Pewniaczek weekendu: Sabres i ich awans po 19 latach

19 lat. Tyle czasu minęło, odkąd drużyna z Buffalo ostatni raz świętowała zwycięstwo w rundzie pucharowej. Przez prawie dwie dekady kibice Sabres zbierali okruchy nadziei i połykali kolejne rozczarowania, aż wreszcie historia zatoczyła koło. Sabres pokonali Bruins 4:1 w szóstym meczu i zamknęli serię w sześciu spotkaniach, kończąc tym samym swój 15-letni post bez udziału w fazie pucharowej, a potem od razu, jakby mimochodem, wygrywając całą pierwszą rundę. Dwa jubileusze w cenie jednego, ktoś mógłby powiedzieć z uśmiechem. Mecz rozstrzygnął się tak naprawdę już w pierwszej tercji, gdy Buffalo strzeliło dwie bramki, przy których Bruins wyglądali jak drużyna nieco zagubiona w przestrzeni. Najpierw Rasmus Dahlin człowiek o lodowym chłodzie snajpera i wyobraźni artysty, przyjął podanie Tage’a Thompsona, urwał się spod opieki Pavla Zachy, a potem przeszył się przez próbę interwencji Aspirota niczym nóż przez masło, tworząc sytuację dwa na jednego.

Charlie McAvoy musiał zaangażować Dahlina, czym uwolnił Aleksa Tucha przy dalszym słupku i było 1:0. Drugie trafienie to kolektywna praca: Thompson i Tuch, obaj powyżej 195 centymetrów wzrostu, zasłonili Swaymana przed uderzeniem Mattiasa Samuelssona z dystansu. Bramkarz Bruins nie miał szans zobaczyć krążka, zanim ten znalazł się w siatce. Bramkarz Sabres, Alex Lyon, odpowiedział w tym czasie pewnymi interwencjami, między innymi w kluczowym momencie przy stanie 1:0 zatrzymał najazd  Mittelstadta sam na sam, nie pozwalając gościom wrócić do meczu, zanim Sabres zdążyli zbudować przewagę. Gdyby jednak szukać jednej sceny, która zostanie w pamięci, to niech będzie nią trzecia tercja i Josh Doan. Środkowy Sabres uprzedził zarówno Davida Pastrňáka, jak i Charliego McAvoya w walce o luźny krążek za bramką Bruins i to na cudzym lodowisku, w decydującym momencie sezonu. Podał czysto do Zacha Bensona, który zamknął temat i ustalił wynik na 3:1. Mała rzecz, a robi różnicę, bo właśnie takie detale oddzielają drużyny wygrywające rundy od tych, które tylko w nich uczestniczą. Na deser Josh Norris trafił do pustej bramki i zapisał ostateczny wynik: 4:1.

Wyniki meczów NHL od piątku do niedzieli:

Montreal Canadiens – Tampa Bay Lightning 0:1ot
Boston Bruins – Buffalo Sabres 1:4
Utah Mammoth – Vegas Golden Knights 1:5

Carolina Hurricanes – Philadelphia Flyers 3:0

Tampa Bay Lightning – Montreal Canadiens 1:2
Colorado Avalanche – Minnesota Wild 9:6

Kraj weekendu: Kanada ma swój team w drugiej rundzie

Starcie Montrealu z Tampą Bay w pierwszej rundzie tegorocznych rozgrywek pucharowych było epickie – siedem meczów, cztery dogrywki, cztery zwycięstwa drużyny gości, i ani razu przez całą serię wynik nie odbiegał od jednej bramki różnicy, poza jednym wyjątkiem w czwartym meczu. Kiedy jeszcze w piątek oba zespoły wchodziły na lód w Montrealu na szósty mecz, wiedziały jedno: ta seria nie zasługuje na nic innego niż siódmy akt.

I dostała go, choć nie bez dramatycznych perturbacji po drodze. Szóste spotkanie to był pojedynek bramkarzy z najwyższej półki. Andrei Wasilewski, kandydat do nagrody Veziny dla najlepszego golkipera sezonu, wrócił do siebie po słabszym piątym meczu i prezentował hokej innej klasy. Dwukrotnie zablokował Iwana Demidowa z bliskiej odległości, raz w pierwszej tercji, raz przy stanie 0:0 w drugiej, w sytuacji tak klarownej, że Rosjanin po drugiej obronie podniósł wzrok ku sklepieniu hali w niemym niedowierzaniu. Jego odpowiednik w barwach Canadiens, debiutant Jakub Dobeš, nie pozostawał dłużny: mecz trwał 0:0 przez całe dwie tercje, mimo że obu bramkarzom strzelanina grozić nie przestawała ani na chwilę. Razem padło 63 strzały: 33 Tampy, 30 Montrealu i ani jeden nie znalazł siatki przez czterdzieści minut regularnego czasu gry.

