Oto kolejne tłumaczenie fenomenalnych tekstów ukazujących się na łamach portalu The Players’ Tribune. James van Riemsdyk napastnik Philadelphia Flyers opowiada o sześciu latach spędzonych w Toronto, powrocie na stare śmieci do Filadelfii. Najważniejsza anegdota związana jest z Philem Kesselem, podawaniem kamienia i planami na wieczór. Miłej lektury!

Chciałem napisać coś od dłuższego czasu. Tak naprawdę już w momencie, w którym podpisałem nową umowę z Flyers. W ostatnich tygodniach, gdy nie grałem w ogóle, miałem sporo czasu aby dokładnie przyjrzeć się temu, jak sprawa wygląda teraz, a jak wyglądała te sześć lat temu.

Nie zrozumcie mnie źle – sporo rzeczy się nie zmieniło. Kultura hokejowa tego miasta, niesamowici kibice, świetni zawodnicy w składzie – wszystkie te rzeczy były na niemal tym samym poziomie, gdy ekipa z Filadelfii mnie draftowała. I to jest niesamowite, to jeden z powodów, dla których chciałem tu wrócić.

Nie będę kłamał – jest kilka rzeczy, które się zmieniły. Jet nowy ośrodek treningowy. Sporo nowych twarzy, a w tym wielu młodych, utalentowanych graczy. No i Gritty – najlepsza maskotka w historii. Nie wiem w ogóle, czy można go nazywać tylko maskotką, przecież to już pewnego rodzaju ruch społeczny.

No i jestem ja.

Zaktualizowany kalendarz, mniej testowania. NHL wychodzi na prostą?

Jestem inną osobą i nieco odmienionym hokeistą. Jestem za to wdzięczny, myślę, że te doświadczenie z ostatnich sześciu lat sprawiło, że jestem lepszy.

Dlatego następna sobota jest dla mnie niezwykle ważna (przyp. tłum. tekst został opublikowany 23 października, przed pierwszym starciem Flyers z Maple Leafs, który zespół z Filadelfii absolutnie położył – Toronto wygrało 6:0). Zmierzymy się wtedy z Klonowymi Liśćmi.

Lata, które spędziłem w tym kanadyjskim mieście były dla mnie fundamentalne. Wiem, że to miejsce już na zawsze będzie dla mnie znaczyło wiele. Zanim więc wyjadę na lód i stanę naprzeciw moich dawnych kolegów chciałbym opowiedzieć o kilku moich wspomnieniach i podziękować kilku osobom. Nie wiedziałem, czego oczekiwać, gdy zostałem wytransferowany do Toronto. Wiedziałem tylko, że całe to miasto ma świra na punkcie hokeja. Nie wiedziałem, że aż takiego.

 

Szybko odkryłem, że będąc graczem Maple Leafs musisz pożegnać się ze swoją anonimowością. Restauracje, sklepy, łazienki – nieważne gdzie, zawsze ktoś cię rozpozna. Nie chodzi tylko o szybkie zdjęcie, czy podpis, często fani zaczynają wdawać się z tobą w poważne dyskusje na temat hokeja. Nawet jeśli nigdy wcześniej ich nie spotkałeś, oni będą czuli, że cię znają, bo na bieżąco śledzą twoje poczynania. To taka mentalność – jesteśmy w tym wszyscy razem.

Czasem rozpoznawalność to spora zaleta – niestety nie zawsze bezpośrednio dla ciebie. Czasem, gdy wychodziłem na miasto z moim młodszym bratem, który jest do mnie bardzo podobny, to wokół niego kręciło się pełno ludzi. Wychodziłem do łazienki, a gdy wracałem widziałem, jak ludzie robili sobie z nim zdjęcia i stawiali mu piwo. Nigdy nie wyprowadzał ich z błędu.

Wiedziałem, że gra w barwach Klonowych Liści znaczyła wiele dla mojej rodziny. Mój ojciec, gdy był młody, uczęszczał do hokejowej szkoły Dave Keona. Kochał historię i tradycję Leafs. Moi rodzice wielokrotnie podróżowali z New Jersey do Toronto, tylko po to, aby zobaczyć mnie grającego w niebieskiej bluzie.

Mój ojciec stał się także pewnego rodzaju celebrytą. Kilka lat temu nagrałem reklamę, w której uczestniczył także on. Nigdy nie zapomnę wizyty w restauracji tuż po tym, jak trafiła na antenę. W pewnym momencie jeden z fanów zbliżył się do nas i formułował dobrze znane mi pytanie.

