Kiedy w lutym 2024 oficjalnie ogłoszono, że na mocy trójstronnego porozumienia pomiędzy NHL, IIHF oraz MKOL zawodnicy występujący w najlepszej hokejowej lidze świata po 12 latach powrócą na Igrzyska Olimpijskie Mediolan Cortina 2026 wiedziałem, że nie może mnie tam zabraknąć. Przez wiele lata narastała we mnie złość, frustracja i irytacja, że podczas gdy wszystkie sporty świata stają na rzęsach by jeszcze ciaśniej ubić kalendarz międzynarodowych imprez, u nas działo się dokładnie odwrotnie. Każda strona szukała wymówek, żeby tylko nie rywalizować w najmocniejszych składach. Ominęliśmy dwa olimpijskie cykle, mistrzostwa świata to od dawna zabawa w kadłubowych składach, reaktywowany w 2016 Puchar Świata nie znalazł swojej kontynuacji aż do ubiegłorocznego 4 Nations Faceoff, a i to przecież imprezy z „gwiazdką” jeśli chodzi o optymalne składy. Spragniony poważnego reprezentacyjnego grania w lutym 2025 pozytywnie przeszedłem sprzedażowe sito a niemal równo rok później ruszyłem sprawdzić, czy tak silny apetyt w ogóle uda się zaspokoić.
Wszelkie materiały foto / wideo użyte w tym artykule są własnością NHL w PL i pochodzą z wizyty redaktora na meczach hokejowych IO w Mediolanie
Co, jak, za ile?

Pierwotnie zaopatrzyłem się w wejściówki na trzy ćwierćfinały oraz dwa półfinały turnieju męskiego, ale po przylocie we wtorkowe wczesne popołudnie uznałem, że aby na pewno się nasycić wybiorę się na coś jeszcze. Wybór padł na wieczorny mecz fazy kwalifikacyjnej pomiędzy Szwecją a Łotwą. Nie pożałowałem, największe szwedzkie gwiazdy błysnęły ofensywnie, a dokupienie biletu z drugiej ręki nie było wielkim wydatkiem (35€, chyba jedna z najtańszych wejściówek na tych Igrzyskach). Niecałe 12h później znowu byłem na miejscu na ćwierćfinałach Niemcy-Słowacja, Kanada-Czechy oraz USA-Szwecja, z kolei po krótkim czwartkowym odpoczynku (oglądanie też męczy, serio!) w piątek stawiłem się na spotkaniach Kanada-Finlandia oraz USA-Słowacja. Jeśli ktoś już myśli o Igrzyskach Nicea 2030 – sprzedaż ruszy zapewne zimą 2029, a bilety na tegoroczną edycję wahały się od 110 do 400€ (ćwierćfinały) i od 200 do bodaj 600€ za półfinały. Finał to już zabawa rzędu 450/900/1300€ (3 kategorie cenowe, A,B,C). Faza grupowa do obskoczenia znacznie bardziej budżetowo, od 30 do 100€.

Kanada i długo, długo nic
Hokej na lodzie znajduje się w osobliwym położeniu. Niby to największy kojarzony z zimą sport zespołowy (choć przecież historia olimpijska pamięta hokejowe turnieje rozgrywane podczas tych letnich), niby jest relatywnie popularny w Stanach Zjednoczonych, krajach środkowej Europy, państwach nordyckich czy wokół Alp, to jednak w szerszym obrazku jest dość niszowy. A przebywając na dużym turnieju można odnieść wrażenie, że interesuje niemal wyłącznie Kanadyjczyków i gdyby nie oni, to już dawno by upadł. Powiedziałbym, że kanadyjscy kibice utrzymują hokej tak jak Polacy utrzymują skoki narciarskie, żużel albo siatkówkę, ale… czy polscy fani aż tak gromadnie podróżują za swoimi reprezentacjami? Jasne, trudno porównać hokej, gdzie impreza najlepsi vs najlepsi odbyła się zasadniczo pierwszy raz od 12 lat do dyscyplin, w której dzieje się coś ważnego co najmniej kilka razy w sezonie, niemniej kultura podróżowania za Team Canada zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Wiedząc, że hala Santaguilia mieściła ok. 13 tysięcy ludzi, jakieś 2 tys. miejsc zajmowali dziennikarze, wolontariusze, goście poszczególnych reprezentacji oraz goście korporacyjni, to na ćwierćfinale z Czechami kibice Kanady zajęli jakieś 80% dostępnych miejsc, a na półfinale z Finlandią to musiało być co najmniej 90%.


