To był huraganowy play-off. Dosłownie i w przenośni.
Kiedy na początku czerwca, tuż przed drugim meczem wielkiego finału z Vegas Golden Knights, siedziałem w dziupli ze współprowadzącym i nakładaliśmy słuchawki na uszy, spojrzałem na skład Carolina Hurricanes. Szukałem tam luki. Szukałem tego momentu, w którym w końcu pękną. Bo przecież zawsze pękali, prawda? Zawsze czegoś brakowało. A to bramkarz nie dowiózł, a to gwiazdy zgasły, a to system Roda Brind’Amoura okazywał się zbyt sztywny na decydujące starcia.
Ale nie w 2026 roku. W szóstym meczu finałów po prostu Złotych Rycerzy wysuszyli. Wyłączyli im prąd. Szach i mat. Carolina Hurricanes zdobyła Puchar Stanleya.
Kibice w Raleigh nie musieli czekać na triumf ponad pół wieku, jak fani koszykarskich Knicks, ale te osiem i pół sezonu pod rządami Toma Dundona to był rollercoaster, który dłużył się niemiłosiernie. Dundon kupił to wesołe miasteczko w styczniu 2018 roku. Zastał bagno, w którym nikt już nie pamiętał, jak smakuje gra w play-offach, a trybuny świeciły pustkami potężniejszymi niż dziury w defensywie reprezentacji Polski.
Facet wszedł do ligi z drzwiami, ale zrobił to po swojemu. Agenci do dziś wyrywają sobie włosy z głowy, nazywając go najgorzej negocjującym i najskąpszym właścicielem w NHL. Dundon nie chciał rzucać dolarami w gwiazdy. Chciał zbudować maszynę. Maszynę, która działałaby nawet wtedy, gdy wsadzisz do niej średniej klasy części. Na jednej z pierwszych konferencji sypał frazesami jak z najtańszych kołczingowych profili na Instagramie, twierdząc, że w hokeju wygrywają ci, którym bardziej się chce, a nie ci, którzy mają więcej talentu. Łykaliśmy to z politowaniem.
Dziś facet ma pełną halę w każdym meczu domowym, mistrzowski pierścień i drużynę, która zdobyła tytuł, będąc… 19 milionów dolarów poniżej czapki płac! Zbudował potęgę na resztkach i przemyślanej strategii. On ma Puchar. Reszta nie ma znaczenia.
Architekci z innej planety
Zbudowanie tego potwora to zasługa czterech generalnych menedżerów. Zaczął Jim Rutherford (ściągnął Staala, wydraftował Slavina), potem swoje dorzucili Ron Francis i Don Waddell, ale to Eric Tulsky spiął to w całość. Tulsky. Gość, który dekadę temu był zwykłym hokejowym blogerem, wkurzającym się na decyzje zarządu Philadelphii Flyers. Przy okazji ma doktorat z chemii i fizyki na Harvardzie i 27 patentów na koncie.
Ten facet to hokejowy Walter White. Zbudował mistrzowski skład jak barman, który z aptekarską wręcz precyzją leje warstwy soku malinowego, wódki i kilku kropel tabasco, by stworzyć idealnego „Wściekłego Psa”. Na dole słodycz i stabilność, w środku czysty, uderzający do głowy alkohol, a na górze ostrość, która wypala ci przełyk i nie daje o sobie zapomnieć. Znalazł nawet lukę w umowie zbiorowej CBA, przesuwając bonusy za podpis, żeby zaoszczędzić kilkaset tysięcy w salary cap. Kto tak robi? Genialny nerd, który właśnie rozstawił po kątach starych wyjadaczy w garniturach.
A nad tym wszystkim czuwa Rod Brind’Amour.
Pamiętam, co się o nim mówiło. Że jego hokej jest prymitywny, schematyczny, nudny jak flaki z olejem. Tyle że ten „nudny” hokej sprawił, że Carolina przez osiem lat z rzędu grała w play-offach. Za sterami stoi człowiek, który – daję słowo – mając 55 lat na karku, zawstydziłby formą fizyczną połowę dzisiejszych dwudziestolatków z NHL. Widzieliście te nagrania z szatni? Trener świętujący bez koszulki, z kaloryferem na brzuchu, o który można by otwierać butelki szampana. To on był kapitanem podczas pierwszego Pucharu dla Canes w 2006 roku. Zna to miasto. Zna to DNA. Wymaga poświęcenia, bo sam, będąc graczem, rzucał się twarzą pod krążek. Jeśli odwracasz się od strzału – u Roddy’ego nie grasz. Proste zasady budują twarde charaktery.
Problem w bramce? Jaki problem?
Przez lata znalezienie następcy Cama Warda graniczyło w Karolinie z cudem. Scott Darling okazał się niewypałem szybciej, niż ktokolwiek zdążył kupić jego bluzę. Duet Mrazek – Reimer potrafił bronić widowiskowo, ale od ich wyczynów częściej można było dostać zawału niż powodów do radości. Alex Nedeljkovic mignął i zgasł.
