Patrick Marleau, absolutny rekordzista w liczbie rozegranych spotkań, poinformował w 2022 o przejściu na hokejową emeryturę. Za pośrednictwem portalu „The Players’ Tribune” opublikował osobisty tekst, w którym wraca do swoich korzeni i opisuje drogę na sam szczyt. W swoich wspomnieniach przywołuje lata młodości oraz epizod związany z występami w Seattle. Ponadto zwraca się bezpośrednio do Joe Thorntona i z uznaniem wypowiada się o niezwykłym talencie Austona Matthewsa oraz Mitcha Marnera. Ten artykuł to w gruncie rzeczy jego piękne pożegnanie i forma wdzięczności za całą wieloletnią przygodę na taflach NHL.
Miałem trzy lata, gdy mój ojciec Denis po raz pierwszy zaprowadził mnie na lodowisko w Aneroid. Do teraz wspomina, że dojechałem do niebieskiej linii, odwróciłem się i odniosłem mu krzesło, które dał mi wcześniej, żebym nie stracił równowagi. Powiedziałem, że nie jest mi potrzebne i wróciłem na lód.
Pokochałem to za dzieciaka. Hokej sprawiał, że byłem szczęśliwy do tego stopnia, że nie potrafiłem tego opisać. Ten zapach świeżego lodu, żartowanie z kolegami, rywalizacja, dreszczyk emocji po zwycięstwie, a nawet żal po przegranej, który sprawia, że chcesz wrócić i spróbować ponownie. Kochałem to. Miałem szczęście, że znalazłem swoją prawdziwą pasję już po pierwszej przejażdżce.
Niedługo później przychodziłem tam, kiedy tylko mogłem, spędzałem na lodowisku każdą wolną chwilę. Czasem służyła do tego dziura w ziemi wykopana na tyłach naszej rodzinnej farmy, którą zalewałem przed zimą i czekałem aż zamarznie. Z bratem robiliśmy dziurę w lodzie, z której krowy mogły pić wodę, a reszta była tylko dla nas. Odgrywaliśmy własne mecze NHL. Moim idolem od zawsze był Mario Lemieux, więc udawałem, że wznoszę Puchar dla Pingwinów. Właśnie wtedy, podczas tych brutalnych zim w Saskatchewan zrodziło się moje marzenie. Wracałem do domu, spłakany, ze zmarzniętymi stopami. Matka musiała nas ogrzewać. To właśnie te wspomnienia, wszystkie skoncentrowane wokół hokeja i mojej rodziny, ukształtowały mnie i sprawiły, że jestem dziś takim, a nie innym Patrickiem Marleau.
Dorastanie na ogromnej farmie wiązało się z niesamowitą ilością pracy i poświęceń. Dzięki temu doceniam te małe i proste rzeczy w życiu. Moi rodzice pracowali bez wytchnienia dla mnie i mojego rodzeństwa. Obowiązki na farmie i prace domowe były dla nas rutyną życia, nauczyły nas nie tylko tego, jak ważne jest, żeby skończyć to, co się zaczęło. Codzienne poranne karmienie bydła, przerzucanie siana i rozrzucanie ziaren nauczyło mnie etyki pracy, która zdefiniowała moją karierę.
Nie mogę pominąć też tego, jak wiele zawdzięczam swojemu bratu i siostrze. Kiedy zacząłem więcej podróżować by grać, to właśnie oni musieli przejąć moje obowiązki w domu. Nigdy nie narzekali. Moi rodzice musieli spędzić setki, jeśli nie tysiące godzin wożąc mnie na mecze, treningi i turnieje. Wszyscy coś poświęcili, żebym mógł podążać za swoimi marzeniami. Moja kariera nigdy by nie miała miejsca, jeśli nie oni.
Mój tata reprezentował barwy Weyburn Red Wings, juniorskiej drużyny w naszej mieścinie. Jego ojciec, a mój dziadek, nie pozwolił mu na to, kazał wrócić na farmę, więc na tym skończył się jego sen o grze na najwyższym poziomie rozgrywek. Dlatego też tata nie pozwolił by to samo przydarzyło się mi.