W dogrywce zaczęło się od grozy dla Lightning: Nikita Kuczerow sfaulował Aleksandra Carriera za własną bramką. Faul bez sensu, 200 metrów od własnej siatki, w momencie kiedy stawką jest przeżycie sezonu. Wasilewski uratował drużynę fenomenalną interwencją przy uderzeniu Lane’a Hutsona. 93 sekundy po wygaśnięciu kary Gage Goncalves przymknął temat i zapewnił Tampie siódmy mecz.

Siódmy mecz, rozegrany w niedzielę, był podsumowaniem całej serii w jednym, skondensowanym wydaniu. Przez pierwsze 20 minut panował Montreal: Nick Suzuki, kapitan i jeden z ostatnich łączników z finałem sprzed pięciu lat z 2021, otworzył wynik trafieniem z przekierowania – podwójne odbicie, krążek zmienił drogę dwukrotnie zanim minął Wasilewskiego. Potem przyszła druga tercja i coś, o czym kibice Canadiens będą chcieli zapomnieć jak najszybciej: Montreal nie oddał ani jednego strzału na bramkę przez całe 20 minut, przy dwóch grach w przewadze. Zero. Tampa naciskała na 12 strzałów, Dominic James wyrównał, a Dobeš stawał przed coraz cięższymi zadaniami i wychodził z nich obronną ręką. Gdyby nie on ta historia kończyłaby się inaczej.

Trzecia tercja należała do Montrealu, który po przerwie wrócił odbudowany przez trenera Martina St. Louisa, człowieka, który sam był wielką gwiazdą i wie, czego potrzeba zawodnikom, gdy ściany się zwężają. Alex Newhook, debiutujący w strzelaniu w tych rozgrywkach pucharowych, trafił przy stanie 1:1 w 51. minucie tercji i okazało się, że to wystarczy. Canadiens wygrali mecz siódmy 2:1, przy zaledwie dziewięciu strzałach na bramkę. Dziewięć. To najniższa liczba strzałów w wygranym meczu siódmym w historii ligi. Tampa oddała 29 strzałów i przegrała.

Debiutancki w tych play-offach bramkarz Dobes, mówił przed meczem coś, co brzmi teraz jak proroctwo: „każdy mecz, jaki rozegrałem w tym sezonie, był dla mnie trochę jak mecz siódmy”. Teraz rozegrał prawdziwy, zakończył go 28 obronieniami i prowadzi swój klub do drugiej rundy. Sezon regularny zakończył ze współczynnikiem skuteczności obron na poziomie 0,916 w całej serii, a w siódmym meczu poszedł zdecydowanie powyżej tej średniej.

Po drugiej stronie lodowej tafli siódmy mecz to dla Jona Coopera temat niezwykle bolesny i to nie tylko dlatego, że przegrał go właśnie teraz. W tym samym roku prowadził reprezentację Kanady w finale olimpijskim w Mediolanie: jego drużyna oddała więcej strzałów, miała więcej okazji, przegrała. Teraz w siódmym meczu z Montrealem Tampa oddała 29 strzałów, Montreal dziewięć, wynik 1:2. W dwóch meczach „wszystko albo nic” w 2026 roku ekipy Coopera oddały łącznie 71 strzałów przy 37 rywala. I dwukrotnie przegrały. Hokejowi bogowie jak to ktoś celnie ujął w tym roku dla Coopera zupełnie łaskawi nie są.

Zupełnie łaskawy nie był los również dla Nikity Kuczerowa, który skończył siódmy mecz bez punktu. Rosjanin ma na koncie 20 tercji w meczach siódmych bez zdobytego punktu w karierze. Jest supergwiazdą, jednym z najgroźniejszych zawodników planety, a największa scena z reguły mu nie sprzyja. Tymczasem po drugiej stronie bez kompleksów grał powracający po kontuzji ręki Noah Dobson, defensywny filar Montrealu, nieobecny od 11 kwietnia. Zaledwie trzy tygodnie po urazie wrócił na lód, zaliczył kilka kluczowych interwencji, a pod koniec meczu znów przyjął strzał w okolicę kontuzjowanej dłoni. Zapytany, czy to nie był ten sam rejon, uśmiechnął się szeroko: „Gdzieś tam, tak. Ale czuję się dobrze. Cieszę się, że jestem z drużyną.”