Liczba fanów Kanady na mieście, w komunikacji zbiorowej, w okolicach hali zdawała się rosnąć z każdym dniem – wielu kibiców z którymi rozmawiałem przybyli do Mediolanu właśnie na całą decydującą fazę turnieju. To oczywiście dowód wyłącznie anegdotyczny, niemniej osobiście poznałem przynajmniej 15 osób, które przyleciały do Włoch na środowy ćwierćfinał, czwartkowy finał kobiet, piątkowy półfinał oraz niedzielny finał mężczyzn. Ba, praktycznie wszyscy zamierzali zostać w Europie jeszcze na długo po turnieju – jedna grupa znajomych z okolic Toronto cały tydzień po Igrzyskach zamierzała spędzić w Bolonii, Weronie i Florencji, inni z kolei małżeństwo z okolic Calgary ruszało na szwajcarski Zermatt na kolejne dwa tygodnie jeżdżenia na nartach… To chyba też sporo mówi o ekonomicznych uwarunkowaniach – wielu Kanadyjczyków zrobiło sobie z tego długie europejskie wakacje (a na biletach na Igrzyska też nie oszczędzali, większość kupowała je od pośrednika/organizatora wyjazdu/biuro podróży, jak zwał tak zwał, w każdym razie zdecydowanie nie były to zakupy poczynione z rocznym wyprzedzeniem bezpośrednio od MKOL). To po prostu nadal bardzo bogate społeczeństwo, co było widać także po świecących nowością reprezentacyjnych jerseyach z Klonowym Liściem, podczas gdy fani Czech, Słowacji czy Łotwy paradowali po mieście i hali w starych, znoszonych bluzach z nazwiskami Miro Satana czy Filipa Kuby(!). Kolejki po Coronę (ech) w rozmiarze 0,3L za 7€(!!) też stanowili wyłącznie Kanadyjczycy, choć tu zakładam po prostu, że ludzie z krajów Pilsnera Urquella czy Zlatego Bazanta zwyczajnie wzgardzili takim piwnym wyborem…


Team Canada to nie tylko świętość dla zwykłych obywateli, to również wydarzenie przez duże „W” dla całego środowiska hokeja w tym kraju. Dużo powiedziano o przenosinach hokeistów z wioski olimpijskiej do luksusowego hotelu, w całości wynajętego przez kanadyjską federację, ale to tylko czubek góry lodowej. Drugą najliczniejszą grupą widzianą przy turnieju hokejowym bowiem wcale nie byli kibice USA, Słowacji czy Czech. Była nią ekipa „Team Canada Family”. Ludzi z takimi plakietkami/identyfikatorami musiały tam być setki. Rodziny zawodników, znajomi, goście federacji hokejowej, goście kanadyjskiego komitetu olimpijskiego. Tłumy, cały obwoźny cyrk podróżował razem z tą grupką hokeistów. Jeśli masz coś wspólnego z kanadyjskim hokejem, to w lutym po prostu musiałeś być w Mediolanie. Wiele mówił też rozmiar telewizyjnego studia na miejscu: ogromny set CBC, niewielkie stoisko telewizji szwedzkiej i amerykańskiej i jeszcze jeden straganik. Komiczna różnica.
Przy okazji – rozczarowali mnie zbiorczo kibice reprezentacji europejskich. Nie da się wymyślić lepszej lokalizacji niż północne Włochy. Blisko dla Szwajcarów, Niemców, Czechów i Słowaków, z ogromną lotniskową bazą wkoło Mediolanu dla Finów i Szwedów. Tymczasem najgłośniejszą spójną grupą na jaką trafiłem okazali się… Łotysze, choć będąc sprawiedliwym słowaccy sympatycy hokeja też pokazali się z godnej strony pod kątem dopingu jak i liczebności. Ale tacy Szwedzi? Gdybym nie wiedział, że są tutaj bardzo poważnym kandydatem do medalu to na pewno bym się nie domyślił obserwując trybuny i okolice hali.


