Kapitan Carolina Hurricanes raczej nie wierzył w to, że zagra w tym roku w rozgrywkach postsezonowych. Jego wysoka forma, która pociągnęła do góry cały zespół spowodowała, że Justin Williams wraz ze swoją ekipą nie tylko zameldował się w play-offach, ale dotarł nawet do finału Konferencji Wschodniej.

Wszystko wskazywało na to, że będzie to ostatni sezon 37-latka w NHL. Gdy pojawił się na obozie przygotowawczym wydawał się w tym temacie nieugięty. Oczywiście taką postawę można zrozumieć. Przecież nie jest już zawodnikiem pierwszej młodości, a w zasadzie zdobył to co chciał. Trzykrotnie wznosił do góry Puchar Stanleya. Raz z ekipą z Raleigh w czasach zanim przeniósł się do Los Angeles, a później jeszcze dwukrotnie z „Królami”, przy czym ostatni triumf okrasił Trofeum Conna Smythe’a, czyli mianem MVP play-offów. Jego pierwsze ligowe trofeum przypieczętował golem do pustej bramki, po którym było już pewne, że Edmonton Oilers nie są w stanie zagrozić jego drużynie.

Dwa razy wygrał z Kanadą mistrzostwo świata, a na tafli zarobił ponad 50 milionów dolarów. Jest bardzo cenionym i szanowanym graczem swojego pokolenia. Z draftu 2000 roku, w którym Williams z numerem 28 padł łupem filadelfijskich „Lotników”, już tylko ośmiu hokeistów ugania się jeszcze po taflach najlepszej ligi świata. Trzeba przyznać, że nieźle jak na dzieciaka grającego niegdyś na poziomie C juniorskiego hokeja.

Decyzja o zakończeniu kariery zapadła, ale któż mógł przypuszczać, że w sezonie będzie aż tak dobrze. Nagle okazało się, iż tylko jednego „oczka” brakuje naszemu bohaterowi, aby zaliczyć najlepszą ofensywną kampanię od siedmiu lat. No i tak się właśnie stało. W edycji 2011/12 podczas gry dla Los Angeles Kings uzbierał 59 punktów, po czym w następnych latach tylko dwukrotnie potrafił przekroczyć barierę pół setki „oczek”. W tym sezonie uzbierał ich 53, zdobywając 23 bramki oraz 30 asyst. To dało mu pozycję trzeciego najskuteczniejszego oraz asystującego w zespole, a także miano wicelidera w kategorii snajperów w ekipie „Huraganów”.

Takie wyniki mieszają trochę w głowie. Gdyby tego było mało, Williams po objęciu funkcji kapitana wprowadził drużynę z Raleigh do rozgrywek postsezonowych, co wydarzyło się po raz pierwszy od dekady. Hurricanes nie tylko weszli do play-offów, ale nieźle tam zamieszali. Jako posiadacze dzikiej karty odprawili w siedmiu bojach Washington Capitals, oznajmiając światu, że będzie nowy mistrz NHL w tym roku. Następnie do zera rozwalili New York Islanders, zaliczając na swoim rozkładzie dwie najlepsze ekipy Dywizji Metropolitalnej. Jak to mówią, kto mieczem wojuje, od miecza ginie. 4-0 z drugiej rundy zamieniło się w finale Konferencji Wschodniej w 0-4 z Boston Bruins i zakończenie pięknej play-offowej przygody. Kapitan nie ukrywał swojej wściekłości, gdy “Niedźwiadki” coraz mocniej przekonywały, że koniec zespołu ze stolicy Karoliny Północnej jest coraz bliższy.

Williams w rozgrywkach postsezonowych dołożył cztery gole oraz trzy asysty. Zdobył ważną bramkę 22 kwietnia w meczu z Capitals, gdy trafieniem na 4:2 przypieczętował wyrównanie w serii, zapewniając swojej drużynie udział w decydującym siódmym starciu.

Ponadto strzelił zwycięskiego gola w trzecim pojedynku z „Wyspiarzami”, następnie dołożył jeszcze jedno trafienie w wygranym 5:2 meczu przypieczętowującym awans „Huraganów” do finału konferencji.

To, że Carolina Hurricanes zaliczyli w tej edycji wyniki nienotowane od dziesięciu lat, to niewątpliwa zasługa hokeisty rodem z Cobourga w Ontario. Jako kapitan wstrząsnął szatnią, wprowadzając do niej życie i wiarę w sukces. A pomyśleć, że ekipa z Raleigh w pewnym momencie była na drugim miejscu od końca w Konferencji Wschodniej ze stratą dziewięciu „oczek” do strefy awansu.

