się spokojni. A jest jeszcze Condon, którego transfer także może wypalić, na szerszą niż to zaplanowano skalę.