– Czy przypadkiem nie jesteś…

Obracam się, mam zamiar się przywitać, może strzelić jakąś fotkę.

– …ojcem Jamesa van Riemsdyka?

Klasyk.

Szczerze mówiąc oglądanie tego, jak ludzie reagują na spotkanie zawodnika Leafs było naprawdę niesamowite. Jednocześnie był to dla mnie pewnego rodzaju szok kulturowy, nie byłem do tego przyzwyczajony. Z tego powodu cieszę się, że w tamtym czasie miałem obok siebie kogoś takiego, jak Dion Phaneuf.

Jestem mu niezmiernie wdzięczny za wszystko, co dla mnie zrobił. Trafiłem do Toronto, gdy miałem zaledwie 23 lata – to ten wiek, w którym powinieneś zacząć wszystko układać, ale w rzeczywistości wciąż jest w twoim życiu wiele niewiadomych. Dion był dla mnie mentorem, pokazał mi, jak to jest być profesjonalistą. On był zawsze dla wszystkich podporą, służył pomocą każdemu w potrzebie. Jednym z powodów, dla którego szybko odnalazłem się w tej nowej społeczności było to, że obok niego czułem się komfortowo. Myślę, że sporo innych chłopaków w drużynie mogłoby powiedzieć to samo.

Oczywiście świetnie dogadywałem się także z moimi kolegami z linii – Bozim i Philem (przyp. tłum. Tyler Bozak, aktualnie gracz St. Louis Blues i Phil Kessel, zawodnik Pittsburgh Penguins). Inaczej wspominano by mnie w Toronto, gdyby nie oni. Bozie grał zupełnie inaczej ode mnie, ale świetnie nasze umiejętności się dopełniały. W tej drużynie wiele się zmieniało, ale Tyler był zawsze tą jedną stałą – ludzie odchodzili i przychodzili, ale on zawsze tam był.

A Phil… był dokładnie taki, jak się o nim opowiada. Przed każdym meczem, tuż po krótkiej przemowie trenera, mieliśmy chwilę czasu dla siebie i swoich kolegów z zespołu, mieliśmy wtedy przygotować się do gry. Pewnego razu podczas jednego z moich pierwszych sezonów w Toronto, siedzieliśmy w trójkę obok siebie i w spokoju oczekiwaliśmy na rozpoczęcie spotkania. W pewnym momencie Phil patrzy mi w oczy i całkowicie poważnie pyta:

– Jaki mamy plan na dziś James?

Nie byłem pewny, o co dokładnie mu chodzi. Do tego wydawało mi się dziwne to, że nazwał mnie James. Wszyscy mówili do mnie Reemer.

– Nie wiem, ty mi powiedz.

– Podaj mi kamień.

– Podać ci kamień?

– Podaj… mi… kamień – powtarza powoli. I wychodzi z szatni. Jakby nigdy nic.

Ta wymiana zdań stała się później dla nas pewnego rodzaju tradycją. Phil już zawsze pytał mnie, jaki jest plan na ten wieczór, a ja odpowiadałem, że podawanie kamienia. Wciąż uważam to za jeden z najzabawniejszych tekstów, jakie kiedykolwiek usłyszałem od kolegi z zespołu.

Najbardziej z mojej przygody z Leafs zapamiętam tych niesamowitych hokeistów, porywczych fanów, dla których graliśmy i uczucie bycia częścią tej hokejowej kultury przez tak długi czas. To doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę i które odmieniło mnie na zawsze.

Jestem wdzięczny także wszystkim osobom za tak zwanymi kulisami, którzy sprawili, że moje życie było znacznie łatwiejsze. Papi, Bobby and Kev – nasi ludzie od sprzętu, dzięki którym nigdy nie czułem się, jak idiota, pomimo że prosiłem o wiele dziwnych rzeczy. Paul, Jon and Beaner z sztabu lekarskiego, którzy pomagali mi w przygotowaniach do każdego meczu podczas tych długich sezonów. No i oczywiście Doc Forman, nasz lekarz, który zawsze robił wszystko, co mógł dla zawodników i ich rodzin. Jest tak wielu ludzi, którym mógłbym podziękować, którzy pomagali mi nie tylko na lodzie, ale także poza nim. Jestem wdzięczny wam wszystkim.