Miałem czternaście lat, gdy rodzice zgodzili się, abym wraz z babcią przeprowadził się do Swift Current. Po pogadance od matki – o tym, że nie powinien wpadać w tarapaty, bo wrócę z powrotem na farmę – spakowałem torby, wziąłem pod pachę ulubioną kasetę z zagraniami Lemieux i odjechałem. Patrząc na to teraz, już będąc rodzicem, jestem niesamowicie wdzięczny, nawet bardziej niż w tamtym momencie. Wtedy nie rozumiałem, jak trudne musiało być dla nich to rozstanie.
Dwa lata później byłem w drodze do Seattle, gdzie miałem grać dla Thunderbirds. To właśnie na wschodnim wybrzeżu poznałem ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś. Hokej nie definiują bowiem jedynie walki, rywalizacja i surowość tego sportu. Zawsze najważniejsze dla mnie było braterstwo. Jestem szczęściarzem z wielu powodów. Przyjaźnie, które zaczęły się przy wspólnej grze są z całą pewnością jednym z najważniejszych czynników.
W Seattle zacząłem sobie uświadamiać, że dostanie się do najlepszej hokejowej ligi świata jest w moim zasięgu. Coraz bardziej możliwe wydawało się to, że hokej może stać się moją pracą na pełen etat.
Draft zbliżał się wielkimi krokami, a moi rodzice coraz częściej odbierali wiadomości od różnorakich agentów i przyjmowali ich na farmie. Jeden z nich wyróżniał się, wpadł nam w oko.
– Chcę reprezentować Patricka – powiedział moim rodzicom. – Ale nie musi się jeszcze tym wszystkim zamartwiać. Jedyne, co musi robić to dalej tak świetnie grać.
Łatwo zgadnąć, kogo wybraliśmy. Don Baizley jasno zakomunikował, że to hokej jest na pierwszym miejscu, nie biznes. Szanowałem to. Ostatecznie stał się moim drugim ojcem. Dzwonił do mnie w trakcie sezonu, żeby sprawdzić, co u mnie, doradzał mi i rozliczał z tego, co robię. Niestety Don zmarł w 2013 roku, na zawsze będę mu zawdzięczał wszystko. Więcej ludzi powinno wiedzieć, jak wielki wpływ miał na moje życie oraz życie wszystkich innych jego klientów. Jego spuścizna to nasze kariery.
Na noc przed draftem w Pittsburghu Don przedstawił mi i mojej rodzinie możliwe scenariusze tego, co może wydarzyć się następnego dnia. Później spotkałem się z Deanem Lombardim i skautami Sharks. Powiedzieli mi, że jeśli nie wytransferują swojego wyboru to sięgną po mnie z drugim numerem w naborze. Dużo ludzi pyta o to, czy byłem pewny tego, że San Jose mnie wydraftuje. Wiedziałem tylko tyle – jeśli pick nie zostanie oddany w wymianie, będę zmierzał do Kalifornii. Dopóki nie usłyszałem swojego nazwiska nie wiedziałem, co się wydarzy. Teraz pamiętam to przez mgłę, jakbym śnił. Wszystkie te godziny spędzone na lodzie, w siłowni, w busach, gdy odrabiałem zadanie domowe na kolanie. Wszystkie te siniaki i urazy doprowadziły mnie do tego momentu.
Jeszcze wtedy nie miałem pojęcia, że to dopiero początek.
Przed latem 1997 nie byłem w stanie powiedzieć zbyt wiele o San Jose. Byłem świadomy tego, że leży w Kalifornii, ale to ogromny stan. Czy było blisko oceanu, czy raczej na pustyni? Jedyne, co wiedziałem to, że jest tam względnie nowy zespół, który chce, żebym dla nich grał. Przeniosłem się do Kalifornii na miesiąc przed obozem przygotowawczym, zamieszkałem w hotelu i wziąłem się do roboty. Dopiero po miesiącu sezonu powiedziano mi, że może to najwyższy czas na to, żeby znaleźć stałe miejsce zamieszkania.
Kelly Hrudey, który grał wtedy w głównym składzie Rekinów powiedział Deanowi, że chciałby przyjąć mnie do swojego domku gościnnego. Moi rodzice byli wdzięczni, organizacja nie miała zastrzeżeń, a ja byłem podekscytowany myślą, że w końcu nie będę wracał do pustego apartamentu. Po meczach i treningach spędzaliśmy z Kellym czas na wspólnych posiłkach oraz opowiadaniu sobie różnych historii. Przed świętami razem składaliśmy domki Barbie i inne zabawki, co dało mi przedsmak tego, co miałem robić za kilka lat (no może z tą różnicą, że u nas było mniej lalek, a więcej hokejowych bramek i kijów).
