Kontynuujemy przegląd graczy, którzy w pierwszych dniach września rozpoczną testy w kilkunastu klubach NHL (zgodnie z listą z 01.09.2017 r.).

Oto część pierwsza tekstu opublikowana na portalu kilka dni temu:

Przedsezonowe testowanie – kto u kogo i po co? #1

W Los Angeles zdecydowano się na zaproszenie aż trójki zawodników. Jednym z nich jest Andriej Łaktionow, dla którego to będzie drugie podejście do zespołu Kings. Pierwsze nie było zbyt udane pomimo solidnych występów na poziomie AHL, a wcześniej bardzo dobrej postawy w juniorskiej drużynie Windsor Spitfires. Swoją dotychczasową przygodę z NHL Rosjanin kontynuował w New Jersey oraz Raleigh, by ostatnie trzy lata spędzić w Lokomotiwie Jarosław. Wydaje się, że zaczął tam grać na miarę tego, czego mogli od niego pierwotnie oczekiwać w Kalifornii i jest szansa, by tym razem na dłużej zagościł w składzie Królów jako gracz jednej z niższych linii.

Drugim z testowanych przez Kings ma być Brandon Prust. Doświadczony skrzydłowy ma na swoim koncie już ponad 500 spotkań rozegranych na taflach NHL, ale tylko trzykrotnie zdołał rozegrać pełny sezon. Latem ubiegłego roku próbował swoich sił w Maple Leafs – jego przygoda z klubem z Toronto trwała jednak tylko kilkanaście tygodni, po czym był zmuszony przenieść się do Europy, gdzie rozegrał 40 spotkań w barwach Nurnberg Ice Tigers. W niemieckiej ekstraklasie prezentował się całkiem przyzwoicie, imponując przede wszystkim grą fizyczną, ale i dokładając po kilka goli oraz asyst. Trudno jednak przypuszczać, by Prust był jeszcze w stanie nawiązać do swoich najlepszych sezonów w NHL; nie widzę dla niego miejsca w kadrze Królów, którzy mają w swym składzie 2-3 graczy o podobnej charakterystyce, ale przy tym znacznie młodszych i z ważnymi kontraktami.

Najciekawszą postacią spośród zaproszonych przez Kings na testy wydaje się jednak ten najstarszy. Dla Chrisa Lee, niemal 37-letniego już obrońcy, nigdy nie było miejsca w NHL. Po zakończeniu kariery juniorskiej i rozegraniu czterech sezonów na poziomie akademickim, w kolejnych latach próbował swoich sił w niższych ligach seniorskich, ale nawet bardzo dobre występy w AHL nie dały mu szansy na debiut w NHL. Musiał więc kontynuować karierę w Europie, gdzie wyrobił sobie naprawdę dobrą markę jako niezwykle skuteczny, ofensywnie usposobiony obrońca, szybki i doskonale panujący nad krążkiem. W minionym sezonie imponował skutecznością w barwach Magnitogorska, zdobywając 86 punktów w 78 meczach sezonu zasadniczego i fazy playoff. Zdążył też zadebiutować w reprezentacji Kanady w trakcie mistrzostw świata, notując w nich 2 asysty. Na pewno nie jest rozwiązaniem na lata, ale niewykluczone, że otrzyma swoją szansę na debiut w NHL i rozegranie w niej najbliższego sezonu. Byłby ciekawym uzupełnieniem grona defensorów Kings, szczególnie przydatnym w ofensywie i w trakcie gier w przewadze jako odciążenie dla Drew Doughty’ego i Jake’a Muzzina.

Znacznie młodszego, bo raptem 26-letniego obrońcę, na testy zaprosili natomiast Canadiens. Z drużyną z Montrealu potrenuje i spróbuje do siebie przekonać Eric Gelinas. Gdy pojawił się 4 lata temu w barwach Devils (po dwóch dobrych sezonach w AHL) wydawało się, że wybrany pod koniec drugiej rundy draftu zawodnik będzie ciekawą opcją na wiele lat dla zespołu z New Jersey. W trzecim swoim sezonie w NHL Gelinas zaczął grać jednak bardzo słabo (poprzedzone to było kłopotami z porozumieniem między zawodnikiem a zespołem z NJ w sprawie nowej umowy), a przenosiny do Colorado nie tylko nie pomogły, ale jeszcze bardziej pogłębiły kryzys formy Gelinasa. Finałem tej sytuacji była decyzja Avalanche, by nie przedstawić obrońcy oferty przedłużenia kontraktu. Patrząc na nazwiska defensorów Canadiens, ciężko pokusić się o dobre słowo dla Gelinasa. Jeśli zaprezentuje się naprawdę dobrze, choć niewiele na to wskazuje patrząc na jego niedawną formę, może załapać się na jakiś kontrakt typu two-way i rolę siódmego-ósmego obrońcy w drużynie. Cokolwiek ponad to byłoby jednak sporym zaskoczeniem.