(to rozmazane zdjęcie – pomimo 7 różnych prób nie udało mi się dobrze tego złapać… – prezentuje gościa z flagą McJesusa, o taką:
Connor McDavid wears the ‘C’ for 🇨🇦 in 🥇 game pic.twitter.com/HYxrH6mE1Z
— Mark Masters (@markhmasters) February 22, 2026
Amerykańskie ego górą
O ile interakcje z Kanadyjczykami wspominam bardzo miło – uprzejmi ludzie, świetnie zorientowani w realiach hokeja, o tyle Amerykanie potwierdzili masę najgorszych stereotypów na swój temat, przykro mi to pisać. Scenka po ćwierćfinale Kanada-Czechy, cudem przepchniętym przez Kanadę, kiedy kibice powoli gromadzili się na kolejny ćwierćfinał USA-Szwecja: „uu, ciężki mecz mieliście, nam pójdzie lepiej. Do zobaczenia w niedzielę, mam już bilet” – rzucił kibic w bluzie M. Tkachuka do stojących obok mnie Kanadyjczyków. Chłopie, właśnie faworyt był o minuty od porażki, twoi ulubieńcy zaraz grają na papierze piekielnie trudny mecz ze Szwecją, po drodze jeszcze półfinały… Do finału USA-Kanada było jeszcze naprawdę bardzo, bardzo daleko. Irytująca pewność siebie, choć ostatecznie wyszło na jego, przyznaję.
Jeśli korzystacie z social media to na pewno trafiliście na wpisy zza oceanu, że finał w niedzielę rozgrywany o tak wczesnej porze to zbrodnia, że powinien być opóźniony, by jaśniepaństwo w Nowym Jorku czy Chicago mogło sobie obejrzeć mecz w dogodnej porze, a nie zrywać się bladym świtem. Walić strefy czasowe, wszystko ma być amerykocentryczne. Z takim myśleniem spotkałem się rozmawiając w tramwaju z fanką z Denver, która usilnie przekonywała mnie, że Amerykanie wszystkie swoje mecze będą grać o 21:10 czasu lokalnego, bo tak chce telewizja NBC. Tłumaczyłem, że to nie do końca tak, że może w fazie grupowej istotnie tak było, ale od ćwierćfinału wszystko warunkuje drabinka, a finał to w ogóle będzie wcześnie, bo wieczorem w Weronie zamykamy Igrzyska. Nie uwierzyła mi. Stwierdziła, że ich telewizja płaci wielkie pieniądze i będzie tak jak oni chcą. Ciekawe, czy w niedzielę na finał przyszła do hali na 21:10 czy jednak łaskawie zjawiła się o czasie… Trochę zazdroszczę tej amerykańskiej ignorancji, w innych wypadkach bywa jednak przerażająca. W tym samym tramwaju zagaił nas inny kibic USA pytający z poważną miną, czy Rosja jest faktycznie wykluczona? Nie mogłem ogarnąć, że ktoś świadomie zmierzający na hokejowy mecz na Igrzyskach Olimpijskich serio nie wie, że Rosji leci czwarty rok sportowego wykluczenia. Pod jak ogromnym kamieniem trzeba żyć…?
Hala nie zdała egzaminu – MIT
To w sumie bardziej obawa jeszcze z tygodni poprzedzających turniej, ale warto poświęcić kilka słów infrastrukturze. W okolicach listopada/grudnia również dałem się złapać panice sianej przez północnoamerykańskie media, że hokejowy obiekt w Mediolanie nie zostanie ukończony na czas, względnie będzie pełen niedoróbek i w ogóle to najlepiej poszukać jakiegoś awaryjnego rozwiązania typu przeniesienie rozgrywek do innego miasta/kraju (aż tutaj nie zabrnąłem, ale trochę niepewności we mnie było, nie będę kłamać). Tymczasem arena spisała się znakomicie. Po pierwsze – powstała, ba! była nawet zadaszona. Wzorowo skomunikowana – choć nie znajdowała się bezpośrednio przy żadnej z setek stacji mediolańskiego metra, to niemal pod same drzwi hali kibiców woził specjalny (i darmowy) autobus linii hala-dworzec Rogoredo. Autobusy jeździły bez przerwy, jak tylko zapełniły się ludźmi od razu ruszały do celu. Wejście na obiekt przebiegało równie sprawnie, choć trudno było zignorować fakt, że głównym materiałem użytym na budowie była zielona blacha falista, którą były otoczone wszystkie ciągi piesze. Jak zajrzało się w szparę między przęsłami płotu to było widać jeden wielki syf – hałdy piachu, gruzy, jakieś nieużytki rolne. To na pewno nie jest obiekt płynnie wpisany w charakter dzielnicy, co to, to nie.