Ten debiutancki sezon mógł znaczyć wiele więcej od każdego kolejnego. Wtedy właśnie moje marzenie się ziściło.
Wiele nauczyłem się od hokeistów, z którymi grałem na samym początku swojej kariery w NHL. Wypisywanie każdego z nich sprawiłoby, że przez kolejne kilka stron byłyby tu tylko nazwiska, ale jest kilku gości, których chciałbym wyróżnić. Kelly, naturalnie, ale także Tony Granato, Murray Craven, Gary Suter, Mike Ricci i Adam Graves.
Każdy z nich odegrał niezwykle ważną rolę w mojej karierze. Od wszystkich czegoś się nauczyłem, podpatrywałem, w jaki sposób poruszają się po lodzie, manewrują krążkiem, ustawiają się i podają, słuchałem ich rad, a następnie próbowałem wprowadzić to do swojej gry. Tak naprawdę uczymy się czegoś od każdej osoby, którą poznamy. Od niektórych więcej, od innych nieco mniej, ale całe to doświadczenie nas kształtuje.
Do dziś pamiętam, jak po meczach musiałem siedzieć w hotelu, bo byłem zbyt młody i nie mogłem wychodzić z chłopakami się napić. Dzwoniłem do swojej dziewczyny, znajomych i grałem w gry komputerowe. W Kanadzie było inaczej (przyp. tłum. pełnoletność osiąga się tam w wieku 19 lat). Nawet po tych dwudziestu latach z uśmiechem wspominam te czasy.
Reprezentowanie barw San Jose Sharks było dla mnie bajką. Nowa drużyna, piękne miasto w Kalifornii, niesamowita pogoda. Miałem szansę gry na najnowszej arenie w lidze, która gościła zawsze najgłośniejszych fanów z ogromną pasją. Syrena, która rozlega się w SAP Center, gdy któryś z Rekinów umieści krążek w siatce to muzyka dla mych uszu. Nasz zespół od zawsze składał się z ciężko pracujących, konkretnych chłopaków, którzy walczyli do ostatniej sekundy. Bycie częścią tego składu od niemal samego początku, tworzenie tej drużyny od zera było obowiązkiem, od którego się nie migałem. Nigdy nie brałem swojej pozycji w tej ekipie za pewnik. Mam nadzieję, że miejscowi, włodarze klubu oraz fani są dumni z tego, co udało nam się osiągnąć.
Tak wiele momentów w mojej karierze mógłbym wymienić jako najważniejsze. Oczywiście o kilku z nich muszę wspomnieć, bo zdecydowanie odstają od reszty. Tak, jak mój pierwszy gol – wpakowałem gumę za plecy Nikołaja Chabibulina. Moja pierwsza seria play-offowa. Pierwsza zmiana, gdy Bryan Marchment chciał przywitać mnie w lidze mocarnym uderzeniem. Na szczęście udało mi się go jakoś uniknąć. Bryan później przedstawił mnie mojej przyszłej żonie, więc nie chowam urazy. Wszystko wybaczone.
W 2010 roku dostałem powołanie do kadry narodowej na olimpiadę w Vancouver. Po tym, jak wygraliśmy złoto postanowiliśmy z Brendenem Morrowem i naszymi żonami uczcić to kolacją w centrum. Nie mogliśmy jednak przejechać przez miasto. Ulice zalały rzesze kibiców – bawili się, śpiewali hymn, wymachiwali flagami. Minęła już godzina lub dwie od tego zwycięstwa, a oni wciąż cieszyli się ze złotego gola Crosby’ego. I pomiędzy tym całym zgiełkiem byłem ja, świadek tej tworzącej się hokejowej historii. Mogłem zobaczyć na własne oczy, jak wiele radości daliśmy tym wszystkim ludziom. Ta część tego sportu zawsze budzi u mnie podziw.
Ten dzieciak ślizgający się po lodzie na farmie rodziców nigdy nie uwierzyłby, jakie życie go czeka.
