Odkąd Dan Bylsma pożegnał się z posadą trenera Penguins, w Pittsburghu z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej. Fatalna końcówka sezonu, która zaowocowała tym, że zespół objęty przez Mike’a Johnstona ledwo zakwalifikował się do playoffów, blamaż w ich pierwszej rundzie, gdzie ulegli 1-4 Rangers. Offseason dawał nadzieję na lepszy rok. Nic bardziej mylnego. Mimo wzmocnienia składu, drużyna rozpoczęła kampanię od trzech porażek. I chociaż w kolejnych trzech meczach Pingwiny zdołały zdobyć komplet punktów, to gra zespołu wciąż pozostawiała wiele do życzenia. Teraz, po kolejnej porażce z Dallas Stars, kibice z Pensylwanii znów mogą czuć się bardzo zaniepokojeni. Poniżej prezentujemy siedem przypadłości, których wynikiem są słabe występy.

 

  1. Osłabiona defensywa

Wzmocnienia formacji ofensywnej, a w szczególności zakontraktowanie Phila Kessela, przy tak ciężkiej sytuacji z capem, musiały odbić się na defensywie Pingwinów. Pożegnano doświadczonych Christiana Ehrhoffa i Paula Martina, a wcześniej z drużyny odeszli Matt Niskanen i Brooks Orpik.

Młodzi obrońcy wsparci przez Krisa Letanga i Roba Scuderiego radzą sobie przyzwoicie, jednakże w ich poczynaniach można dostrzec niepewność, która odbija się także na reszcie zespołu. Zwłaszcza, że Scuderi zawodzi, a Olli Maatta nie wrócił jeszcze do formy po kontuzji, z której dopiero niedawno się wyleczył. Biorąc pod uwagę sytuację, bardzo prawdopodobne jest, że jeszcze w tym sezonie, Jim Rutherford będzie łatał dziury próbując oddać w zamian któregoś z napastników.

 

  1. Beznadziejna dyspozycja skrzydłowych

Patrząc personalnie, ekipa z Pittsburgha ma jedną z najsilniejszych top lines w lidze, jeżeli nie najsilniejszą. W obecnym sezonie zdecydowanie zawodzą jednak skrzydłowi, którzy jeszcze rok temu byli ogromnym wsparciem dla Crosby’ego i Małkina. Teraz Kunitz, Hornqvist i Perron grają bardzo słabo, a beznadziejna dyspozycja dopadła zwłaszcza tego pierwszego. Chris na lodzie wydaje się zagubiony, podejmuje złe decyzje, które przekładają się na straty w tercji rywala. Co równie ważne, próżno szukać go podczas starć na bandach i pod bramką rywali, gdzie zawsze spisywał się świetnie, zbierając i dobijając odbite krążki.

Słabo do drużyny wprowadzili się Phil Kessel i Sergiej Płotnikow. Zarówno z jednym jak i drugim, w Pittsburghu wiązano wielkie nadzieje. Przed sezonem prorokowano, że Kessel u boku Crosby’ego jest w stanie zdobyć ponad 50 bramek, a tymczasem w siedmiu spotkaniach jedynie dwukrotnie trafił do siatki. Także Rosjanin miał być dobrym uzupełnieniem top lines. Dużo mówiło się, że Płotnikow doskonale rozumie się z Małkinem, z którym grywał w linii podczas meczów kadry. Tymczasem to właśnie on jest zdecydowanie najsłabszym z nowych nabytków. Sezon rozpoczął u boku Małkina, jednak zdążył już nawet usiąść na trybunach jako healthy scratch. Nie chcę być złym prorokiem, ale jeżeli Sergiej nie poprawi swojej gry, jego przygoda z NHL nie potrwa zbyt długo.

 

  1. Power Play

Power play to element, który w grze Pingwinów chyba najbardziej kole w oczy. Brak pomysłu na rozegranie akcji, przewidywalne podania, problemy z utrzymaniem się przy krążku. Słaba statystyka oddanych strzałów, jedynie dwie strzelone bramki na 25 szans, co jak łatwo policzyć daje 8%. Jednym słowem dramat. Jeszcze większy dramat objawia się, kiedy spojrzymy na to, kto wyjeżdża na lód podczas gry w przewadze i jakie są tego skutki. Obecnie, miejsca w pierwszym PP unicie zajmują Małkin, Crosby, Kessel, Hornqvist i Letang. Dwie bramki, w tym jedna w dogrywce kiedy sytuacja na lodzie była 4vs3, nie przynosi chluby drużynie Mike’a Johnstona.

Jeżeli jednak narzekamy na pierwszy unit pingwiniego PP, to co powinniśmy zrobić patrząc na drugą formację? Pozostaje chyba tylko załamać ręce i skryć twarz w dłoniach, bowiem drigu unit PP praktycznie nie istnieje. Bonino, Kunitz, Cole, Maatta i Peron zupełnie nie radzą sobie z zamknięciem zamka i przyciśnięciem osłabionej drużyny przeciwnej.

