W 2007 roku Jim Gregory został wybrany do hokejowej Galerii Sław. Legendarna postać, niemal ikona tego sportu po tamtej stronie Atlantyku, wielce zasłużona dla rozwoju NHL i całej dyscypliny. Laurka musiała być długa i obfitująca w komplementy, ale pewien drobiazg nie dawał części osób spokoju. W tym samym czasie Gregory był bowiem szefem komitetu odpowiedzialnego za nominacje do Hall of Fame. Owszem, zbiegło się to z jego problemami zdrowotnymi i przymusowym odpoczynkiem od obowiązków zawodowych, ale część środowiska dziennikarskiego wyrażało swoją dezaprobatę. Wśród nich był m.in. Ken Campbell, który publicznie dawał wyraz swoim wątpliwościom odnośnie zachodzącego konfliktu interesów. Jak jednak wspomina po kilkunastu latach, Jim Gregory nigdy nie miał mu tego za złe.
Bo taki właśnie, zdaniem znających go bliżej osób, był Jim Gregory. Liczyli się dla niego przede wszystkim ludzie, z którymi współpracował, za których odpowiadał, którzy byli wokół niego. W zamian za to, gdy choroba na dobre przykuła go do łóżka, zawsze mógł liczyć na odwiedziny czy telefon od swoich byłych graczy czy osób współpracujących z nim w Toronto. Do sali, w której leżał, zaglądali m.in. Tiger Williams, Darryl Sittler czy Lanny McDonald, a z dalekiej Szwecji regularnie dzwonił Borje Salming, dopytując o stan zdrowia swojego byłego menedżera. Ludzie odpłacali mu zawsze tym, na co sami mogli kiedyś liczyć z jego strony – troską i lojalnością.
NHL Network mourns the loss of Jim Gregory. pic.twitter.com/e725SAjn0I
— NHL Network (@NHLNetwork) October 30, 2019
Przyszedł na świat w 1935 roku w Ontario w rodzinie oficera kanadyjskiego lotnictwa. Wychowywał się, jak znakomita większość jego rówieśników, wsłuchując się w głos legendarnego Fostera Hewitta, komentującego mecze w ramach Hockey Night in Canada. Jednym z jego najbliższych przyjaciół był od tamtego czasu Ted Kennedy, z którym rywalizowali jako dzieciaki, uganiając się z kijami za piłką po uliczkach rodzinnego miasteczka.
Los poskąpił mu jednak hokejowego talentu i nie dane mu było pójść w ślady przyjaciela. Gdy jako nastolatek przeniósł się do Toronto, okazało się, że w drużynie St. Michael’s College School nie znalazło się dla niego miejsce nawet w ekipie B. Szybko pogodził się z tym i przyjął propozycję współpracy z pierwszym zespołem, gdzie odpowiadał za opracowywanie statystyk. Mógł też z bliska podpatrywać, jak ze swoimi podopiecznymi pracuje David Bauer, pastora, który tworzył kilka lat później podstawy kanadyjskiego hokeja reprezentacyjnego.
W wieku 26 lat zastąpił na stanowisku szkoleniowca swojego pierwszego mentora i błyskawicznie poprowadził drużynę do wygrania Memorial Cup. W ciągu dekady jeszcze dwukrotnie mógł cieszyć się z tego trofeum, trenując inne ekipy z Toronto. W tym czasie pracował już też dla Toronto Maple Leafs. Ze Staffordem Smythe’em poznał go David Bauer, a właścicielowi Klonowych Liści zafascynowany hokejem młody chłopak przypadł do gustu. Od 1959 roku przez kilkadziesiąt lat niemal dzień w dzień meldował się w budynku przy 50 Bay St w Toronto, gdzie swoją siedzibę mają nie tylko Leafs, ale i NHL.
Pod koniec lat 60. po raz pierwszy spróbował swoich sił w seniorskim hokeju, ale z Vancouver Canucks (grającymi wówczas w lidze WHL i będącymi jedną z filii Maple Leafs) nie odniósł sukcesu. Szybko wrócił do Toronto, gdzie powierzono mu posadę w klubowym skautingu. Rok później był już jednak menedżerem Liści, zastępując w tej roli samego Puncha Imlacha. Wkroczył w świat żyjący chwałą ostatniej dekady i mistrzowskimi tytułami Leafs. Mającymi też jeden poważny problem nazwiskiem Ballard.
