W tej kolumnie znajdziecie podsumowania spotkań z minionej nocy. Nie będą to zwykłe „recapy”, nacisk położymy na multimedia i szczegóły których w relacjach głównego nurtu nie znajdziecie. Dodatkowo do każdego meczu dostaniecie „miernik” – graficzne sklasyfikowanie spotkania, dzięki któremu szybko będziecie wiedzieć co działo się na lodzie.

 

legenda_mecze

 

Toronto Maple Leafs – Montreal Canadiens  szachy

Nie było pełnej hali i nie było cudu Babcocka w Toronto. Może to i dobrze bo strach pomyśleć co tamtejsze media wypisywałyby po pokonaniu jednego z faworytów Wschodu. „Cudowny trener”, „Idziemy po mistrza”, „Gdzie parada w tym roku” to tylko kilka propozycji na nagłówki.

Było całkiem normalnie tj. przewidywalnie, dobra defensywa Canadiens była za dobra i Liście nie strzeliły jej żadnego gola w 5on5. Promyk nadziei daje bramka Jamesa van Riemsdyka w PP, to on ma być ich głównym „go to guy’em” i jeśli nie zawiedzie zaliczy bardzo dobry indywidualny sezon. Był w tym meczu jeszcze jeden dobry moment dla fanów Toronto, moment w którym wszyscy pomyśleli „Tak to on, to on wyprowadzi nas z tego piekła”.

 

 

Chodzi oczywiście o sytuacje z drugiej tercji, gdy przy stanie 1:1 Habs strzelają gola na 2:1, a Mike Babcock testuje nowe reguły i możliwości prosząc o „challenge”. Z tego wszystkiego najfajniejszy jest ten czarny tablecik, na którym sędziowie oglądają sporną sytuację. Wracamy więc do nagłówków „trenerski geniusz”, bo udało się anulować pierwotną decyzję.

To mógł być przełomowy moment, to mogło zapewnić gospodarzom punkt lub punkty. Gdyby tylko nie byli tak słabymi wykonawcami w ataku. Bo oprócz gola w przewadze JvR i kilku momentów z agresywnym forecheckingiem (także za agresywnym w wykonaniu Komarova i Kadriego) atak Maple Leafs nie generował nic groźnego pod bramką Price’a. Przewaga strzałów była 66 do 55 w corsi, ale nie były to akcje wysokiej jakości. Lepiej było już w defensywie, która momentami radziła sobie z tempem gry, kontrolowała wydarzenia na lodzie. Momentami też Jake Gardiner wyręczał Jonathana Berniera

 

 

  Nie było potrzeby by Habs prężyli muskuły. Strzelili pierwsi gola i czekali na to co dalej. Z utratą bramki w osłabieniu trzeba się liczyć zawsze, ale przez resztę zawodów rzadko zawodziło krycie, w ogóle nie zawodził Carey Price. Alex Galchenyuk dobrze radził sobie jako center, nieźle wyglądała jego nowa formacja z Larsem Ellerem na lewym i Aleksem Sieminem na prawym skrzydle. Napadzior z białoruskimi korzeniami zanotował Goal Winning Goal a przy wszystkich trzech trafieniach asystował PK Subban.

Chicago Blackhawks – New York Rangers gwizdek

A w Chicago było świątecznie, może aż za bardzo. Ale kto miałby mistrzom odmówić jeszcze jednej tej ostatniej możliwości z pocieszenia się Pucharem? Nikt nie mógł, nawet Gary Bettman, którego wygwizdano mimo, że sprytnym zabiegiem Blackhawks próbowali tego uniknąć (wmieszano wyczytywanie jego nazwiska w grono sztabu organizacji ekipy Czarnych Jastrzębi).

 

 

Na nieszczęście dla gospodarzy, Rangers bardzo chcieli tego wieczoru popsuć świetną atmosferę w United Center. W pierwszej tercji zagrało u nich niemal wszystko – Henrik Lundqvist bronił głową, Oscar Lindberg debiutant z trzeciej formacji zdobył gola na 1:0, a i druga formacja pod koniec tercji nr 1 pokazała determinację (albo inaczej, to Anisimow pokazał brak determinacji do gry w obronie). Prowadzenie 3:1 było najlepszym momentem Strażników w tym meczu. Mniej więcej od połowy spotkania nowojorczycy byli już słabi, a w grze trzymał ich Król Henryk. W pewnym momencie było już tylko 3:2, a bramki dla gospodarzy zdobyli młodzi lewoskrzydłowy – Panarin (pierwszy strzał w lidze i gol, będą z niego ludzie) i posiadający już mistrzowski pierścień Teravainen (gra u boku Toewsa może zrobić z niego w tym roku mocarza). Właściwie to gości uratowali sędziowie i ich tendencja do przedwczesnego gwizdania pewnych sytuacji. Gdyby nie to gol Patricka Kane’a zostałby uznany i nie wiadomo jak dalej potoczyłoby się to spotkanie. To było na minutę przed końcem, stąd kategoria buzzer-beater dla tej rozgrywki.      