W środku to też nie była hala z konsumpcjonistycznych marzeń Amerykanów: skromna oferta gastronomiczna rozmieszczona w dość małej liczbie punktów sprzedaży, w dodatku życie mocno utrudniało porozumienie MKOLu z Visą, jednym ze strategicznych partnerów Igrzysk – za wszystko zapłacisz no właśnie nie kartą Mastercard (jak głosiły kiedyś słynne reklamy), a wyłącznie Visą. Jak ktoś nie miał – w drodze wyjątku gotówka, ale tylko przy jednym specjalnie wyznaczonym okienku, więc możecie sobie wyobrazić jakie były tam kolejki… Pewne niedoróbki były widoczne gołym okiem, np. w korytarzu z ruchomymi schodami ściany były częściowo pogipsowane, ale już nie pomalowane, wystawały z nich jakieś kable itd. Do dziś tajemnicą pozostaje dla mnie kwestia za małego lodowiska. Jak wiadomo tafla była o nieco ponad metr za krótka, ale dlaczego? Między trybunami a bandami były hektary przestrzeni. Nawet jeśli z uwagi na jakieś kwestie bezpieczeństwa, logistyki czy inne względy organizacyjne bandy nie mogły idealnie komponować się z pierwszym rzędem krzesełek to i tak pełnowymiarowe lodowisko musiało się zmieścić… Jednocześnie nie słyszałem ani jednego złego słowa na temat jakości lodowiska, a przecież śmialiśmy się gdy podczas styczniowych testów obiektu na hokejowym Pucharze Włoch dolewano wody z konewki w szybko powstałą wyrwę. Pewnie, treningowy namiot nie wyglądał okazale, zawodnicy z dużej, docelowej szatni mieli kawał drogi do „meczowych pomieszczeń” zlokalizowanych w bezpośrednim sąsiedztwie lodowiska, ale mimo tych ograniczeń zawodnicy wycisnęli z tego świetny turniej. Wszystkie najważniejsze rzeczy zagrały jak dobrze dostrojone instrumenty, a musimy pamiętać, że to nigdy nie miał być luksusowy obiekt obliczony na bycie domem drużyny NHL rozgrywającej 50 meczów w sezonie. Swoisty minimalizm czy tymczasowość z perspektywy kosztów były nawet wskazane.
Komercja, ale z klasą
Bardzo odświeżającym elementem całych Igrzysk okazał się dla mnie dość konserwatywny branding imprezy. Było to dobrze widoczne w telewizji, ale też na miejscu: niezależnie od areny wszystko było prezentowane czysto i schludnie, w jednolitym układzie kolorów. Na obiektach nie było żadnych banerów reklamowych, reklam na bandach, na taflach itd. Z ekranów co pięć minut nie atakowały nas reklamy bukmachera ani kryptowalut, cały układ sponsorski wokół Igrzysk Olimpijskich jest dość stonowany. Gigantyczna różnica zwłaszcza w porównaniu z meczami NHL, gdzie jesteśmy bombardowani reklamami z każdej szczeliny. Oczywiście to nie tak, że organizatorzy nie chcieli zarobić pieniędzy – podejrzewam, że te kontrakty sponsorskie, które posiadają z wybranymi firmami są na tyle intratne, że nie mogą (i nie chcą) szukać pomniejszych współprac, które tylko zaśmieciłyby cały krajobraz. Piękna sprawa. A MKOL swoje na pewno zyskał, choćby punkty z olimpijskim merchem – igrzyskowy megastore wielkości piłkarskiego boiska stanął tuż przy katerze Duomo, a na wejście do środka czekałem dłużej niż w jakiejkolwiek kolejce na hokejowe mecze… Do mniejszych sklepów w hali Santagiulia też ciągle była kolejka, a takie gadżety jak okolicznościowe krążki czy oficjalne plakaty Milano Cortina 2026 zostały opatrzone adnotacją „wyprzedane” mniej więcej w połowie Igrzysk.