Montreal Canadiens jedzie na drugą rundę. Zmierzy się z Buffalo Sabres w starciu, które samo w sobie jest powrotem do świata, gdzie słowa „pucharowe ambicje” nie brzmią dla tych drużyn jak żart. Dla Canadiens to pierwsza druga runda od pięciu lat. Ostatnim razem dotarli do finału i przegrali go właśnie w Tampie. Teraz wrócili do tej samej hali i zrobili coś, czego się po nich nie spodziewano. Może to właśnie jest definicja dojrzałości.

Bohater weekendu: W Toronto tego nie potrafił, w Vegas umie

Przez sześć lat w Toronto kibice słyszeli ten sam refren: Mitch Marner gra genialnie przez 80 meczów regularnego sezonu, a potem, gdy w play-offach zapala się najważniejsze światło, gaśnie. Liczby były okrutne: w fazie pucharowej 2024 roku Marner nie wpisał się na listę strzelców przez 10 kolejnych spotkań. Liście odpadły, Marner odszedł do Las Vegas, podpisując ośmioletni kontrakt wart 96 milionów dolarów, i natychmiast nad jego głową zawisło nieznośnie proste pytanie: czy za te pieniądze potrafi trafiać wtedy, gdy trzeba?

Odpowiedź przyszła w Salt Lake City, w szóstym meczu z Utah Mammoth. Marner zdobył bramkę numer jedenm precyzyjne uderzenie z prawej strony strefy ataku, poprzedzone fenomenalną zmianą Jacka Eichela, który wpierw wygrał kilka indywidualnych starć w strefie obronnej rywali, zmęczył defensywę Mammoth do granicy wytrzymałości, a następnie wyskoczył na ławkę, zostawiając Marnerowi wykończenie roboty na wyczerpanych obrońcach. Bramka numer dwa: w grze w przewadze, zamknęła wynik na 4:1. Złoci Rycerze wygrały 5:1 i awansowały do drugiej rundy, gdzie zmierzą się z Anaheim Ducks. Marner zakończył wieczór z pierwszym dwubramkowym meczem pucharowym od ponad trzech lat, co sam w sobie jest wymownym rekordem, choć nie takim, którym zawodnik chciałby się chwalić.

Warto przy tym nie dać się oślepić blaskiem wieczornego bohaterstwa. Nawet przed tym przełomowym trafieniem Marner był kluczowym ogniwem tej serii – zanotował asysty w pięciu z sześciu spotkań, w tym przy obu bramkach Howdena zdobytych w osłabieniu. To szczegół, który najtwardszego statystyka powinien zatrzymać przy stole na dłużej. Jego linia z Howdenem i Markiem Stonem dominowała przez cały wieczór, w posiadaniu krążka i na mapie lodowiska byli niemal niewidoczni dla rywala, za to bardzo dobrze widoczni na tablicy wyników. Colton Sissons podsumował to bez zbędnej ozdobności: „W tym meczu był chyba najlepszy. Każde jego wejście na taflę miało znaczenie.” W Toronto mawiano, że Marner nie potrafi grać, gdy stawka jest największa. W Las Vegas, jak na razie, nie mają powodów, żeby się z tym zgadzać.

Początek weekendu: Nowa seria wystartowała, faworyt nie zwolnił

Carolina Hurricanes mieli siedem dni przerwy. Siedem dni bez meczu, bez napięcia, bez rytmu, dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby zardzewieć najlepiej naoliwiony mechanizm. Gdy do Raleigh przyjechała Philadelphia, kilku komentatorów snuło ostrożne rozważania o tym, czy długie czekanie nie odbije się na liderze Wschodniej Konferencji. Odpowiedź nadeszła w pierwszej tercji i była wyjątkowo jednoznaczna: 12 strzałów Caroliny wobec czterech Philadelphii, przewaga oczekiwanych bramek na poziomie 74 procent dla gospodarzy i wynik 2:0 po dwudziestu minutach gry. Rdzy nie było widać nawet przez lupę.

Głównym winowajcą tej bezlitosnej dominacji był Logan Stankoven. 23-latek, który zdaje się traktować bramkę otwierającą mecz pucharowy jako swój prywatny przywilej. Stankoven zdobył pierwszą bramkę pierwszej rundy. Teraz zdobył pierwszą bramkę drugiej rundy. To nie przypadek, to już nawyk. W pięciu spotkaniach fazy pucharowej ma na koncie sześć trafień i asystę, co czyni go najmłodszym zawodnikiem w historii ligi, który przystąpił do play-offów z pięciomeczową serią bramkową. Trener Rod Brind’Amour powiedział o nim przed meczem: „Jest pewny siebie, bo jest przygotowany. Kiedy odrobisz lekcję, chcesz dostać test.” Test nadszedł. Stankoven zdał go z wyróżnieniem po raz piąty z rzędu.