W 2016 roku wreszcie dotarłem wraz z drużyną do finałów Pucharu Stanleya. Nie będę kłamał – wciąż boli mnie ta porażka, szczególnie, że byliśmy tak blisko. Wiem jednak, że zrobiliśmy, co mogliśmy, zostawiliśmy na lodzie hektolitry potu i krwi. Ponownie mogłem zobaczyć, jak kibice dopingują nas z całych sił – malują twarze (i nie tylko) barwami Sharks i doprowadzają do tego, że Akwarium jest najgłośniejszą halą na świecie.
To miejsce – którego przed draftem nie mogłem nawet znaleźć na mapie – przemieniło się w prawdziwe hokejowe miasteczko. Jestem dumny z tego, jak świetnie poradziła sobie ta organizacja i jak zmieniło się San Jose w ciągu tych dziewiętnastu lat od mojego draftu.
***
Spróbowanie czegoś nowego było najtrudniejszą decyzją, jaką podjąłem w życiu. W 2017 roku przeniosłem swoją rodzinę do hokejowego centrum wszechświata i włożyłem niebieską bluzę z liściem klonowym na przedzie. Wyjeżdżanie na lód w trykocie Maple Leafs było czymś odrealnionym. Czekałem aż ktoś mnie w końcu uszczypnie i się obudzę.
Moja rodzina uwielbiała to miejsce, chłopcy w szczególności upodobali sobie lodowisko w naszym ogródku. Czułem się odmłodzony, a byłem przecież tym doświadczonym weteranem w szatni przepakowanej młodymi talentami. Chłopakami takimi, jak Auston Matthews czy Mitch Marner, którzy wiekiem bliżsi są moim dzieciakom, aniżeli mi. Oglądanie, jak grają z pasją i prawdziwą miłością do tego sportu sprawiło, że sam na nowo zakochałem się w hokeju.
Jestem pewny, że ci goście kiedyś wygrają Puchar. I kiedy to zrobią mam nadzieję, że wciąż będą pamiętać te mecze na mini-kijki w naszej piwnicy.
Równie surrealistyczne było dla mnie to, że Penguins – drużyna, dla której od zawsze chciałem grać, której częścią był mój idol – dali mi szansę. Niestety były to czasy pandemii, zespół nie radził sobie tak, jak oczekiwano. Wciąż nie zmienia to faktu, że jestem niezwykle wdzięczny, w końcu mogłem spełnić kolejne ze swoich marzeń. Ta bluza wciąż wisi w mojej szafie.
Ciągle się zastanawiam, dlaczego Bóg był dla mnie tak hojny i pozwolił mi wieść takie życie.
Jak większość sportowców – czuję, że mógłby grać do śmierci. Chciałbym móc robić to do końca życia. Wierzę, że moi chłopcy woleliby, żebym nie odwieszał łyżew na kołek przez kolejne dziesięć lat. Przychodzi jednak ten moment w moim życiu, gdy muszę być wdzięczny za cały ten czas, który był mi dany. Muszę ustąpić miejsca kolejnym pokoleniom, teraz to oni powinni spełniać swoje marzenia.
Nie będę kłamał – zmiana stylu życia nie jest łatwa. Przez ostatnie czterdzieści lat żyłem i oddychałem hokejem. Na nowo muszę siebie poznać, rozwikłać zagadkę, kim jest Patrick, jeśli nie hokeistą.
Na szczęście na lodowisku i tak będę niemal codziennie, tym razem nie po to, żeby grać, ale oglądać swoich synów. Tym razem to ja poświęcę się dla kogoś innego, pomogę im zweryfikować ich własny potencjał.
Jeździłem już na turnieje moich synów, pomagałem trenerowi ich juniorskiej ekipy, czytałem bajki do snu i pomagałem z pracą domową. Wreszcie jestem pełnoprawnym ojcem – częścią tej rodziny nie tylko pomiędzy kolejnymi wyjazdami. Wiem, że nie mogę nadrobić straconego czasu, ale mogę być z nimi teraz, zanim zaczną podążać za swoimi marzeniami.
Dzisiaj oficjalnie obwieszczam, że przechodzę na emeryturę.
To słodko-gorzkie pożegnanie. Jeszcze wiele przede mną. Kto wie, co jeszcze się wydarzy. W końcu jeśli lata temu powiedziałbyś temu dzieciakowi grającemu na zamarzniętym bajorze, że obali rekord ilości rozegranych spotkań ustanowiony przez Gordiego Howe, odburknąłby, że jesteś szurnięty. Nie nastawiałem się na to, po prostu tak bardzo kochałem ten sport, że nie chciałem odwieszać łyżew.
