Wybierając zawodnika w drafcie nie stawiasz przed nim oczekiwań i nie planujesz by był filarem Twojej drużyny w najbliższych miesiącach. Nawet najbardziej utalentowani mają przed sobą ciężki przeskok pomiędzy juniorami i profesjonalnym hokejem. Są jednak przypadki, w których nastolatek z miejsca robi furorę i nie tylko wywalczy sobie miejsce w składzie, lecz staje się najlepiej punktującym graczem drużyny. Przypominamy pięciu debiutantów, którzy ciągnęli swoje zespoły w swoim rookie season:

Jeff Skinner (Carolina Hurricanes, kampania 2010-11)

Wszedł do ligi jako 18-latek i siódmy numer draftu 2010 i był jak „gwiazda rocka”, a właściwie gwiazda R’n’B bo wielu nazywało go z racji młodzieńczego wyglądu „Hokejowym Justinem Bieberem”. Co zrobił już w pierwszym sezonie? Przede wszystkim strzelił 31. bramek i dołożył 22. asysty. Oczywiście wygrał Calder Trophy, ale nawet mimo to jego Hurricanes nie zakwalifikowali się do play-off (w tej chwili mają już sześcioletnią „nieobecność”). Skinner był jednym z kilku zawodników „nowej fali”, czyli graczy z słabymi warunkami fizycznymi, ale nadrabiającymi wysokimi umiejętnościami technicznymi. Jego technika jazdy jest nienaganna co zawdzięcza początkowej fazie kariery, w której łączył hokej z… jazdą figurową na łyżwach. Był nawet młodzieżowym medalistą Kanady na poziomie międzynarodowym. Postawił jednak na hokej i opłaciło się, w tej chwili jest już sowicie opłacanym renomowanym napastnikiem, ze zdolnościami na przekraczanie bariery 30. bramek co sezon.

Nathan MacKinnon (Colorado Avalanche, kampania 2013-14)

Jego „wejście Smoka” do składu Colorado Avalanche zakończyło się sezonem na 63 punkty i 24 gole. Wielu mówi, że do tej pory stanowisko trenera Patrick Roy ma tylko dlatego, że powołanie go na to stanowisko zbiegło się ze znakomitym sezonem napastnika z Nowej Szkocji. Owszem było trzech innych graczy Lawin, którzy punktowali jeszcze więcej, ale to właśnie „jedynka” z 2013 roku zrobiła różnicę w ciasnej i trudnej Dywizji Centralnej. Ba różnicę na miarę zwycięstwa w tej części ligi. MacKinnon mocno spuścił z tonu w drugim roku swojej gry w NHL, wyraźnie „cierpiąc” na syndrom „sophomore”, ale w trzecim odzyskał rezon i znów przekroczył barierę 50 pkt. Został za to nagrodzony nowym siedmioletnim kontraktem, który dokładnie przeanalizowaliśmy na łamach serwisu.

Johnny Gaudreau (Calgary Flames, kampania 2014-15)

Przetartym już szlakiem zawodników o gorszych warunkach fizycznych do ligi dostał się Johnny Gaudreau. Nie od razu był w Flames postacią numer jeden, ale zdobył zaufanie Boba Hartleya na tyle, że w końcu regularnie grał w top-six napastników. Spłacił się 20. bramkami i 64. punktami i chociaż nie wygrał Calder Trophy to miał w głosowaniu sporą liczbę wskazań. Uwagę zwracała też jego dżentelmeńska gra, tylko 14 minut karnych dało mu prawo ubiegania się po Lady Bing Trophy. Z czasem Gaudreau nauczył się grać agresywniej, w następnym roku udowodnił że jest już nie tylko graczem top-six, lecz top-line, a w Calgary widzą w nim też lidera ofensywy na wiele lat. To jednak debiutancki sezon był dla niego i dla Płomieni najlepszy od wielu lat, z awansem do fazy pucharowej i rozbudzonymi nadziejami.

Paul Stastny (Colorado Avalanche, kampania 2006-07)

Wchodząc do rozgrywek z nazwiskiem Stastny wielu obserwowało go z zaciekawieniem. Historię dopełniał fakt, że został wydraftowany przez Avalanche, a więc starych Quebec Nordiques – drużynę w której występował jego ojciec Peter. To jeszcze nie koniec. Mentorem na pierwszych etapach jego treningów i meczów w NHL był Joe Sakic. Obecny menadżer Lawin wyznał, że zaopiekował się Paulem tak, jak jego ojciec zaopiekował się nim gdy zaczynał w Nordiques. Koniec tych rodzinnych koneksji. Stastny nie musiał polegać na nazwisku ojca zbyt  długo. Jego pierwszy sezon był znakomity, 28 goli i 78 punktów dla Avalanche. Wówczas przy nim błyszczał też nasz Wojtek Wolski. Ale to Stastny miał głosy i omal nie wygrał Calder Trophy (drugie miejsce). Pomyśleć, że do NHL wszedł z rocznym opóźnieniem i to na własne życzenie. Miał możliwość bycia selekcjonowanym już w 2005 roku, ale wolał poczekać. Jak się okazało całkiem słusznie.

Jewgienij Małkin (Pittsburgh Penguins, kampania 2006-07)

To on był lepszy od wyżej opisanego Stastny’ego w sezonie 06-07. Historia tego jak trafił za ocean przypomina o tym jak chłodne potrafią być stosunki KHL i NHL. Małkin wymykał się z Rosji przy pomocy pobytu jego drużyny w Finlandii, tylko wtedy miał dostęp do swojego paszportu. Z czasem pogodzono się z jego planami i mógł wracać do ojczyzny normalnie. Najpierw jednak udowodnił swój gwiazdorski potencjał w Pittsburghu, gdzie był już Sidney Crosby. Jednak to od przybycia „Geno” w Penguins rozpoczęła się „Złota Era” w tej chwili bogata w 10-letni nieprzerwany staż w play-offach i dwa tytuły mistrzowskie. Małkin zdobył 33 gole i 85 punktów, chociaż kontakt z nim był ograniczony przez jego nikłe umiejętności lingwistyczne, z czasem stał się ulubieńcem mediów. Sporą rolę w jego rozwoju zarówno osobistym jak i sportowym odegrał Siergiej Gonczarów – wówczas kolega z zespołu, teraz trener defensywy w Penguins.