Carolina jest przy tym piątą drużyną w historii ligi, która przez pierwsze pięć meczów pucharowych nie schodziła na tarczy – nie traciła prowadzenia ani przez chwilę. Nie byłoby to możliwe bez spektakularnej interwencji obrońcy K’Andre Millera w drugiej tercji. Gdy po wygaśnięciu przewagi liczebnej Caroliny Garnet Hathaway wyszedł sam na sam z bramkarzem Frederikiem Andersenem, Miller ruszył za nim na granicy możliwości ludzkich nóg, a potem rzucił się na lód i wybił krążek bez faulu. Miller trafił do Caroliny za 60 milionów dolarów, a analityk telewizyjny P.K. Subban skomentował to sucho: „Niewielu obrońców na świecie potrafiłoby tak zamknąć zawodnika.” Brind’Amour po meczu specjalnie wrócił do tej akcji, podkreślając, że takie gesty nie lądują w statystykach, ale wszyscy je widzą.

Philadelphia miała cztery szanse gry w przewadze liczebnej. Nie oddała ani jednego celnego strzału w żadnej z nich. Carolina posłała trzy strzały w osłabieniu. Letni wiatr nie powieje przez Raleigh jeszcze przez długo, a Flyers muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ich gra w przewadze, skuteczna w zaledwie dziewięciu procentach przypadków przez całe play-offy, jest elementem systemu czy po prostu nieobecnością pomysłu. W całym meczu Philadelphia strzeliła tylko 19 razy. Jackson Blake trafił efektownie w drugiej tercji, Andersen zatrzymał resztę bez specjalnego wysiłku, a mecz skończył się na 3:0 przy ognistej atmosferze – bo ostatnie minuty upłynęły na przepychankach, wymierzonych ciosach i czterech karach dyscyplinarnych po dziesięć minut. Seria ma zaledwie jeden mecz za sobą, ale już wiadomo, że będzie ostra.

Mecz Weekendu: 15 goli, zmiany na prowadzeniu i emocje

Relacja, która mogłaby być powieścią. Były mecze, po których trenerzy mówią: „zagraliśmy dobrze, ale wynik nie oddaje obrazu gry”. W niedzielę wieczorem w Denver nikt czegoś takiego nie powiedział, bo obraz gry był dokładnie taki jak wynik – chaotyczny, szalony i absolutnie niesamowity. Avalanche pokonali Wild 9:6 w pierwszym meczu drugiej rundy play-off, a 15 strzelonych łącznie bramek wyrównało piąty wynik w historii Pucharu Stanleya. Nie był to jednak zwykły festiwal bramkarski dla kibica neutralnego. Był to spektakl z trzema aktami, sześcioma zmianami nastroju i jedną nieodpartą myślą: tego nie można było zaplanować.

Colorado zaczęło tak, jakby zamierzało zakończyć mecz w ciągu pierwszych minut. W przestrzeni nieco ponad dwóch minut pierwszej tercji Avalanche trafiali trzykrotnie do siatki. Najpierw Sam Malinski obrońca, który urodził się i dorastał w Lakeville w Minnesocie, czyli niemal w sercu Dzikich, oddał celny strzał z kontratakiem i wpadł w szybę z pięścią zaciśniętą z dumy. Chwilę później Jack Drury skorzystał z błędu Jake’a Middletona przy krążku, a Nathan MacKinnon dał asystę przy tercim trafieniu Artturiego Lehkonena po indywidualnej akcji godnej osobnego akapitu. Trzy gole, dwie minuty, 3:0 i wyglądało to jak egzekucja.

Statystyczna ciekawostka: To był pierwszy mecz od 1993 roku, w którym aż 14 różnych zawodników zdobyło bramkę – zaledwie trzeci przypadek w historii ligi. W drużynie Avalanche punkty zdobyło 13 graczy, bramki padły z nóg i kijów ośmiu różnych zawodników.

Minnesota mogłaby się pogrążyć. Zamiast tego odpowiedziała. Marcus Johansson trafił ze środka, Ryan Hartman sfinalizował kapitalną asystę Quinna Hughesa przy bramce, Władimir Tarasienko zakończył błyskotliwą akcję indywidualną tuż przy słupku i nagle było 4:4. Jesper Wallstedt, który w pierwszej rundzie z Dallas był jednym z najlepszych bramkarzy całego play-off, tym razem oglądał mecz przez palce: trzy stracone gole w trakcie nieco ponad dwóch minut, a potem kolejne, kolejne i kolejne. Skończyło się na ośmiu – rekordzie kariery, bijącym jego poprzedni najgorszy wynik (siedem bramek w debiucie w lidze w grudniu 2024 roku).