Gregory nigdy nie powiedział złego słowa o swoim pracodawcy, choć ten przez ponad dziesięć lat współpracy mocno zaszedł mu za skórę. Takim go wychowano, takim ukształtował pastor Bauer, tego trzymał się przez lata sam Gregory. Podkreślał to m.in. Colin Campbell, jeden z wiceprezydentów NHL i jego bliski przyjaciel. Harold Ballard miał ciągłe pretensje do Gregory’ego, że nie potrafił nawiązać do najlepszych lat Leafs, nie dostrzegając, jak ogromną pracę dla organizacji wykonywał menedżer i ilu świetnych ludzi dzięki niemu trafiło do Toronto.
Gregory był fanem idei skautingu – doprowadził do tego, że na klubowej liście płac znalazło się pięciu skautów stale pracujących tylko dla Liści. Wiedząc, jak mocno drenowane są rozgrywki juniorskie w Kanadzie, postanowił poszukać nowych graczy na Starym Kontynencie. Jego ludzie przypatrywali się zmaganiom w Skandynawii, dzięki czemu bluzę z Klonowym Liście założył m.in. Borje Salming. Szwed nie wahał się nazywać go swoim drugim ojcem, podkreślając rolę, jaką odegrał w jego przenosinach za ocean i w zrobieniu kariery w NHL.
Liczyła się dla Gregory’ego przyszłość klubu, a nie tylko teraźniejszość. Wśród wybranych przez niego w drafcie graczy byli m.in.: wspomniani już Sittler czy McDonald, ale również Ian Turnbull, Mike Palmateer czy Randy Carlye. Choć w wielu aspektach uchodził za hokejowego konserwatystę, nie bał się zmian. Uwierzył w nowatorskie metody pracy Rogera Neilsona, powierzając swojemu rówieśnikowi posadę szkoleniowca Leafs pod koniec lat 70. minionego stulecia.
Ani jednak niespełna dwuletnia współpraca z Neilsonem, ani wcześniejszych kilka lat z Redem Kellym nie zapewniły Gregory’emu spokoju. Młoda drużyna nie była w stanie nawiązać do poprzedniej dekady, gdy Leafs kilkukrotnie sięgali po Puchar Stanleya. Ballard oczekiwał cudów, jednocześnie nie chcąc zapewnić odpowiedniego finansowania zespołu. Gregory o podpisy graczy musiał rywalizować z organizacjami z WHA, które potrafiły zapłacić całkiem pokaźne pieniądze. On musiał radzić sobie dużo bardziej ekonomicznie. Na dłuższą metę to nie miało prawa się udać.
Latem 1979 roku odpoczywał z żoną nad jeziorem. Myślami był już przy następnym sezonie. Miniony z Neilsonem w roli szkoleniowca przebiegł nad wyraz pomyślnie. Niespodziewanie Leafs ulegli w drugiej rundzie play-offów Canadiens, ale wszystko wskazywało na to, że wspólna praca Gregory’ego i Neilsona może dać ekipie z Toronto pasmo sukcesów na lata. Gdy więc w trakcie letniego wypoczynku jego żona Rosalie odebrała telefon od Briana O’Neilla, wiceprezydenta ligi, Gregory był mocno zaskoczony. Dopiero jednak przebieg tej rozmowy był dla niego szokiem.
O’Neill zaproponował mu posadę szefa ligowego skautingu (NHL Central Scouting Bureau). Gregory grzecznie odmówił, zaznaczając, że nadal ma sporo do zrobienia jako menedżer Leafs i woli zostać w klubie. Wtedy od przedstawiciela ligi usłyszał, że ten dzień wcześniej rozmawiał z Ballardem i właściciel Klonowych Liści poinformował go, że zwolnił właśnie Gregory’ego! W ten sposób dowiedział się o swojej nowej sytuacji zawodowej. Głupota i krótkowzroczność właściciela Leafs otworzyła lidze szansę na zbudowanie świetnego działu skautingu pod wodzą człowieka, który znał się na tym, jak mało kto w tamtych czasach.