I nagle mamy sezon 2025/26. Frederik Andersen gra w kratkę w sezonie zasadniczym, ale w play-offach łapie niesamowity rytm. Broni rewelacyjnie przez trzy rundy. Niestety, przed samym finałem uderza w niego osobista tragedia – umiera jego bliski przyjaciel, Claude Lemieux. Duńczyk dostaje czas na oddech.
Kto wchodzi do bramki? Brandon Bussi.
Gość, który w wieku 26 lat nie miał na koncie ani minuty w NHL! Florida Panthers wrzuciła go na listę waivers przed startem sezonu, stawiając na Daniiła Tarasowa. Carolina zgarnęła go awaryjnie, bo w pre-season posypał się Piotr Koczetkow. I wiecie co? Bussi wchodzi do finału Pucharu Stanleya i w decydującym, szóstym starciu z Vegas… nie puszcza nic. Zero. Zamurował bramkę, gdy Golden Knights cisnęli jak wściekli. Nikt, absolutnie nikt nie napisałby takiego scenariusza. Bussi zgarnia pierścień, a system defensywny Caroliny po raz kolejny udowadnia, że potrafi zrobić bohatera z każdego, kto potrafi prosto stać na łyżwach.
Mur nie do przebicia
Obrona, którą zmontował Tulsky, to czysta poezja zniszczenia. Jaccob Slavin wreszcie dostał to, na co zasługiwał od lat. Ten facet w kwestii niedocenienia jest jak Aleksander Barkov wśród napastników. Gdyby Norris Trophy wręczano za faktyczną grę w obronie, a nie za nabijanie punktów w przewagach, Slavin miałby już dwa w gablotce. W tych play-offach po prostu włożył dłoń do kieszeni Mitcha Marnera i Jacka Eichela. Wychodził na lód, a gwiazdy rywali nagle zapominały, jak się gra w hokeja.
Do tego dołożyli K’Andre Millera. Kiedy oddawali za niego Rangers wybory w pierwszej i drugiej rundzie draftu oraz Scotta Morrowa i 60 milionów w kontrakcie, wielu pukało się w czoło. Kradzież! Nowy Jork ich ograbił! A figę z makiem. Miller odnalazł się w systemie Canes perfekcyjnie, stając się liderem czasu gry u boku Seana Walkera. A skoro o Walkerze mowa – ten jego potężny hit w finale, który wyłączył z gry Karlssona, to był absolutny punkt zwrotny. W szatni dziennikarze ustawiali się do niego w kolejkach.
I jest jeszcze on. Aleksandr Nikiszyn. Wybrany w trzeciej rundzie w 2020 roku, bo inne kluby przestraszyły się rzekomych problemów z sercem. Przyjechał do NHL, przestał grać po 25 minut jak w KHL, zaakceptował system i w swoim debiutanckim sezonie od razu podniósł w górę najcenniejsze trofeum, lądując w drużynie debiutantów roku.
Tulsky dobrał do tego weteranów za grosze. Shayne Gostisbehere zszedł z pensji do 3,2 miliona rocznie, żeby tylko tu zagrać i ładować z niebieskiej w przewagach. Jalen Chatfield? Gość od czarnej roboty, odrzucony przez Vancouver, dziś kluczowy parter Slavina. Nawet Mike Reilly uciułał tu swój wymarzony pierścień.
Ofensywa z drugiej łapanki, która podbiła ligę
A teraz przyjrzyjmy się atakowi, bo tutaj Carolina wywinęła numer, z którego będziemy się śmiać przez lata.
Pamiętacie, jak półtora roku temu cała liga miała ubaw, kiedy Carolina oddała do Kolorado Nečasa i Drury’ego, dostała Mikko Rantanena i… nie potrafiła się z nim dogadać o kontrakt? Musieli go puścić do Dallas. W zamian dostali krasnala. Logana Stankovena. 173 centymetry wzrostu. „Ale ich zrobili!” – krzyczeli wszyscy.
No to posłuchajcie tego. Stankoven z 11 golami został najlepszym snajperem Huraganów w tych play-offach. Razem z Jacksonem Blakiem (wyciągniętym w 4. rundzie draftu z licealnej ligi) oraz Taylorem Hallem stworzyli absolutnie morderczy, a przy tym patologicznie tani atak. Trzech gości z cap hitem na poziomie 5 milionów dolarów łącznie wykręciło w play-offach ponad 50 punktów! Promocja jak w dyskoncie na karpia przed świętami.
Dla Taylora Halla ten puchar to osobiste katharsis. Był jedynką w drafcie w 2010 roku. Przez 16 lat grał głównie w szrotach, które o play-offach mogły tylko pomarzyć. Rok temu nie zawsze łapał się do składu Chicago Blackhawks. Przyszedł do Caroliny za pick w 3. rundzie i strzelił bramkę decydującą o mistrzostwie. Piękna klamra.