Uzdrowić szatnię to jedno, ale w wieku 37 lat być nadal czołową postacią zespołu na lodzie, to zupełnie co innego. W jego długiej karierze tylko trzykrotnie zdarzyło się, żeby zdobył więcej punktów niż w ostatnim sezonie, przy czym dwa z tych przypadków dotyczą pierwszego okresu gry w Raleigh, który trwał od 20 stycznia 2004 do 4 marca 2009 roku. Dokładnie jednej bramki zabrakło Williamsowi, aby wyrównać swoje najlepsze osiągniecie strzeleckie, licząc od rozstania z Hurricanes dekadę temu.

Trener Rod Brind’Amour stwierdził, że jego zdaniem to najlepszy zawodnik jakiego ma. 48-letni debiutant w roli głównego szkoleniowca to kolega Williamsa z tafli. Obaj w 2006 roku świętowali jedyny jak dotąd ligowy triumf Carolina Hurricanes. Zdaniem coacha „Huraganów” ktoś taki jak bohater niniejszego tekstu jest potrzebny jego drużynie jak powietrze. Zespół składa się z wielu młodych graczy którzy nie mają doświadczenia Williamsa. Mogą czerpać od niego garściami, począwszy od przygotowania do treningu, poprzez podpatrywanie zaangażowania i etosu pracy na zajęciach, a na meczach skończywszy. Zdaniem Brind’Amoura dla 37-letniego prawoskrzydłowego nie ma różnicy, czy to przedsezonowy sparing, czy siódmy pojedynek o Puchar Stanleya. On jest zawodowcem pełną gębą. Trener mówi, że każdy zespół ma kogoś takiego, ale w Raleigh mają coś więcej. Williams jest absolutnie wyjątkowy.

Adresat tych słów sam nie bardzo wie jak reagować na takie pochwały. Stwierdza, że miło to wszystko słyszeć. Robi co tylko w jego mocy, żeby po prostu było dobrze. Zapewnia, że nie wrócił do Raleigh po to, żeby tylko spokojnie dokończyć karierę nie przemęczając się. Zauważył, że nie chce się prześlizgać bokiem, ale jego ambicją było dać drużynie absolutnie jak najwięcej.

Pod wieloma względami laurka wystawiona mu przez Brind’Amoura jest właściwa. Williams jest niezwykle ważny w całej tej „huraganowej układance”. To kluczowy gracz w tym, co klub chciał osiągnąć. Do tej pory przez długie lata nikomu nie udało się wyciągnąć ponad dwudziestu facetów ze swoich stref komfortu, żeby chciało im się przelewać pot i krew za Hurricanes. Williams trafił do ich świadomości, pokazał cel, rozbudził marzenia. Na lodzie nie przestawał wychodzić ze swojej przywódczej roli. Z 23 bramek, które zdobył, dziesięć dawało jego ekipie prowadzenie, przy czym po siedmiu z nich rywale już nie potrafili doścignąć zespołu z Raleigh. Nie zabrakło nawet gola zdobytego twarzą. W taki sposób pokonał 21 lutego Jamesa Reimera z Florida Panthers w meczu, w którym zdobył trzy “oczka”.

To co działo się z drużyną napawało jej kapitana wielką dumą. W trakcie sezonu zauważał postęp i coraz większą liczbę wygranych, mówiąc o kolejnych krokach w rozwoju drużyny. Nazywał te wydarzenia ważnym czasem, nie ukrywając swojej wdzięczności dla trenera – kolegi za to, że zaufał wiekowemu bądź, co bądź zawodnikowi, dając mu tak wiele okazji do gry. Powiedział, że Brind’Amour spororyzykował, ale Williams zdołał go nie zawieść. Odpłacił mu swoją efektywnością.

Ciekawe zatem co wydarzy się tego lata? Jego kontrakt wygasł i nie do końca wiadomo, co zamierza dalej. Jeśli zdecyduje się kontynuować karierę, to raczej na pewno pozostanie w Hurricanes, którzy bez problemu będą zawierać z nim roczne umowy, aż dokończy swoich dni jako hokeista. Patrząc tylko na statystyki, chciałoby się powiedzieć, że to zdecydowanie za szybko, aby zawieszał łyżwy na kołku. Jak będzie, to się okaże w najbliższych miesiącach, a kibice w Raleigh na razie muszą mocno ściskać kciuki i wierzyć, że ich kapitan znajdzie jeszcze motywację i ochotę do walki.

Williams szczerze przyznaje, że nie wie co przyniesie przyszłość. Jak twierdzi taki stan niepewności, pewnej tajemniczości, jest tym co naprawdę lubi. Powiedział, że po sezonie usiądzie na spokojnie, „rozpakuje się” i zobaczy dokąd tym razem prowadzi go życie.