Przedstawiamy kolejne tłumaczenie fenomenalnych tekstów ukazujących się na łamach portalu The Players Tribune, tym razem jest to podsumowanie własnej kariery spisane przez Brendena Morrowa. Weteran który spędził 15 lat na lodowiskach NHL opowiada między innymi o organizacji Stars, wspólnych chwilach z Martym Turco czy gwiazdami jak Mike Modano i Brettem Hullem pod wodzą trenera Hitchcocka. Zdradza też, że największym błędem młodości były treningi… jazdy figurowej. Przekład oryginalnego tekstu możecie przeczytać poniżej.

Okej, dzieciaki. Przechodzę na emeryturę po piętnastu latach i jest jedna rada, którą chciałbym wam przekazać: jeśli macie nie dotrzeć na ciszę nocną, to grubo po ustalonej godzinie.

Nauczyłem się tego najgorszym możliwym sposobem.

Jednej nocy, kiedy graliśmy na wyjeździe, wróciliśmy do hotelu z Martym Turco (przepraszam, że cię wydaję, ale to moja historia) o 23:40, może 45. Godzina policyjna – 23:30.

Oczywiście wypiliśmy nieco napoju dla dorosłych i w pewnym momencie w jakiś sposób zainspirowały mnie te ogromne filary w hotelowym lobby. Zakończyło się na tym, że zacząłem się po nich wspinać, objąłem je nogami oraz rękami i podążałem w górę naśladując Spider-Mana. Wskakiwałem na nie, po czym zjeżdżałem w dół. To było świetne show, najbardziej zadowolony był Marty. Niestety moje pajęcze zmysły zawiodły, nie zauważyłem, że w pewnym momencie w holu pojawił się… trener główny naszej drużyny. I menadżer generalny. Którzy obserwowali moje wyczyny. Świetnie.

Oczywiście, że tam byli. Było tuż po godzinie policyjnej, nie było szans na nic innego. Piękna lekcja, wnioski wyciągnięte.

W ciągu całej mojej kariery popełniłem wiele błędów. Tych prostych i naprawdę głupich (co prezentuje przytoczona wcześniej historia). Ale myślę, że kluczem do udanej kariery, nie tylko tej hokejowej, jest nie popełnienie tego samego błędu dwukrotnie.

Myślę, że największym błędem młodości było poświęcenie się jeździe figurowej, kiedy miałem cztery lata. Tak naprawdę to była bardziej decyzja mojej matki. Według jej logiki w ten sposób miałem przygotować się do gry w hokeja, trudno spierać się z rezultatami. Ale szczerze mówiąc byłem w tym beznadziejny. I dobry Boże, te ubrania. Jestem tylko naprawdę wdzięczny, że moi koledzy z drużyny nigdy nie znaleźli żadnych zdjęć z tego okresu. Myślę, że mógłbym tego nie przetrwać.

Pochodzę z małego miasteczka Carlyle (tłum. – nazwa pewnie na cześć Randy’ego ;)) w Saskatchewan. 1100 mieszkańców, w tym rejonie to metropolia. Najlepszą rzeczą związaną z dorastaniem w małym miasteczku jest to, że spędzasz na lodzie o wiele więcej czasu.

Cd2SAFcW4AAboSUKiedy byłem mały lubiłem oglądać grę Bretta Hulla. Był moim idolem. Kochałem sposób, w jaki zdobywał bramki i ten grymas na jego twarzy po każdym trafieniu. Promieniował szczęściem. Był najlepszym kanadyjskim hokeistą (jesteś Kanadyjczykiem, Brett, nie pieprz).

Kiedy byłem nastolatkiem na lodzie radziłem sobie dobrze, ale nigdy nie byłem jakąś wielką gwiazdą. W każdej drużynie, w której grałem byłem może trzecim lub czwartym najlepszym zawodnikiem. Wszystko zmieniło się w wieku piętnastu lat. Wtedy w jednym sezonie, w 60 meczach ustrzelił 117 goli i dołożyłem 72 asysty.

Tylko, że byłem Wielką Martą (w org. Large Marge – postać z filmu Wielka przygoda Pee Wee Hermana, kierowca ciężarówki). Ważyłem ponad sto kilogramów, jak na ten wiek to naprawdę sporo. Więc możecie sobie wyobrazić, jak to wyglądało, jak terroryzowałem tych dzieciaków mniejszych ode mnie od połowę. Okazało się, że tej przewagi nie będę miał przez całe życie.

Kiedy wyjechałem do Portland, żeby rozegrać swój pierwszy sezon w lidze juniorskiej, mój trener, Innes Mackie kazał mi wejść na wagę. Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy, spojrzał mi w oczy, po czym popchnął ciężarek dalej. Spojrzał na mnie skołowany, po czym znowu popchnął ciężarek. I tak kilka razy aż zabrakło miejsca na linijce. Zostałem wysłany z powrotem do szatni, miałem czekać.

