Podobno błędów nie popełniają tylko Ci, co nic nie robią. Statystyki minut kar często pokazują wartość „0”. To nie problem nie narazić się sędziemu mając na koncie 3, czy 7 spotkań. A gdybym ci powiedział, że da się tak rozegrać połowę sezonu ? Hokeista bez minut kar po 40 spotkaniach to jak Pudzianowski ciągnąc za sobą dwa TIR-y, to jak Robert Lewandowski strzelający bramki bez użycia nóg… to jak Jezus który niesie swój krzyż, który jeszcze dodatkowo wcześniej kupił w IKEA i sam musiał go sobie poskładać.

Patrz na krążek… i tylko na krążek

Dookoła jest wiele pokus. Grzech przemocy wobec bliźniego na łyżwach jest powszechny w tym sporcie, jak grzech obżarstwa wśród duchowieństwa. Nawet jeśli grasz w trzeciej formacji, jak np. Mark Letestu, nie oznacza to, że musisz parać się sprawianiem bólu przeciwnikowi. Letestu to wie… po 70 spotkaniach ma… 10 MINUT KARNYCH. Czy unika gry? Podstawia swoją kartonową podobiznę i siedzi w szatni? Nie… Letestu wszystko postawił na technikę… a w każdym razie taki zapewne ma zamysł.

Dobra wiadomość jest taka, że grając w taki sposób, nie sprowadzisz na siebie gniewu trenera po bezsensownym przewinieniu. Twoja drużyna nie ucierpi braku zawodnika z Twojego powodu, a to już bardzo dużo. Wielu graczy nie umie poradzić sobie z faktem wyłapywania bardzo bezmyślnych kar, co w pewnym momencie zaczyna warzyć na ich karierze.

Jak trochę więcej czekolady w torcie czekoladowym

Grając tak grzecznie, możesz spokojnie stanowić całkiem przydatny dodatek do już wygrywającej drużyny. Szybka, dynamiczna ofensywna gra zespołu pozwoli zapomnieć o Twoim dziwacznym pacyfizmie. W takiej sytuacji jest Kevin Porter z Penguins, który w ponad 40 spotkaniach, póki co ławki kar jeszcze nie odwiedził.

Jeszcze jednym plusem takiej gry jest ciekawie ujmowany brak egoizmu. Porter nie odpowiada na zaczepki, przepychanki – więc nie wyłapuje kar w momentach, w których nawet zabijaka nie powinien osłabiać drużyny. Bardzo przydatna umiejętność, która może zaważyć na losach meczu. Niestety, to by było na tyle blasków „troskliwych misiów” w hokeju.

„Nie mogę ci wiele dać, bo sam niewiele mam”

Tak grzeczni zawodnicy zazwyczaj nie są bardzo dobrzy – najczęściej słowo „przeciętny” pasuje do nich, jak „wódka” do słowa „Rosja”. Zdecydowanie najlepszym z tego gatunku (zerowego konta karnych minut) jest obecnie szwedzki napastnik Alexander Wennberg z Columbus Blue Jackets. Z racji słabej drużyny, ekscentrycznego trenera i poważnych niedostatków kadrowych, Wennber ma swoje stałe miejsce w składzie – i jak na drużynę, która gdyby była kobieta, miałaby na imię „Porażka” – radzi sobie wcale dobrze. -7 w statystykach +/-  i 32 punkty w prawie 60 spotkaniach to całkiem sensowny wynik.

Nie czarujmy się jednak, w drużynie walczącej chociaż o play off tacy zawodnicy nie mają szans na rozegranie tylu meczy. Są zbyt delikatni, by ugrać więcej niż zapchanie dziury w składzie lub kilka lepszych podań pod bramką. Oczywiście, zawodnicy jak Tyler Seguin, którzy w zasadzie nie uznają gry ciałem, również mają świetną rację bytu – ale Tyler ma już trochę kar – walka o swoje i o bramki nie zawsze musi oznaczać rzucanie rękawic i rozstawianie wroga pod bandą – czasem oznacza to przypadkowe podcięcie, desperackie zahaczenie lub po prostu uderzenie kijem, które nie było planowane.

Gdyby hokejem rządziła statystyka, musielibyśmy założyć, że z trójki bohaterów artykułu tylko Wennberg jako tako oddycha. Reszta zdaje się stać na lodzie  i czekać przy bandzie na możliwość zmiany. I choć jest to gruba przesada, to efekt nie jest daleko różny od opisanego. O ile Wennberg stanowi wymierną wartość, o tyle Letestu jest absolutnie zbywalnym dodatkiem punktowym raz na 10 spotkań… a Kevin Porter póki co może być zadowolony, że gra jeszcze w NHL.

W NHL nie można już grać w taki sposób. Gracze pokroju Craiga Jenney wymarli wraz z dawną NHL, gdzie role na „snajperów” i „zabijaków” były wydzielone dużo wyraźniej. Dziś nie możesz pełnić tylko jednej funkcji. Kiedyś była to zaleta, dziś jest to mentalne kalectwo.