Jestem farciarzem. Nie miałbym za pasem takiej kariery, gdyby nie wszyscy ci ludzie wokół mnie.
Mamo i tato – wasze poświęcenie i miłość dały mi szansę na to, by robić to, co kocham. To dzięki wam jestem teraz tutaj. Zawsze we mnie wierzyliście i mi dopingowaliście. Jestem wam tak wdzięczny, że żadne słowa tego nie wyrażą. Kocham was, dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście.
Richard i Denise – dziękuję za to, że zawsze mnie wspieraliście. Nieważne, czy przejawiało się to w postaci przejęcia moich obowiązków na farmie, czy wielogodzinnej podróży w środku mroźnej zimy, bo musieliśmy dotrzeć na mój turniej. Cieszę się, że jesteście częścią mojego życia.
Co więcej – dziękuję ludziom z San Jose i organizacji Rekinów. Przyjęliście 17-latka z wybujałymi marzeniami do swojej wielkiej rodziny. Zawsze wierzyliście we mnie. Dziękuję, że pozwoliliście mi nosić ten trykot, rok po roku, dekada po dekadzie. Mam nadzieję, że zostawiłem po sobie dobre wrażenie, coś z czego możecie być dumni. Chciałbym podziękować przede wszystkim Mike’owi Aldrichowi, Ray’owi Tuftsowi i Wesowi Howardowi, którzy byli ze mną od samego początku. Jesteście moją drugą rodziną.
Don – tęsknię za tobą, twoje dziedzictwo przejawia się we wszystkim, co robię.
Pat Brisson – twoje rady w ostatnich latach były niezwykle cenne i pomocne.
Do wszystkich moich kolegów z lodowiska – dziękuję, że byliście ze mną, gdy spełniałem swoje marzenia. Każdy z was sprawił, że było warto tyle się napracować. To był niezwykły zaszczyt dzielić z wami szatnie.
Jest jeden hokeista, którego w tym miejscu muszę wyróżnić. Jumbo. Zaczęliśmy starty w tej lidze w tym samym czasie, miałem szczęście, że mogłem grać u twojego boku przez połowę swojej kariery. Twoje pozytywne podejście do życia zawsze było zaraźliwe. I dzięki za te wszystkie świetne podania. Nie jesteś dla mnie tylko kumplem z zespołu, ale przyjacielem na całe życie.
Toronto i Pittsburgh – dziękuję za danie mi szansy gry dla waszych ekip. Ciągle nie mogę uwierzyć, że mogłem wyjeżdżałem na lód najpierw z tym ikonicznym klonowym liściem na piersi, a później jeszcze w złoto-czarnych barwach. Na zawsze będę wdzięczny, to był zaszczyt.
Landon, Brody, Jagger i Caleb – wszystko, co robię, robię dla was. Dorastacie i na własne oczy widzę, jak świetnymi młodymi mężczyznami się stajecie. Jestem z was dumny. Mam nadzieję, że będziecie dalej ciężko pracować, będziecie życzliwi, będziecie pomagać innym i podążać za swoimi marzeniami. Miałem nadzieję, że będę mógł grać wystarczająco długo, żebyście zobaczyli tatę na lodzie. Modlę się o to, abyście byli dumni z waszego staruszka. Jestem podekscytowany szansą obserwowania waszych dokonań, zawsze będę was dopingował i pomagał na każdym kroku.
Przede wszystkim chciałbym podziękować swojej żonie, Christinie. Nie dotarłbym tutaj bez niej. Nie jestem w stanie napisać tutaj niczego, co choćby w nikłym stopniu pokazałoby, jak bardzo doceniam twój wkład w moje życie i karierę. To superbohaterka. Najlepsza mama na świecie. Jestem szczęśliwcem, bo stała u mojego boku przez całą tą niezwykłą podróż. Nie byłbym tym samym człowiekiem, gdyby nie ona, jej dobitne rady i nocne terapie po meczach.
A na sam koniec… Dziękuję hokeju.
Za te wszystkie lekcje. Za śmiech. Za łzy. Pozwoliłeś mi spełnić marzenia.
– Patrick