Niedługo później podszedł do mnie drugi szkoleniowiec, trener Peterson. Miał w ręce białą taśmę. Przykleił kawałek na jeden z rowerków i napisał na nim moje imię.

Gratulacje Brenden, załapałeś się do drużyny. A teraz masz jeździć na tym aż do Świąt Bożego Narodzenia.

Kiedy straciłem nieco wagi i w końcu byłem w formie moja gra wzniosła się na kolejny poziom. Wtedy marzenie o NHL stało się faktem. Kiedy podczas draftu włodarze Dallas Stars wywołali moje imię nie mogłem być bardziej szczęśliwy. Byłem pewny, że będę częścią naprawdę świetnej drużyny. Ale w tamtym momencie nie mogłem wiedzieć, jak wielki wpływ ta organizacja będzie miała na moje życie. Niektóre z moich najlepszych wspomnień, które zachowam na całe życie, wiążą się z noszeniem trykotu Stars.

I jak zaznaczyłem wcześniej, popełniłem też kilka naprawdę głupich błędów.

Kiedy zacząłem grę w najlepszej hokejowej lidze świata rzucałem wszędzie obietnicami, których nie mogłem spełnić. Przechwalałem się i dokuczałem wszystkim na około. Raz graliśmy przeciwko Washington Capitals, w ich składzie był Chris Simon. Waga ciężka. Jego włosy sięgały niemal do kolan, wyglądał, jak ktoś kto może cię zabić. Po drugiej stronie 20-letni ja, kłapiący dziobem. Podjeżdża do mnie i mówi, Jeśli nie zamkniesz gęby to jutro nie będziesz już oddychać.

Nie było żadnego uśmieszku, był całkowicie poważny.

Przez resztę meczu unikałem kontaktu wzrokowego. Jakbym ściągał na teście. To jedyny raz w mojej karierze, kiedy powstrzymałem się przed patrzeniem komuś w oczy. Wciąż myślę, że była to świetna decyzja.

Cg1lBKmUgAAS0xSNa szczęście większość błędów popełniłem na samym początku swojej kariery. Miałem farta, że otaczało mnie tylu niesamowitych weteranów. Zrobiłem, więc wszystko, żeby jak najszybciej wpasować się w tą drużynę. Oni chcieli, żebym stawał się coraz lepszy, w końcu tak powinno to działać w zdrowo rozwijającym się klubie. Miałem sporo szczęścia, że uczyli mnie zwycięzcy. Nie wszyscy mogą się tym pochwalić, a z pewnością miało to spory wpływ na to, jak potoczyła się moja kariera.

Wszystko zaczynało się od samej góry drabinki. Mike Modano sprzedał hokej w Dallas dzięki swojemu wizerunkowi ładnego chłopca. Za zamkniętymi drzwiami był wielkim dzieciakiem. Pracował naprawdę ciężko, żeby stać się tak dobrym, ale jednocześnie był naprawdę zabawnym gościem. Hokej był jego pasją i potrafił tym zarażać innych. Prawdziwym zaszczytem była możliwość dzielenia lodu z nim.

Nie wiem, kto mu powiedział, ale jakimś cudem Brett dowiedział się, że jak byłem młodszy mój pokój oblepiony był plakatami z jego podobizną. Oczywiście wolałby, żeby plakaty należały do mojej siostry, ale musiał pogodzić się z tym, że to byłem ja.

Kocham Bretta. Naprawdę. Jest jednym z moich najbliższych przyjaciół.

I tak naprawdę to jest ta magiczna część gry na tym poziomie rozgrywek. Kiedy po raz pierwszy byłem blisko Hully’ego w szatni mimowolnie zacząłem podskakiwać ze szczęścia. A później go poznałem. Dzieliłem z nim czas na lodzie. Staliśmy się naprawdę bliskimi przyjaciółmi. Ten przygruby dzieciak, który wychowywał się w Carlyle nigdy nawet nie marzył o tym, żeby pewnego dnia zagrać w jednej formacji ze swoim idolem.

Na temat Bretta musicie wiedzieć jedną rzecz, o której sam powie wam bardzo szybko – jego kij zawsze czeka na krążek. Po prostu podaj do niego.

Ze wszystkich tych hokejowych wspomnień jest jedno, które zawsze doprowadza mnie do wybuchu śmiechu. Prawdopodobnie Brett wolałby, żeby ta historia nie ujrzała światła dziennego, ale przecież to mój list pożegnalny.