  Swoją drogą Kane zostający bohaterem pierwszego spotkania w sezonie to by było ciekawe zjawisko socjologiczno-społeczne, po tym wszystkim co działo się i wciąż dzieje w sprawie jego domniemanych wybryków. Najmocniejszym punktem Blackhawks na otwarciu był Artiemij Panarin, który jak zdradził trener Q dorobił się ksywy „Bread Man” i nie chodzi tu o chleb, a o odnoszącą sukcesy sieć restauracji Panera Bread – whatever.

Calgary Flames – Vancouver Canucks fight

Od pierwszej bojki w nowym sezonie rozpoczęło się starcie Canucks i Flames. To była dobra wymiana ciosów pomiędzy Michaelem Ferlandem i Derekiem Dorsettem. Ferland mocno zalazł za skórę wszystkim graczom Vancouver hitując ich niemiłosiernie w fazie play-off (w całej serii miał wtedy ponad  40 hits). Troszkę później bili się jeszcze Brandon Bollig i Brandon Prust, ale to nie była już tak fajna bitwa.      

  Te ciosy zadawane przez Ferlanda to chyba najlepsze co pokazały Płomienie tego wieczoru, no może jeszcze był jeden niesamowity save w wykonaniu Karriego Ramo. Szkoda tylko że przy dwóch pierwszych bramkach nie popisał się i chybiał z interwencjami przyczyniając się do goli Hansena i Suttera. Licząc wyłącznie czas gry 5on5 to spotkanie można było uznać za zacięte, ale skuteczność przemawiała za doświadczonym Canucks. Trzeba pochwalić także obronę ekipy z Kolumbii Brytyjskiej – tylko jeden defensor zanotował tam giveawaya, ale nadrobił to trzema blokami (Chris Tanev), Alex Edler był liderem jakiego Canucks będą potrzebować często, Dan Hamhuis też nie był zły i ciągnął za uszy Bartkowskiego, a PK zagrało na 100% przy dwóch karach. Pamiętacie współczynnik PDO i jak jest określany? Przez tych którzy znają się na zaawansowanych statystykach jest określany jako współczynnik „szczęścia”. Duży procent skuteczności przy dużym procencie zatrzymywanych strzałów – to Flames przodowali w tej materii w poprzednim sezonie. Każde szczęście się jednak gdzieś kończy, przekonali się już o tym Maple Leafs i Avalanche którzy po dobrych sezonach nie potrafili zmienić swojego stylu gry i przestali zaskakiwać rywali – byli zbyt łatwi do rozszyfrowania. W pierwszym meczu sezonu tacy byli też Flames. A niedoszły zdobywca Norris Trophy który otrzymał tego lata kontrakt na sześć kolejnych sezonów AKA Mark Giordano zagrał na -3 w +/-. Yikes!

Los Angeles Kings – San Jose Sharks gol

Kara meczu dla Milana Lucicia w debiucie? Czemu nie. Fajnie rozegrał tę sytuacje Logan Couture, złapał byłego „Big Bad Bruin” na zagapieniu się i przerzucił przez biodro. Nieważne czy tak chciał czy tak po prostu wyszło. Ten uśmiech którym poczęstował Lucicia gdy ten podjeżdżał się zemścić też był kozacki. W ogóle tego wieczoru Sharks dużo się uśmiechali, można powiedzieć że Peter DeBoer wprowadził tam do gry element „fun”. Przyszłość pokaże na jak długo.  

 Wcześniej jeszcze przed typowym Milanem Luciciem zameldował się w nowym sezonie także typowy Dustin Brown.   

 

 

To zagranie przypominało bardziej futbol amerykański niż hokej, było groźnie to była prawie głowa w głowę. No ale wcześniej Brown zrobił ładny piwocik i nagrał na odpowiedniej wysokości w stronę bramki, to był pierwszy strzał Kings w meczu i Nick Shore przekierował to na 1:0. Później było dużo gorzej, chociaż czasowo posiadanie krążka w formacji Lucic – Kopitar – Gaborik wyglądało OK to było strasznie nieefektywne. Królowie w grze 5on5 oddali tylko DZIEWIĘĆ strzałów  (sic!), a na sześć power play nie zdołali wskórać nic. Sharks nie byli mocarzami PK w poprzednim sezonie sklasyfikowani byli w tym elemencie na 25 miejscu na 30 ekip. Ok szkoła DeBoera i praca w offseason mogły zaprocentować, ale nie aż tak by mieć kompletne zero na siedem podejść w home meczu. Martin Jones był w porządku broniąc 19 z 20, ale najlepszy look miał Joe Pavelski. Nowy el capitano zgarnął trzy punkty i tylko potwierdził to, co już wszyscy wiedzieli – nadaje się na lidera.