 

  1. Penalty killing

Często zdarza się tak, że drużyna, która niezbyt radzi sobie w PP, dużo lepiej stoi z grą w osłabieniu. Z Pingwinami jest różnie, bowiem optycznie samo penalty killing nie wygląda najgorzej, jednak w statystykach nie jest już tak kolorowo. Penguins zajmują 16. miejsce w klasyfikacji PK z zaledwie 82% wybronionych takich sytuacji. Nie jest więc najgorzej, ale mimo wszystko jest wiele rzeczy do poprawy w tym elemencie. Warto wspomnieć też, że oprócz Dallas Stars, żadna z drużyn z czołówki najlepszych w PP nie stawała przeciwko Pingwinom.

Słabsze PK wiąże się też z osłabieniem defensywy, o którym pisałem wcześniej. Scuderi nie gwarantuje takiej jakości jaka dawał chociażby Brooks Orpik, a młodsi zawodnicy także mają przed sobą daleką drogę, żeby dobrze radzić sobie w takich sytuacjach.

 

  1. Słaba gra gwiazd

Najbardziej bolesna dla kibiców w Pittsburghu jest jednak słaba postawa tych, którzy przez ostatnie lata przewodzili drużynie. Fatalny start sezonu zanotował Sidney Crosby, który swoje pierwsze punkty zdobył dopiero w meczu numer sześć. Podobnie słabo rozpoczęli sezon dwaj skrzydłowi grający u boku Sida, czyli Kunitz i Kessel. Dziwi zwłaszcza bezpłciowa gra tego drugiego, który miał w Pittsburghu dołączyć do grona najlepiej punktujących.

Nieco lepiej spisują się Małkin i Letang. Rosjanin stara się szarpać do przodu grę Pens, jednak nie ułatwia mu to słaba gra na skrzydłach Hornqvista i tego, kto aktualnie próbuje swoich sił w drugiej linii, bo tutaj znowu Johnston ma problem. Małkin i Letang są zresztą w tej chwili najlepiej punktującymi zawodnikami drużyny z Pensylwanii, mając na swoim koncie odpowiednio 5 i 4 punkty, co i tak jest ubogim wynikiem zważywszy na to, że obaj rozegrali już 7 spotkań.

 

  1. Skuteczność

Wspominałem, o słabej grze w power play, wspominałem o złej dyspozycji gwiazd zespołu, beznadziejnych skrzydłowych. To wszystko łączy się w jeden punkt pod tytułem „Skuteczność”. Odkąd oglądam mecze Pingwinów, nie widziałem takiej niemocy strzeleckiej, jak teraz, pod batutą Mike’a Johnstona. Penguins mają problem z dochodzeniem do czystych sytuacji, jednakże nawet jeżeli już uda się takową wypracować, zazwyczaj strzały mijają bramkę rywala, są blokowane lub trafiają w bramkarza. W elemencie tym zawodzą zarówno zawodnicy bottom lines, którym jednak można to wybaczyć, jak i Ci, którzy powinni odpowiadać za zdobycze bramkowe czyli przede wszystkim Crosby, Małkin, Hornqvist i Kessel. Penguins oddali w tym sezonie 399 strzałów z czego 95 strzałów zostało zablokowanych, a kolejne 68 minęło bramkę rywali. Tak więc w światło bramki trafiło z tego 236 strzałów (3 miejsce w lidze), które zamienili na jedynie 11 bramek (miejsce 27).

Na potwierdzenie fatalnej pracy z napastnikami za kadencji Mike’a Johnstona powiem tylko, że w ostatnich 30. meczach jedynie dwukrotnie Penguins zdobywali więcej niż 3 bramki w meczu.

 

  1. Mike Johnston

Największym problemem, kumulującym w sobie wszystkie poprzednie jest Mike Johnston. Człowiek, który z maszynki do zdobywania bramek i regularnego spuszczania innym łomotu, zrobił ligowych przeciętniaków. Z gwiazd, zachwycających publikę coraz to efektowniejszymi zagraniami, zrobił ligowych szaraków, bo tak w tej chwili wygląda gra Crosby’ego, Małkina czy Kessela. Mając taki potencjał ofensywny, drużyna prowadzona przez niego nie potrafi zdobywać bramek nawet grając w przewadze.

Najbardziej jednak martwi bezpłciowość Johnstona. Brak jakichkolwiek emocji na ławce trenerskiej, na konferencjach prasowych. Do takiego zbioru gwiazd, jaki jest w tej chwili w Pittsburghu, trzeba kogoś, kto potrafi wstrząsnąć szatnią, osoby z charyzmą, która nie da sobie wejść na głowę. Johnston przez te kilkanaście miesięcy pokazał, że ma problem z ułożeniem sobie zawodników, a oni sami wyglądają czasami jakby mieli w głębokim poważaniu to, co ma im on do przekazania. Być może stąd bierze się brak rozwiązań ofensywnych czy słabe PP. Nie jest to jednak istotne w kontekście walki o Puchar Stanleya. Ważne, że szkoleniowiec sobie z tym nie potrafi poradzić.

W Pittsburghu zmiany są potrzebne, bo chyba nikt już nie wierzy, że Johnston okaże się mesjaszem i poprowadzi drużynę do sukcesów, których wszyscy sympatycy pragną. Czas działa na niekorzyść zespołu, który traci najlepsze lata swoich czołowych zawodników. Pozyskanie nowego szkoleniowca to zawsze ryzyko, jednak warto się zastanowić, czy mając do dyspozycji takich zawodników da się grać gorzej niż robią to teraz Penguins?