Ken Hitchcock brzmi nieco, jak nauczyciel Charliego Browna. A podczas gier nie przestaje gadać.

Graliśmy w Phoenix z Coyotes w ich starej hali. Z niewiadomych powodów ławka była podzielona na dwie części. Na samym końcu było miejsce dla dwóch zawodników, nieco bliżej lodu, za nimi siedziała reszta drużyny. Czemu? Kto wie. Po prostu tak było.

Grałem w linii z Modano i Hullem. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie ma opcji, żeby trener Hitchcock krzyczał na tą dwójkę, więc jeśli coś pójdzie nie tak, jak powinno, ja będę zbierać baty. Tak właśnie jest, kiedy spędzasz czas na lodzie z dwoma gwiazdami.

Więc wyjeżdżamy na pierwszą zmianę i jeden z nas traci krążek. Wracamy na ławkę, a Hitch zaczyna wyzywać mnie od najgorszych. Nie można powiedzieć, że nie ma bogatego słownictwa. Więc wiedziałem, że to będzie jedna z tych trudniejszych nocek.

Wychodzimy na lód po raz kolejny, znowu coś spieprzamy, wracamy na ławkę, Hitch szuka mnie, znajduje i wydziera się na mnie. Trzecia zmiana nie jest inna, znowu popełniliśmy jakiś błąd. Ale tym razem, kiedy jedziemy w stronę boksu Hully odwraca się do mnie i mówi, Hej, siądź ze mną. Więc dołączam do niego na tej małej, miłosnej ławeczce dla dwóch osób.

W międzyczasie widzę – i słyszę – że Hitch stara się mnie odnaleźć. Gdzie jest Brenden? Gdzie do cholery jest Brenden?

Nagle mnie zauważa i robi się cały czerwony. Nie chcę być niegrzeczny, więc odchylam się nieco do tyłu, żeby złapać kontakt wzrokowy, w końcu i tak ma mi powiedzieć, jak beznadziejny jestem. Ale kiedy się odchylam odchyla się też Hully i zasłania mi wkurzonego Hitcha. Więc zmieniam pozycję i pochylam się w przód, ale Brett nie odpuszcza i znowu blokuje mi pole widzenia. I tak kilka razy, nie mogę przebić się przez wielką melonową głowę Bretta. Hitch jest coraz bardziej czerwony i coraz bardziej wkurzony.

W końcu Brett odwraca się do mnie i mówi, Powiedz temu skurwysynowi, żeby się odpierdolił!

Co za koleś.

***

Jestem dumny z tego, co udało mi się osiągnąć ze Stars. Z tego w jaki sposób reprezentowałem tę organizację (nie sugerujcie się opowiedzianymi historiami). Doug Armstrong i Dave Tippett uwierzyli we mnie, w pewnym momencie zostałem kapitanem tego zespołu i był to ogromny zaszczyt, zawsze będę za to wdzięczny.

Nigdy nie traktowałem pomocy Stars i liderowania drużynie jako pracy, głównie dzięki temu, że tyle świetnych osób ze mną współpracowało.

Mam niezliczoną ilość wspomnień związaną z Martym Turco. Jedynym w swoim rodzaju. Byliśmy tą dwójką weteranów, starych wyjadaczy. Marty jest moim przeciwieństwem pod wieloma względami. On był tym zabawowym, otwartym gościem, ja byłem cichy. To on zawsze mówił. Tworzyliśmy świetną drużynę.

Większość bramkarzy jest dziwaczna. Sporo z nich ma pewien zasób przesądów i musi przed meczami odwalić jakieś rytuały. Niektórzy zwariują, jak tylko dotkniesz ich ekwipunku, albo w trakcie dnia meczowego nie można się do nich odezwać. Tego typu rzeczy. Z Martym było zupełnie inaczej. Przed spotkaniami był kompletnie stuknięty – ale w tym zabawnym sensie. Cokolwiek nasza grupa chciała zrobić, Marty chciał zrobić to z dziesięciokrotnym natężeniem.

Przed meczami graliśmy w tą jedną głupią grę. Myślę, że nazywaliśmy ją oślą piłką (org. donkey ball). Okej, na pewno nazywaliśmy to oślą piłką. To taki mix pomiędzy piłką nożną i siatkówką. Często kończyła się niezliczoną ilością kolizji, wstrząśnień mózgu i złamanych palców. O ile mnie pamięć nie myli ktoś nawet stracił zęba po tym, jak kopnięto go w twarz. Okrutna i głupia gra.