Oczywiście, mój czas w Toronto nie był niewiadomo jaką sielanką. Czasem było ciężko, co zresztą wiecie. Jestem jednak wdzięczny za wszystkie okazje i to, że mogłem być częścią tej wielkiej odbudowy. Cieszę się, że miałem do czynienia z takimi chłopakami, jak Bozie, Gards, Mo, Naz, czy Leo. Gdy ekipa przechodzi przez serię porażek często widać w szatni pewne podziały, u nas nigdy się to nie zdarzyło. Byliśmy zawsze blisko i wydaje mi się, że cała ta chemia spowodowała obrót spraw. Jestem z tego dumny.

W ostatnich sezonach byłem pod wrażeniem, jakich młodych graczy udało się sprowadzić do tej kanadyjskiej mieściny. Już wtedy wiedziałem, że staną się częścią czegoś wielkiego. Uwielbiałem przyglądać się temu, jak się rozwijają. Auston, Mitch i Willy szybko utorowali sobie drogę do bycia gwiazdami tej ligi. Krótko mówiąc – ta organizacja jest aktualnie w świetym miejscu.

Dzięki chłopaki za wszystkie te niesamowite podania.

Czuję się, jakbym przeszedł przez kilka różnych er historii Leafs, mimo że byłem tam tak krótko. Jestem wdzięczny za wszystko – każdego fana, trenera i zawodnika, którego spotkałem na swojej drodze, każdy mecz, który rozegrałem w barwach Klonowych Liści i każdy moment, który przeżyłem. Jestem gotowy grać w Philly najlepszy hokej w swojej karierze i to tylko dzięki temu, że Toronto zdążyło mnie ukształtować.

Więc dziękuję bardzo.

Włodarze klubu dali mi znać na kilka tygodni przed otwarciem rynku wolnych agentów, że planują pociągnąć organizację w innym kierunku. Doceniłem to, dało mi to możliwość rozpoczęcia poszukiwania nowego zespołu ze znacznie bardziej otwartą perspektywą. Sprawiło to, że przejście było dużo łatwiejsze.

Wiedziałem, że miałem zadecydować, gdzie będę grać podczas najważniejszych lat w mojej karierze. Chciałem się upewnić, że czuję się dobrze w tej sytuacji. Kilka godzin po tym, jak rynek się otworzył dostałem smsa od Claude’a Giroux. To nie tylko jeden z najlepszych zawodników w lidze, ale też mój dobry przyjaciel. Porozmawialiśmy chwilę, zdecydowałem się zadzwonić także do kilku innych graczy, których znałem ze swoich starych czasów w Philly. Każdy mówił, że ta organizacja zmierza w dobrym kierunku i chcą, żebym był częścią tego.

Kiedy zaczynałem porównywać opcje zauważyłem, że ta może być dla mnie najlepsza. Czułem się z tym świetnie. To miał być kolejny rozdział mojego życia. Czułem, że to okazja na dokończenie tego, co już zacząłem wcześniej, a nie udało mi się domknąć za pierwszym razem.

Giroux był pierwszą osobą, do której zadzwoniłem po tym, jak podjąłem ostateczną decyzję.

– Hej, mam do ciebie jedno pytanie.

– Tak Reemer, o co chodzi?

– Zaczniesz mi podawać ten pieprzony krążek?

Szczerze mówiąc, jeśli ktoś powiedziałby mi rok temu, że wyląduje ponownie w Filadelfii, uznałbym go za szaleńca. Rzadko kiedy w tej lidze dostaje się drugą szansę. Dlatego też surrealistyczne wydaje się dla mnie to, że po raz drugi dostałem szansę założenia na siebie bluzy Lotników.

Nie zaczęło się idealnie, ta kontuzja i wszystko. To był trudny początek, ale nie zraziłem się. Teraz jestem znacznie bardziej wytrzymały na tego typu rzeczy. I muszę za to dziękować Toronto.

Wiem, że niezwykle dziwny będzie powrót do Air Canada Centre, gdy będę stał po drugiej stronie barykady. Starałem się w ostatnim czasie przygotować siebie na to. Wiem tyle, że z pewnością będą burzyć się we mniej emocje. Tak naprawdę – nie mogę się doczekać. A wiecie dlaczego? Wszyscy wiemy, że nie ma niczego lepszego od hokejowego sobotniego wieczoru w Toronto.