Ale sercem tej drużyny są ci, którzy budowali jej nową tożsamość od lat.
Andriej Swiecznikow. Pierwszy wybór Dundona (nr 2 w 2018 roku). Gość od goli lacrosse’owych, który w finale ustrzelił dublet. Uosobienie stylu Brind’Amoura. Zawsze powtarzam: on nigdzie indziej by tak nie zagrał. I oczywiście „Mr. Swiecz” w wydaniu krzyczącego wniebogłosy Jordana Martinooka. Martinook to jest gość z innej epoki – nie odpuszcza centymetra lodu, zdziera gardło i biega, jakby przed chwilą wypił litr energetyka.
Jest Sebastian Aho. Ten właściwy Aho, bo przecież po drafcie w 2015 roku dział social mediów Caroliny wrzucił na Instagrama highlights szwedzkiego obrońcy o tym samym imieniu, nie mogąc uwierzyć, że klub wziął niepozornego Fina w drugiej rundzie. Dziś Fin jest mistrzem, zgarnął pięć punktów w finale po gorszym początku play-offów.
Są i tacy, którzy uratowali swoją karierę lub się potknęli. Nikolaj Ehlers podpisał na 6 lat i nagle udowodnił, że potrafi błyszczeć w play-offach. William Carrier wjechał czołgiem w swoją byłą drużynę z Vegas, rozdając najwięcej hitów. A Jesperi Kotkaniemi? Największa wpadka tego zarządu. Wielka zemsta na Montrealu z 2021 roku za „offer sheet” Aho okazała się niewypałem, ale mistrzowskim.
MVP, na którego nikt nie stawiał
Ale na sam koniec trzeba powiedzieć o nim. Jordan Staal.
Cofnijmy się 14 lat. Staal ma 60 milionów dolarów na stole od Pittsburgha, gdzie na zawsze ma być tym „trzecim” w cieniu Crosby’ego i Małkina. Mówi „nie” i rusza do Raleigh, by pisać własną historię. Był rok 2012.
W 2026 roku 37-letni Jordan Staal zdobywa Conn Smythe Trophy dla najbardziej wartościowego gracza fazy play-off. Trzeci center ligi, który w tych najważniejszych miesiącach wyłączał z gry największe gwiazdy, wygrywał każde kluczowe wznowienie i trzymał tę szatnię w ryzach. Najstarszy MVP w historii. Kiedy po meczu powiedział do mikrofonu: „Wierzyłem w naszą kulturę. Wierzyłem w to, co próbowaliśmy zbudować” – miałem przed oczami całą tę drogę. Od pustych trybun po mistrzowski bankiet.
Carolina Hurricanes nie była faworytem. Nie miała w składzie zawodnika, który przebiłby barierę 20 punktów w pucharach. Nie rzucała milionami. Ale zbudowali drużynę z weteranów, odrzutków, nerdów-statystyków i trenera, który zjadłby cię na siłowni. I wiecie co? Łyknęli ligę jak pelikany. Zostawili faworytów daleko w tyle.
Kibicu, zapamiętaj ich. Bo ten eksperyment Erica Tulsky’ego nie skończy się na jednym pucharze. Oni jeszcze wrócą. Koniec. Kropka.

Nie wiem, kto to pisał ale genialny tekst. Świetnie się czytało.
moja małżonka
Znakomita małżonka, szanuj kobietę.
Nigdy nie siadaj pierwszy …
Przez te 15 lat ze mną nawet nie zauważyłem jak od prowizorycznej znajomości kim jest Crosby i Owieczkin, zaczęła orientować się w temacie może tylko trochę gorzej ode mnie, no ale zakładam że zobaczyła chcąc czy nie chcąc potężną dawkę meczów przez od mniej więcej 2011 roku… tylko że ona w między czasie jeszcze urodziła dwójkę dzieci no i pracuje sobie przy grafice 🙂 Dzięki pozdrowienia
Dwie rzeczy mi nie pasują:
1. Moja to zawsze żona. Albo mąż – zależy kto co ma w domu. Małżonek czy małżonka tylko w odniesieniu do osób trzecich.
2. „Szukałem tam luki (…)” oraz „(…) miałem przed oczami całą tę drogę” – to czasuwniki w rodzaju męskim. W żeńśkim brak.
Ale całą reszta – pięty lizać jak mawiał Forrest Gump.
1. O widzisz nie wiedziałem często używam zwrotu małżonka nieświadomy błędności 😉
2. Myślę że zwroty wynikające z korekty którą mam w przeglądarce na wtyczce językowej, przyzwyczaiła się że teksty piszę jednak mężczyzna i chyba zaokrągla niektóre czasowniki