W New Jersey zatliła się natomiast nadzieja na uratowanie kariery Jimmy’ego Hayesa. Jeszcze niedawno prawoskrzydłowy zdawał się mieć wszystko, czego potrzeba, by zaistnieć w NHL. Miał za sobą świetną grę na poziomie akademickim, dobrze radził sobie w AHL, a w barwach Panthers i Bruins był w stanie zdobywać po ok. 30 punktów w sezonie. Oczekiwania wobec niego były jednak większe, a ponad dwumilionowy kontrakt szybko zaczął ciążyć ekipie z Bostonu, która zdecydowała się w końcu na jego wykupienie. W przypadku Hayesa i Devils może jednak się udać. Diabły zagrały bardzo słaby sezon, mając ogrom problemów w ofensywie. Choć z formą Hayesa ostatnio nie było najlepiej, swoją szansę akurat tutaj może otrzymać, bowiem prawe skrzydło w ekipie Diabłów nie wydaje się być najmocniej obsadzoną pozycją. Owszem, jest Kyle Palmieri, ale oprócz niego w kadrze pozostają tylko niezbyt imponujący w ofensywie Stefan Noesen i walczący o powrót do regularnego grania w NHL Drew Stafford. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by o swoje powalczył tam Hayes.

Jego rówieśnik, Bobby Farnham, zawalczy natomiast o angaż w Nowym Jorku. Strażnicy zaprosili go na testy, choć nie do końca chce się wierzyć, że jest to typ gracza aż tak niezbędny w zespole. Waleczny, grający niezwykle ofiarnie i fizycznie zawodnik nie wydaje się jednak graczem, który byłby w stanie wnieść coś znaczącego do postawy Rangers, chyba że nowojorczycy już zatęsknili za Tannerem Glassem i w osobie Farnhama szukają kogoś o podobnej charakterystyce. Serio?

W Pittsburghu szans na kontynuowanie kariery w NHL poszuka Jay McClement. I wydaje się, że ma spore szanse na to, by w ekipie obrońców tytułu odnaleźć swoje miejsce. Penguins, którzy latem pożegnali się z Mattem Cullenem, potrzebują środkowego do gry w czwartej linii, a w osobie McClementa mogą zyskać naprawdę solidnego i doświadczonego w destrukcji zawodnika. W ostatnich 12 sezonach to właśnie eksgracz m.in. Blues i Hurricanes ma na koncie najwięcej rozegranych minut w trakcie gier w osłabieniu spośród wszystkich ligowych napastników! Specjalista od gier w osłabieniu i bardzo solidnie radzący sobie na buliku – to jedna z najlepszych decyzji o zaproszeniu na testy spośród wszystkich tegorocznych dotychczasowych przypadków.

Jako ostatni na opublikowanej do tej pory liście pojawia się Ryan White, którego zaproszono na testy do Vancouver Canucks. Choć to całkiem solidny środkowy, który w ostatnim nawet sezonie prezentował się przyzwoicie w barwach Coyotes i Wild, to jednak o znalezienie sobie miejsca w kadrze zespołu z Kolumbii Brytyjskiej będzie mu niezwykle ciężko. W ekipie aż roi się od nominalnych centrów, do grona dotychczasowych dołączyli bowiem ostatnio Aleksander Burmistrow i Sam Gagner, co jeszcze zwiększyło konkurencję na tej pozycji. White nie wydaje się mieć jakiejkolwiek wartości dodanej dla drużyny. Zawsze był uzupełnieniem składu, ale trudno też wskazać, by specjalizował się w czymś szczególnie – na buliku radzi sobie niezbyt dobrze, w destrukcji też nigdy nie imponował, a gra fizyczna nie jest jego domeną. Zakotwiczenie w Canucks wydaje się więc bardzo mało realne przed nadchodzącym sezonem.