Szczytowym momentem całego wieczoru, tym który na pewno będzie cytowany przez lata, była akcja Marcusa Foligno. Przy stanie 4:4, gdy Brock Faber odsiadywał karę, Gabriel Landeskog podał do MacKinnona, a ten nieoczekiwanie stracił krążek. Foligno zareagował błyskawicznie, ruszył na pełnych obrotach i niemal natychmiast znalazł się przed bramkarzem Scottem Wedgewoodem. Obok pędził jego starszy brat Nick – jako para stworzyli atak dwóch na bramkarza. Starszy brat w ostatniej chwili gestem nakazał: bierz to sam. Marcus wziął minął bramkarza blefem i wbił krążek po krótszej stronie. Tuż po tym z pełnym impetem wjechał w słupek, wytrącając bramkę z zawiasów. To nie był zwykły gol w osłabieniu. To był Foligno w pełnej krasie ogromne serce, chęć walki i odrobina filmowego dramatu. Kibice Minnesoty przez chwilę wierzyli, że historia się pisze na nowo: byłoby to pierwsze w dziejach klubu zwycięstwo po odrabianiu trzybramkowej straty w play-off.

„Trochę byłem zaskoczony, że wszyscy przestali się ścigać i zostawiłem sobie krążek sam. Zobaczyłem, że Wedgewood nie wyjeżdża – pomyślałem, że może być dwóch na bramkarza z bratem. Ale on gestem powiedział: jedź sam.” — Marcus Foligno

Historia się nie napisała. Zaledwie 69 sekund po golu Foligno Devon Toews wyrównał na 5:5 po strzale ze zmienioną trajektorią. Colorado wzięło oddech, a potem wbiło bieg wyżej. Nazem Kadri na początku trzeciej tercji, Cale Makar ze strzału z nadgarstka na podanie MacKinnona i Avalanche odskoczyli na 7:5. Mats Zuccarello zmniejszył stratę na niecałe cztery minuty przed końcem – chwila napięcia, chwila nadziei. I dokładnie minutę później Makar zakończył mecz: drugie trafienie wieczoru, puste bramki i ostateczne 9:6.

Rekord drużynowy Avalanche: Czterech obrońców Colorado zdobyło bramki w jednym meczu play-off. To rekord klubu. Jedyne drużyny, którym wcześniej udała się ta sztuka, to Kings z 1992 roku, Boston Bruins z 1988 i Minnesota North Stars z 1985 roku. Obrońcy Avalanche przez cały sezon zasadniczy zdobyli łącznie 233 punkty – najlepszy wynik w lidze.

Cale Makar, który w pierwszej tercji opuścił ławkę po uderzeniu od Marcusa Foligno za bramką i przez długie minuty budził niepokój swoją nieobecnością, wrócił na lód i rozegrał jeden z lepszych meczów sezonu: dwa gole, jedna asysta. Devon Toews skończył z czterema punktami. MacKinnon i Martin zebrali po trzy. Dziewięć goli Colorado – rekord w fazie play-off; dziewięć goli straconych przez Minnestę – rekord traconych przez nich w historii. Avalanche, po czterech zwycięstwach w pierwszej rundzie przeciwko Los Angeles Kings, wygrywają już piąty mecz z rzędu w tej edycji turnieju.

„Nie wiem jak to opisać, gdyby ktoś mi dał do scenariusza” – powiedział po meczu trener Jared Bednar, rozłożywszy ręce. Nie ma w tym żadnej przesady. Mecz weekendu? Być może mecz pierwszej połowy całego play-off. Gra numer dwa w Denver już we wtorek i z całą pewnością obie drużyny wolałyby zagrać go nieco spokojniej. Choć po tym wieczorze nikt chyba już w to nie wierzy.

2 KOMENTARZE

  1. Dla sympatyków „starych” firm hokejowych (nie wszystkich) do których się zaliczam, tych kojarzonych z O6 i nieco późniejszych, finał beż drużyny ze słonecznej Florydy to lekka ulga.
    6 kolejnych edycji z teamami z tego stanu wystarczy …

  2. Seria szabel z Montrealem zapowiada sie wyśmienicie, również na trybunach ale chyba tak samo lawiny z minesotą co pierwszy mecz juz pokazał , wrócę jeszcze do 1 rundy ,bo szkoda mi dallas ,wyśmienity sezon ,dużo pracy włożonej i …….konia z rzędem dla tego Pana co wymyślił taki system play off

Comments are closed.