Raz graliśmy na rozgrzewkę przed meczem w Detroit. Warto pamiętać o tym, że było to jedno z tych ważniejszych spotkań w sezonie, bo rzadko kiedy wygrywaliśmy z Detroit, w szczególności na wyjazdach. Więc rozgrzewamy się, wszyscy ostro wkręcili się w oślą piłkę. Kiedy skończyliśmy Marty był super podekscytowany i pełen energii. Odbijał się od ścian. Wracaliśmy truchtając do szatni, ale Martybiegł sprintem. W pewnym momencie, tuż przy drzwiach, odbił się od podłoża z ogromną siłą, źle wyliczył swój lot i uderzył głową w ścianę. To był najgłośniejszy trzask, jaki w życiu słyszałem.

I nie, wciąż nie wiem, dlaczego wyskoczył. Ale to Marty.

Padł na ziemię, a z jego głowy zaczęła lecieć krew. Zakrwawił całe przejście, wyglądało to, jak scena zbrodni.  W tym momencie byłem rozdarty. Szczerze nie wiedziałem, co mam myśleć. Z jednej strony byłem zaniepokojony, miałem nadzieję, że Marty żyje. Z drugiej, starałem się zagryźć wargę i nie dopuścić do wybuchu śmiechu. Co za idiota.

Jak się okazało wszystko z nim było w porządku. Musieli nałożyć opatrunek i napchać gazy do jego kasku, żeby mógł wyjechać na rozgrzewkę. Wydawało się, że strzelamy w stronę mumii. Później wróciliśmy do szatni i go pozszywali. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że wygraliśmy. W Joe. Z pozszywanym Martym w bramce.

Myślę, że miałem sporo szczęścia. Stars to jedna z najlepszych organizacji w NHL. Ludzie, którzy zajmują się wszystkim, co dzieje się poza lodem, są głównym powodem tego, że wielu hokeistów chce grać w Dallas.

Cd2Au_YXIAEAeL9Lee Jackson, asystent menadżera, był związany z tym klubem jeszcze w czasach, gdy jego siedziba mieściła się w Minnesocie. Nigdy nie jest na pierwszym planie, woli przyglądać się z cienia, ale jest dla tej organizacji kluczową postacią. Ma niesamowitego nosa, jeśli chodzi o talenty, dzięki czemu mogliśmy mierzyć się z potężniejszymi drużynami. Zasługuje na uznanie, jak mało kto, ale nigdy nie prosił o nie. Naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie zrobił.

Jestem też wdzięczny wszystkim moim szkoleniowcom i klubowym pracownikom. Zostawali po godzinach, żeby zadbać o nasz mokry, śmierdzący sprzęt i robili to z wielkimi uśmiechami na twarzy. Musieli dołożyć sporo pracy tylko po to, żebyśmy mogli pojawić się na lodzie i robić to, co kochamy najbardziej. Oni także zasługują na nasze uznanie, są wielką częścią tego, co robimy.

Zawsze będę wdzięczny fanom, którzy pomogli zbudować hokejową kulturę w Teksasie. Kibice Stars kochają ten sport ze wszystkich tych prawidłowych powodów. Naprawdę chciałem zdobyć dla nich Puchar. Nie było nam to pisane, ale mimo wszystko zawsze będę dumny z tego, co udało nam się wspólnie osiągnąć.

Przez ostatnie kilka lat mój organizm mówił mi, że koniec jest już blisko. Czasami wstawałem rano i miałem problem z założeniem skarpetek. Przez długi czas to ignorowałem, wiedziałem, co to oznacza. Wciąż potrafię grać na wysokim poziomie, ale jestem po prostu za wolny na to. To niesamowite, jak wiele się zmieniło odkąd zacząłem grać w tej lidze. Moje ciało może się psuć, ale jedno jest pewne -moja pasja nigdy nie zniknie.

Kiedy teraz patrzę w przeszłość większość wspomnień związanych z grą jest jedną wielką plamą. Gole, wyniki, rekordy, wszystko to znika z mojej pamięci. Ale zawsze będę pamiętał te chwile, w których śmiałem się z moimi kolegami z zespołu, kiedy robiłem to, co kocham.

Twoje życie określają ludzie, którymi się otaczasz. Nigdy nawet nie wyobrażałem sobie, że będę uczył się tej pięknej gry od moich bohaterów. Chciałbym tylko, żeby to wszystko nie skończyło się tak szybko. Teraz, kiedy odchodzę, chciałbym podziękować wszystkim za te karierowe szanse, które mi dano.

Na szczęście nie polubiłem łyżwiarstwa figurowego.

 

NHL w PL nie rości sobie praw do oryginalnej treści powyższego tekstu i materiałów foto oraz nie pobiera żadnych korzyści z jego opublikowania. Materiał jest przetłumaczony w celu przybliżenia polskim kibicom NHL wiadomości ze świata najlepszej ligi hokejowej. Tłumaczenie jest własnością intelektualną NHL w PL.