Co na lodzie?
Kilka luźnych myśli na temat wątków sportowych z bliskiej perspektywy:
- nasze europejskie umysły przyzwyczajone głównie do piłkarskich realiów pewnie mogą ogarnąć tego, że sędzia z Kanady może sędziować mecz Kanadyjczyków na dużej imprezie. Przecież na Mundialach organizatorzy starają się unikać nawet konfliktu kontynentalnego, co dopiero krajowego… Faktycznie jest to dość osobliwe, ale ogólnie sędziowanie bardzo mi się podobało. Gwizdano wysokie kije, ale sporo hooków, przytrzymań itd. puszczano płazem. Dobrze, gra bardzo ładnie płynęła dzięki temu.
- oglądanie tych wszystkich gwiazd grających razem jest po prostu cholernie cool. Crosby rozgrywający PP z MacKinnonem i McDavidem? No ludzie kochani…
- posiadanie gwiazd z NHL może być zgubne. Niemcy wyglądali na zespół kompletnie pozbawiony pomysłu. Devon Toews, kanadyjski obrońca w takiej ankietce przed turniejem wpisał, że jego najlepszym zagraniem w repertuarze jest krótkie podanie do Cale’a Makara – Niemcy grali właśnie tak, wszyscy do Leona i czekali co zrobi Draisaitl. Taka wersja naszej „lagi na Lewego”. W tym lepsi byli Słowacy – duże rzeczy robił Slafkovsky, ale wszyscy pozostali też znali swoje obowiązki i mieli role do spełnienia.
- fascynującą dynamikę przybrała reprezentacja Kanady w fazie pucharowej. Możesz być czołowym snajperem ligi jak Sam Rienhart, największym zawadiaką jak Tom Wilson, niesamowicie wszechstronnym pracusiem jak Seth Jarvis, wspaniałym rozgrywającym jak Mitch Marner, ale kiedy drużyna znajdowała się w wynikowych tarapatach (a to zdarzało im się bardzo często) nagle zamiast 20 gwiazd ligi wszyscy bez wyjątku oglądali się na kwartet Makar-Celebrini-MacKinnon-McDavid. Jasne, nie da się grać na 20 liderów, zawsze wytworzy się jakaś hierarchia, ale tak drastyczny podział klasowy jaki nastąpił w kadrze Kanady… to jednak było szokujące do oglądania. Amerykanie może nie mieli jednej aż tak wiodącej linii, ale za to „pod prądem” było znacznie szersze grono zawodników.
Magia Igrzysk – fakt
Wiem, strasznie to wyświechtane, ale co z tego? Totalnie złapałem olimpijską gorączkę. Czuć było w powietrzu tę wyjątkową atmosferę sportowego święta i nie mówię tylko o hokeju na lodzie, choć przecież cała impreza była bardzo rozporoszona po północnych Włoszech. Sądzę, że jej unikalność polega na sztywnych ramach czasowych – wiadomo, że kolejne będą za 4 lata, a kolejne w Europie to w ogóle może być historia typu 2042 rok. Moje uczucia potęguje też zapewne fakt tak długiej absencji najlepszych hokeistów świata. Idealne sprzężenie okoliczności. Zmierzam jednak przede wszystkim do tego, że to nie ma prawa nam spowszednieć. Tak, długo nie mogliśmy się dogadać by grać best-on-best, z drugiej strony cała masa innych sportowych straciła część uroku, bo całkowicie je przegrzano (czy kogoś jara jeszcze dziewiętnaste w ciągu trzech sezonów El Clasico rozgrywane gdzieś w Dżuddzie…). My musimy „tylko” utrzymać status quo.