Decyzji Ballarda dziwili się niemal wszyscy. Byli i obecni gracze Liści stanęli po stronie Gregory’ego, ale nie zmieniło to sytuacji. Lubiany i szanowany eks-menedżer rozpoczął rozbudowę ligowych struktur skautingowych. Wykorzystał swoje dotychczasowe kontakty, znacząco wzmocnił relacje pomiędzy NHL a europejskim hokejem.
Przez lata pracował w gabinecie w Toronto, dochodząc do posady wiceprezydenta ligi. Gdy szefem NHL został Gary Bettman, Gregory był tym, który przeciwstawił się pomysłowi przenosin ligowej siedziby do Nowego Jorku. Był niezwykle przywiązany do miejsca swojej pracy i z rzadka opuszczał ją wcześniej niż o 10:00 wieczorem. Współpracownicy zmuszali go do tego, by kończył pracę po 19:00, ale on zostawał, by obejrzeć jeszcze i przeanalizować mecz swoich ukochanych Leafs. Lata mijały, a on stawał się żywą legendą NHL. Był obecny w trakcie draftu, gdy wyczytywał nazwiska wybieranych od drugiej rundy graczy, wręczał również pamiątkowe srebrne kije graczom, którzy rozegrali na ligowych lodowiskach co najmniej 1000 spotkań. Z jego rąk nowi członkowie Galerii Sław odbierali także okolicznościowe pierścienie.
Klub z Toronto do końca życia znaczył dla niego niezwykle dużo. Znalazł się w nim, dzięki poleceniu przez Bauera, ale Smythe’owie nigdy tej decyzji nie żałowali. Byli tak przekonani do młodego Gregory’ego, że ściągając go z dotychczasowej pracy dla koncernu Palmolive-Colgate, zaoferowali posadę w pionie sportowym Leafs, jednocześnie w okresie letnim płacąc za pracę na rzecz jednej ze swoich firm z branży naftowej 95 dolarów tygodniowo.
Pomimo złej współpracy z późniejszym właścicielem klubu Haroldem Ballardem, nigdy nie zmienił swojego stosunku do Liści. Ludzie związani z NHL do dzisiaj wspominają jednak o jego ogromnej roli dla rozwoju hokeja. Był nie tylko świetnym skautem, ale doskonale rozumiał ideę wykorzystania materiałów wideo do pracy trenerskiej. Z jego inicjatywy powstał również specjalny fundusz (NHL/NHLPA Player Emergency Assistance Fund), który z nakładanych kar i grzywien na graczy przeznaczał środki dla byłych zawodników i ich rodzin, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej. Nigdy się z tym nie afiszował, ale pomógł dziesiątkom osób.
A moment of silence for Jim Gregory. ❤️ pic.twitter.com/QHmWakRqnH
— NBC Sports Hockey (@NBCSportsHockey) October 31, 2019
Cliff Fletcher nazwał go najbardziej niedocenianym człowiekiem w NHL, używając w stosunku do Gregory’ego nawet określenia, że był niczym „Skała Gibraltarska”. Nigdy nie przeszedł bez słowa obok ludzi, zawsze uśmiechnął się i uścisnął dłoń. Brendan Shanahan podkreślał, że Jim Gregory był nie tylko wielkim dżentelmenem, ale przede wszystkim człowiekiem niezwykle oddanym hokejowi. Kochał ten sport, uwielbiał pracować dla NHL, szalał za Maple Leafs do końca swoich dni. Zawsze też pozostawał wierny swojej największej miłości, Rosalie, z którą przeżył ponad 60 wspólnych lat. Mieli czwórkę dzieci, cieszyli się też kilkunastoma wnukami. Rodzinne, sportowe tradycje kontynuuje obecnie jeden z jego synów David, pracujący, wzorem ojca, w NHL Central Scouting Bureau.
[/betterpay]
Formularz zamówienia
Nazwa | Przelew |
---|---|
Abonament 90 dni | 50 zł |
Formularz zamówienia
Nazwa | Przelew |
---|---|
Abonament 180 dni | 90 zł |